Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 16 17 18 19 20 21 22 23 24 ... 141
Перейти на страницу:

— Na Suvraelu — powiedział Sleet — w pałacu Króla Snów są wielkie maszyny, które prześwietlają cały świat i każdej nocy wysyłają przesłania do umysłów milionów ludzi. Kto wie, czym się kierują, wybierając te, a nie inne osoby? Kiedy byliśmy dziećmi, mówiono nam, że zanim opuścimy ten świat, dusza każdego z nas przynajmniej raz poczuje na sobie dotknięcie Króla Snów. To prawda, doświadczyłem już takiego dotknięcia.

— Ty?

— I to więcej niż raz. — Sleet przeciągnął dłonią po prostych białych włosach. — Czy myślisz, że taki się urodziłem? Nie będąc jeszcze żonglerem, leżałem pewnej nocy w hamaku, w dżungli, w okolicach Narabalu, kiedy przyszedł do mnie Król Snów i wydał mojej duszy pewne rozkazy. Obudziłem się z białymi włosami, takimi, jakie mam teraz. Miałem wtedy dwadzieścia trzy lata.

— Rozkazy? — wybuchnął Valentine. — Jakie rozkazy?

— Takie, które między zmierzchem a świtem zamieniły moje włosy z czarnych na białe — odparł Sleet. Było oczywiste, że nie chce powiedzieć niczego więcej. Podniósł się i rozejrzał po niebie, jakby chciał sprawdzić, jak daleko zawędrowało słońce. — Myślę, że na razie dość sobie powiedzieliśmy, przyjacielu. Można by jeszcze spróbować zarobić parę koron na festynie. Czy chciałbyś nauczyć się kilku sztuczek, nim Zalzan Karol wyśle nas do pracy?

Valentine skinął głową. Sleet przyniósł piłki i maczugi i wszyscy troje udali się na podwórze.

— Patrz — powiedział Sleet i stanął tuż za Carabellą. Ona trzymała dwie piłki w prawej ręce, on jedną w lewej i oplatając się wolnymi ramionami, przywarli ciasno do siebie. — To takie półżonglowanie. Zupełnie proste nawet dla początkujących, ale wygląda ciekawie.

Carabellą rzuciła piłkę. Sleet rzucił, złapał i natychmiast oboje weszli w zgodny rytm, z łatwością posyłając piłki tam i z powrotem, jedna istota o czterech nogach, dwu głowach i dwóch żonglujących ramionach. Rzeczywiście, wygląda to ciekawie, pomyślał Valentine.

— Rzuć nam maczugi! — zawołał Sleet.

Valentine kolejno rzucał maczugi do prawej ręki Carabelli, ona je przejmowała i jedną, drugą, trzecią posyłała do Sleeta, aż w końcu i piłki, i maczugi krążyły między dwojgiem żonglerów w zawrotnym tempie. Valentine wiedział już z własnego doświadczenia, jak trudno radzić sobie z wieloma przedmiotami naraz. Za kilka tygodni zmierzy się z pięcioma piłkami, cztery maczugi, ma nadzieję, opanuje równie szybko, ale robić to jednocześnie z partnerem tak dobrze jak tamta para? Taka umiejętność budziła jego podziw. I trochę zazdrość, dopowiedział sobie, gdyż Sleet stapiał się z Carabellą w jedno ciało, a przecież jeszcze przed paroma godzinami to on ją trzymał w objęciach.

— Teraz ty spróbuj — zawołał białowłosy żongler.

Carabella stanęła tuż przed Valentinem, ramię w ramię. Posługiwali się tylko trzema piłkami. Początkowo Valentine miał kłopoty z właściwą oceną wysokości i siły rzutu, czasami miotał piłką poza zasięg ręki Carabelli, ale po dziesięciu minutach umiał już to robić we właściwy sposób, a po piętnastu radził sobie tak gładko, jakby ćwiczyli ze sobą od lat.

Podszedł do nich Erfon, brat Zalzana Karola, chłodny i nieprzystępny, jak przystało na Skandara.

— Jesteście gotowi? — spytał burkliwie.

Tego popołudnia trupa dawała pokaz w prywatnym parku jednego z kupców Pidruid, który wydawał ucztę dla diuka tej prowincji. Carabella i Valentine wystąpili z nowym numerem, półżonglerką, program Skandarów był jak zwykle wypełniony żonglowaniem kryształowymi czarami, naczyniami i garnkami, ale punktem kulminacyjnym był popis Sleeta żonglującego z zawiązanymi oczami.

— Czy to możliwe? — spytał Valentine zdumiony. — Tylko popatrz! — odpowiedziała Carabella.

On patrzył, ale poza nim nie było wielu widzów, ponieważ po szaleństwach Dnia Gwiazdy nastał Dzień Słońca i wielmoże, na pół rozbudzeni, znużeni wczorajszym świętem i popisami wynajętych muzyków, akrobatów i żonglerów, omdlewali przy suto zastawionych stołach. Sleet rozpoczął występ. Jeszcze zatrzymał się na chwilę, uniósł głowę do góry, jakby nasłuchując wijących w międzygwiezdnej przestrzeni wiatrów, zaczerpnął powietrza i zaczął żonglować.

— Dwadzieścia lat praktyki, panowie i panie Pidruid! Do tego potrzebny jest najostrzejszy słuch! On słyszy szmer powietrza, kiedy przecinają je maczugi! — grzmiał głos Zalzana Kavola.

Valentine zachodził w głowę, w jaki sposób ktoś obdarzony nawet najostrzejszym słuchem może wyłowić cokolwiek spośród rozmów, brzęku naczyń i hałaśliwych, napuszonych zapowiedzi Zalzana Kavola. Niemniej Sleet nie popełnił żadnego błędu. Dało się jednak zauważyć, że żonglerka na ślepo jest trudna nawet dla niego; zwykle szło mu jak z płatka, ale teraz jego dłonie wykonywały gwałtowne ruchy, to wybiegając na spotkanie maczugi, która zbyt długo wirowała w powietrzu, to chwytając z rozpaczliwym pośpiechem tę, która padała o włos za daleko. Wciąż jednak była to umiejętność, która przyprawiała o zachwyt. Wykonał dziesięć, piętnaście przerzutów, przycisnął maczugi do piersi, zrzucił z oczu przepaskę i głęboko się ukłonił. Rozległy się słabe brawa. Sleet stał sztywno, nieporuszony. Carabella objęła go, Valentine klepnął mocno w plecy. Zespół opuścił scenę.

W przebieralni Sleet długo drżał z emocji, a na jego czole lśniły krople potu. Pił wino palmowe wielkimi haustami, wciąż nie mając dość, zupełnie jakby to była woda.

— Czy patrzyli na mnie? — spytał Carabellę. — Czy w ogóle mnie zauważyli?

— Kilku, owszem, patrzyło — odpowiedziała cicho. Sleet zatupał nogami.

— Świnie! Blavy! Nie mieliby dość siły, żeby przejść z kąta w kąt, a siedzą i gadają, kiedy… kiedy artysta… kiedy…

Valentine dotychczas ani razu nie widział Sleeta ogarniętego gniewem. Takie żonglowanie na ślepo, skonstatował w duchu, nie wychodzi na zdrowie. Objął zdesperowanego żonglera i przygarnął go do siebie.

— Co się naprawdę liczy — odezwał się z powagą w głosie — to sam pokaz twoich umiejętności, a nie zwyczaje widzów. Byłeś doskonały.

— Niezupełnie — mruknął Sleet. — Koordynacja…

— Doskonała — obstawał przy swoim Valentine. — Absolutnie panowałeś nad grą. Byłeś wspaniały. Jak możesz przejmować się reakcją pijanych kupców? Robisz to dla nich czy z potrzeby ducha?

Sleet powoli zaczął się rozchmurzać.

— No tak, żonglerka to jak pokarm dla duszy, zwłaszcza żonglerka z zawiązanymi oczami.

— Nie chciałbym cię więcej oglądać w takim stanie ducha. — Ach, to przejdzie. Już czuję się znacznie lepiej.

— Sam jesteś sobie winny — dodał Valentine. — Nic trzeba im było pozwolić na taką zniewagę. Powtórzę raz jeszcze: byłeś doskonały, reszta się nie liczy. Idź do kuchni — zwrócił się do Shanamira — i spytaj, czy dostaniemy trochę mięsa i chleba. To była ciężka praca i Sleet powinien się pokrzepić. Nie wystarczy tylko wino palmowe.

Sleet ochłonął z gniewu. Wcale nie wyglądał na zmęczonego. Spojrzał z uśmiechem na Valentine'a.

— Masz wrażliwe serce, Valentine. I promienną duszę. -B oli mnie twoje cierpienie, to wszystko.

— Na przyszłość obiecuję bardziej panować nad sobą — rzekł Sleet. — A ty masz rację, Valentine, żonglujemy dla siebie. Inni się nie liczą. Nie powinniśmy o tym zapominać.

Zanim opuścili Pidruid, Valentine jeszcze dwa razy oglądał żonglerkę z zawiązanymi oczami. I za każdym razem Sleet schodził ze sceny znużony i przegrany. A więc uwaga czy nieuwaga widzów nie miała wiele wspólnego ze stanem jego ducha, stwierdził. Tego typu żonglowanie okazało się po prostu piekielnie trudne, a cena, jaką za to płacił ten niski człowiek, była zbyt wysoka. Kiedy tak się dręczył, Valentine robił, co mógł, by go podnieść na duchu i ulżyć w cierpieniu. Lubił pomagać innym.

1 ... 16 17 18 19 20 21 22 23 24 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)