Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 141
Перейти на страницу:

— To jednak mówiłeś na serio o dołączeniu do trupy! — zdziwił się Valentine. — A ja myślałem, że żartujesz z tą żonglerką cyframi.

— Wiadomo powszechnie, że Hjortowie nigdy nie żartują — odparł Vinorkis poważnie, po czym nieoczekiwanie wybuchnął hałaśliwym śmiechem.

— A co z twoim handlem skórami?

— Sprzedałem cały zapas na targu — odpowiedział Hjort. — Myślałem o tobie, o tym, że nie wiesz, gdzie będziesz jutro, i że wcale o to nie dbasz. Podziwiałem cię. Zazdrościłem ci. Pytałem sam siebie: czy zamierzasz kramarzyć skórami przez wszystkie swoje dni, Vinorkisie, czy też spróbujesz czegoś nowego? Na przykład podróży? Tak więc kiedy przypadkowo podsłuchałem, że Zalzan Kavol potrzebuje pomocnika, ofiarowałem mu swoje usługi. No i jestem!

— No i jesteś — powiedziała kwaśno Carabella. — Witaj!

Po obfitym posiłku zaczęli zbierać się w drogę. Shanamir przyprowadził ze stajni czwórkę wierzchowców i kiedy Skandarzy przywiązywali zwierzęta postronkami do wozu, przemawiał do nich spokojnym, kojącym głosem. Zalzan Kavol usadowił się na koźle, wziął do rąk lejce, jego brat Heitrag usiadł obok niego, a gdzieś zupełnie z boku wcisnął się Autifon Deliamber. Shanamir jechał na swoim wierzchowcu. Valentine zajął miejsce w przytulnej, luksusowej kabinie dla pasażerów, razem z Carabellą, Vinorkisem, Sleetem i pozostałymi czterema Skandarami. Trzeba było długo przestawiać nogi z miejsca na miejsce, zanim każdy w końcu rozsiadł się wygodnie.

— Hop! — zakrzyknął ostro Zalzan Karol i oto już wyjeżdżali przez Bramę Falkynkip, na wschód, wielkim gościńcem, którym Valentine wkraczał do miasta Pidruid równo tydzień temu, w Dzień Księżyca.

Nad ciągnącą się wzdłuż brzegu morza równiną wisiało ciepłe, przesiąknięte wilgocią powietrze letniego dnia. Wspaniałe kwiaty ognistych palm zaczynały już przekwitać i więdnąć i zaścielały gościniec opadłymi płatkami niczym szkarłatnym kobiercem. Wóz miał kilka okien zrobionych z pieczołowicie dopasowanych najlepszego gatunku cienkich, mocnych i całkowicie przezroczystych skór patyczaków. Patrząc przez nie, pośród uroczystej ciszy, jaka niespodziewanie zapanowała, Valentine obserwował Pidruid, malejące coraz bardziej, znikające z minuty na minutę wielkie miasto miliona istot, gdzie żonglował przed Koronalem, gdzie skosztował dziwnego wina i ostrych potraw i gdzie spędził świąteczną noc w ramionach ciemnowłosej Carabelli.

A teraz otwierała się przed nim droga i kto wie, jakie podróże miał jeszcze przed sobą.

Niczego nie planował. Na wszystko był gotów. Ciągnęło go do żonglerki, pragnął rozwijać swoje umiejętności aż do perfekcji, chciał skończyć z terminowaniem i marzył o dorównaniu Sleetowi i Carabelli, a może nawet samym Skandarom. Sleet ostrzegał go przed tym ostatnim, mówiąc, że tylko mistrz mógłby podjąć ryzyko współzawodniczenia z nimi, gdyż podwójny komplet ramion daje Skandarom taką przewagę, że zwykła istota ludzka zawsze pozostanie w tyle. Ale Valentine widział, że i Sleet, i Carabellą nie ustępują czwororamiennym, więc miał nadzieję, że i on w przyszłości zmierzy się z nimi. Mam wygórowane ambicje, pomyślał. Lecz czegóż więcej mógłbym pragnąć, niż zostać mistrzem godnym żonglowania z Zalzanem Karolem i jego braćmi!

Ciszę przerwał głos Carabelli.

— Wyglądasz na szczęśliwego, Valentine.

— Naprawdę?

— Jesteś promienny niczym słońce. Płyną od ciebie strumienie światła.

— To z powodu złotych włosów — powiedział skromnie. — To one dają takie złudzenie.

— Nie. Nie. Twój nagły uśmiech… Przykrył dłonią jej dłoń.

— Myślałem o podróży, która nas czeka. O swobodnym i radosnym życiu. O wędrowaniu tu i tam przez Zimroel, o postojach, o przedstawieniach, o uczeniu się nowych sposobów żonglowania. Chcę zostać najlepszym żonglerem spośród wszystkich istot ludzkich na całym Majipoorze!

— Masz na to niezłe zadatki — wtrącił się do rozmowy Sleet. — Twoje wrodzone umiejętności są naprawdę niezwykłe. Musisz tylko bardzo dużo ćwiczyć.

— Liczę na ciebie i na Carabellę.

— Kiedy ty myślałeś o żonglerce, Valentine, ja myślałam o tobie — powiedziała półgłosem Carabella.

— A ja o tobie — wyszeptał Valentine, zmieszany. — Ale wstydziłem się przyznać do tego głośno.

Wóz wolno pokonywał krętą górską drogę, która prowadziła ku wielkiemu płaskowyżowi w głębi lądu. Zakręty były tak ostre, że wehikuł z trudem się na nich mieścił, ale Zalzan Kavol, równie zręczny woźnica jak żongler, wyprowadzał go bezpiecznie ze wszystkich po kolei. Wkrótce znaleźli się na szczycie wzniesienia, z którego Pidruid, przycupnięte nad zatoką, wyglądało jak własna mapa. Na grani powietrze było suche, ale niewiele tylko chłodniejsze niż na dole, mimo późnego popołudnia słońce wciąż przygrzewało niemiłosiernie i na ochłodzenie można było liczyć dopiero z nastaniem zmierzchu.

Na nocleg zatrzymali się w pokrytej kurzem górskiej wiosce tuż przy drodze do Falkynkip. Valentine, leżąc na nierównym, wypchanym słomą sienniku, znów miał niepokojący sen. Po raz kolejny znalazł się wśród władców Majipooru. W jednym końcu pustego, dudniącego echem korytarza o kamiennej posadzce siedział na tronie Pontifex, a w drugim Koronal. W suficie tkwiło budzące grozę, wypełnione światłem oko, które niczym ostre słońce rzucało bezlitosny, oślepiający blask. Valentine niósł jakąś wiadomość od Pani Wyspy, ale nie był pewny, czy mają dostarczyć Pontifexowi, czy Koronalowi. Gdy do któregoś z nich się zbliżał, ten oddalał się od niego. Przez całą noc mozolnie krążył tam i z powrotem po zimnej śliskiej posadzce, błagalnie wyciągając ręce to ku jednej z potęg, to ku drugiej, lecz niezmiennie nie osiągał celu.

Następny nocleg wypadł na obrzeżu Falkynkip. I znów śniło mu się to samo. Znów Pontifex i Koronal, ale z mglistego snu zapamiętał jedynie jakieś groźne, wyniosłe osobistości, jakieś pompatyczne zgromadzenie i to, że z nikim nie potrafił się porozumieć. Rano był bardzo przygnębiony. Najwyraźniej śnił sny o niezwykłej doniosłości, ale niczego z nich nie pojmował.

— Jesteś we władaniu potęg, które nie chcą cię zostawić w spokoju — powiedziała Carabella. — Zdaje się, że łączą cię z nimi nierozerwalne więzy. Jestem przekonana, że te sny to przesłania.

— Pośrodku upalnego dnia nagle sobie wyobrażam, że zimne ręce Króla Snów uciskają moje skronie. A kiedy zamykam oczy, jego palce przewiercają mi duszę.

W oczach Carabelli pojawił się błysk trwogi. — Więc jesteś pewny, że to on je zsyła?

— Nie, nie jestem tego pewny, ale myślę…

— Może jednak pochodzą od Pani?

— Pani zsyła łagodniejsze sny, jestem o tym przekonany — powiedział Valentine. — Obawiam się, że moje mogą pochodzić jedynie od Króla. Ale czego on ode mnie chce? Jaką popełniłem zbrodnię?

Carabella zmarszczyła brwi.

— W Falkynkip musisz się wybrać do wieszczki, Valentine, obiecałeś mi to.

— Dobrze, rozejrzę się za jakąś.

Autifon Dełiamber, niespodziewanie włączając się do rozmowy, zapytał:

— Czy mogę ci kogoś polecić?

Valentine nie zauważył, kiedy mały zasuszony Vroon zbliżył się do nich. Spojrzał w dół, zdziwiony.

— Przepraszam — odezwał się bezceremonialnie czarodziej. — Przypadkowo podsłuchiwałem. Zdaje mi się, że niepokoją cię przesłania, tak?

— Moje sny nie mogą oznaczać niczego innego. — Jesteś pewien?

— Niczego nie jestem pewien. Ani dnia tygodnia, ani twojego, ani nawet własnego imienia.

1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)