Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
- Автор: Силверберг Роберт
- Серия: Kroniki Majipooru #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-017-0
- Переводчик: Helena Michalska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
— Żadnej? Naprawdę? No, dalej, jakąś przecież musisz znać.
— Chyba wszystkie wyleciały mi z pamięci.
— Nauczę cię w takim razie kilku, ale chyba nie teraz.
Kiedy dotknął wargami jej ust, zaśmiała się cicho i przywarła do niego całym ciałem. Valentine mógł przyjrzeć się z bliska szczupłej twarzy o bystrych, łobuzerskich oczach i błyszczących splątanych włosach. Widział rozszerzone oczekiwaniem nozdrza. Za chwilę coś się wydarzy, pomyślał, ale czy powinien aż tak przypieczętowywać tę znajomość? Szybko jednak odsunął lęki na bok. Ta noc, to szalona noc festynu, on pragnie jej, a ona jego. Ręce Valentine'a zsunęły się wzdłuż pleców dziewczyny, wyczuły uwięzione tuż pod skórą żebra. Pamiętał, jak wyglądała stojąc nago w oczyszczalni: mięśnie ciasno opięte skórą, tylko pulchność ud i pośladków. Ciało wypełnione energią. I znów, tak jak wtedy, była naga. On też. Zobaczył, że cała drży, ale to nie chłód tej wonnej, wilgotnej nocy na zagubionej polanie wywoływał dreszcze. Pogłaskał ją po twarzy, po silnych ramionach, po małych, nagle stwardniałych piersiach. Kiedy dotknął gładkiej skóry po wewnętrznej stronie ud, Carabella gwałtownie przyciągnęła go do siebie.
Ich ciała poruszały się zgodnym rytmem, jak gdyby tych dwoje już od miesięcy było kochankami i zdążyło nauczyć się siebie nawzajem. Jej szczupłe, silne nogi opasały go i tak złączeni zaczęli się toczyć i toczyć, aż zatrzymali się przy strumieniu, czując rozpryskujące się na spoconej skórze zimne krople wody. Odpoczęli chwilę, śmiejąc się, a potem poturlał się w drugą stronę. Pod jednym z szarozielonych krzewów Carabella łagodnie poddała się jego ciału.
— Teraz! — krzyknęła. Usłyszał westchnienie i jęk, poczuł wbijając się w skórę drobne palce, poczuł spazm, który nią wstrząsnął, i dał się ponieść przepływającemu przez jego ciało słodkiemu prądowi.
Leżał w jej uścisku, ciężko oddychając, oszołomiony tym, co się stało, i słuchał bicia własnego serca.
— Będziemy tu spali — wyszeptała. — Nikt nie może nas tej nocy niepokoić. — Pogłaskała go po czole i odsunęła z oczu kosmyk złotych włosów. Delikatnie pocałowała go w czubek nosa. Była swawolna. Była zalotna. Mroczne miłosne napięcie wypaliło się w ogniu namiętności. On natomiast był nadał wstrząśnięty, oszołomiony, zmieszany. Poraziła go ta nagła ekstaza — ale w momencie uniesienia zobaczył przez wrota oślepiającego światła tajemnicze królestwo pozbawione kolorów, kształtu, substancji, i zachwiał się niebezpiecznie na krawędzi czegoś nieznanego, zanim powrócił do rzeczywistego świata.
Milczał. Nic, co mógłby powiedzieć, nie wydawało się właściwe. Nie przypuszczał, że miłosny akt wprowadzi go w stan takiego zagubienia. Carabella musiała to wyczuwać, gdyż delikatnie kołysząc go w objęciach, dzieliła z nim milczenie.
A on, zanurzony w ciepłą noc, powoli odpływał w sen.
Obrazy, które się pojawiły, były przykre, budzące grozę. Znów został przeniesiony na niegościnną purpurową równinę, znów te same szydzące zeń twarze spoglądały z purpurowego nieba, ale tym razem nie był sam. Naprzeciw niego wyłoniła się z niebytu ociężała, znużona postać o mrocznej twarzy. Valentine domyślił się, że to jego brat, chociaż w oślepiającym żarze bursztynowego słońca nie mógł przyjrzeć mu się dokładnie. Sen toczył się przy akompaniamencie niskich, wibrujących w głowie dźwięków posępnej muzyki, symbolizującej sen-niebezpieczeństwo, sen-groźbę, sen-śmierć.
Dwaj mężczyźni zwarli się w zaciętym pojedynku, z którego tylko jeden mógł wyjść żywy.
— Bracie! — krzyknął wstrząśnięty i przerażony Valentine. — Nie! — Poruszył się niespokojnie, wypłynął na powierzchnię snu i zatrzymał się tam na moment. Jego świadomość pozostała jednak nadal na dnie. Nikt nie może uwolnić się od snów, nikt nie potrafi ich odrzucić, bez względu na to, jak są okrutne. Ucieczka od snów oznaczałaby nieuchronnie konfrontację z ich niewyobrażalną treścią na jawie.
Rozważywszy zatem sprawę, Valentine pozwolił się wciągnąć w głąb, przez pogranicze między czuwaniem a snem, i jeszcze raz dał się zawładnąć podstępnej obecności swojego brata, swojego wroga.
Obaj byli uzbrojeni w miecze, ale walka już w założeniu nie mogła być równa, gdyż jego broń stanowił kruchy rapier, a brat władał masywną szablą. Wykorzystując wrodzoną zręczność Valentine próbował rozpaczliwie przebić się przez obronę przeciwnika, lecz było to niemożliwe. Powolnymi, ciężkimi uderzeniami tamten nieprzerwanie odtrącał na bok kruche ostrze Valentine'a i spychał go nieubłaganie do tyłu, na krawędź urwiska.
Nad ich głowami krążyły sępy. Z nieba dobiegał szum pieśni śmierci. Niedługo poleje się krew, a życie wróci do źródła.
Valentine ustępował krok za krokiem, wiedząc, że urwisko jest tuż-tuż i że za chwilę już nie będzie miał dokąd się cofnąć. Bolało go ramię, oczy zamykały mu się ze zmęczenia, w ustach czuł smak piasku. Opuszczały go siły. Do tyłu… do tyłu…
— Bracie! — krzyknął w udręce. — W imię boskie…
Jego wezwanie spotkało się z szyderczym śmiechem i plugawą odpowiedzią. Szabla wciąż podnosiła się i opadała. Valentine pchnął rapierem i w tej samej chwili wstrząsnął nim dreszcz grozy, bo kiedy metal zadzwonił o metal, lekkie ostrze rozpadło się na kawałki, a on potknął się o suchy wystający z piasku korzeń i upadł ciężko, lądując w gąszczu wijących się po ziemi pnączy. Wielki mężczyzna, stojący nad nim ze wzniesioną szablą, zasłaniał słońce. Wypełniał niebo. Skrzekliwe brzmienie pieśni śmierci natężyło się. Sępy zatrzepotały skrzydłami i runęły w dół.
Valentine jęczał we śnie i dygotał. Przytulił się mocno do Carabelli, uciekając w jej ciepło przed przerażającym zimnem snu śmierci.
Jak dobrze byłoby obudzić się teraz, wyrwać z niewoli sennych majaków, dopłynąć bezpiecznie ku brzegom świadomości. Ale nie. Nie ucieknie. Zmagając się z sobą, ponownie pogrążył się w koszmarze. Olbrzymia postać śmiała się nadal. Szabla wznosiła się coraz wyżej. Świat się kołysał i zapadał nad pokonanym ciałem. Valentine polecił duszę opiece Pani i czekał na uderzenie.
Okazało się niezdarne i słabe, a szabla brata zaryła się głęboko w piachu. I oto zmieniła się struktura snu: nie słyszał już płaczliwego zawodzenia pieśni śmierci, wydarzenia z zawrotną prędkością potoczyły się w nieoczekiwanym kierunku. Skoczył na nogi. Brat klął, usiłując wyciągnąć szablę z piasku, a on podbiegł i złamał ją jednym pogardliwym kopnięciem.
Zwarli się gołymi rękami.
Teraz Valentine górował w pojedynku, a skulony ze strachu brat niezdarnie uchylał się przed gradem uderzeń. W końcu przypadł do kolan okładającego go niemiłosiernie Valentine'a i rycząc niczym ranne zwierzę, pochylając z boku na bok zakrwawioną głowę, odsłaniając się na dalsze razy błagał: — Bracie… bracie…
Wreszcie ucichł, powalony w piach, a nad nim stał zwycięski Valentine.
Niech nadejdzie świt, westchnął, i uwolnił się ze snu.
Było jeszcze ciemno. Do zmęczonej świadomości zaczęły napływać fragmenty niedawnych scen.
Carabella przyglądała mu się uważnie.
— Dobrze się czujesz? — spytała.
— Coś mi się śniło.
— Krzyczałeś kilka razy. Myślałam, że powinieneś się obudzić. Czy to było coś strasznego?
— Tak.
— I co teraz?
— Sam nie wiem, co myśleć. Jestem zmartwiony.
— Opowiedz mi swój sen.
Czy miał otworzyć duszę przed tą dziewczyną? A czyż nie stali się kochankami? Czyż nie wyruszyli razem w wędrówkę do świata snu, dwoje zagubionych poszukiwaczy nocnych przygód?