Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
- Автор: Силверберг Роберт
- Серия: Kroniki Majipooru #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-017-0
- Переводчик: Helena Michalska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
— Śniło mi się, że walczyłem ze swoim bratem — powiedział ochryple. — Że starliśmy się pośród gorącej, jałowej pustyni, że on był już bliski zabicia mnie, że w ostatniej chwili podniosłem się z ziemi, przybyło mi sił i… i że biłem go pięściami, aż zabiłem.
Oczy dziewczyny świeciły w ciemnościach niczym oczy schwytanego w snop światła zwierzęcia.
— Czy zawsze miewasz takie okrutne sny? — spytała po jakimś czasie.
— Chyba nie. Ale…
— Słucham?
— Tu chodzi nie tylko o okrucieństwo, Carabello. Ja nie mam brata! Dziewczyna roześmiała się.
— Sądzisz, że sny muszą dokładnie odpowiadać rzeczywistości? Valentine, któż cię tego nauczył? Sny mają głębsze znaczenie niż otaczająca nas rzeczywistość. Bratem z twojego snu może być ktokolwiek, Zalzan Kavol, Sleet, twój ojciec, Lord Valentine, Pontifex Tyeveras, Shanamir, nawet ja. Chyba wiesz, że jeśli sny nie są szczególnymi przesłaniami, może być w nich wszystko przeinaczone.
— Tak, wiem. Ale cóż mógłby znaczyć taki sen jak ten? Pojedynkować się z bratem, niemal zginąć z jego ręki… a potem zabić go samemu?
— Chcesz, bym ci go wytłumaczyła?
— Poza tym, że jest straszny i tajemniczy, niczego mi nie mówi.
— Rzeczywiście cię przestraszył. Byłeś spocony i krzyknąłeś kilka razy. Przykre sny wyjawiają jednak bardzo wiele. Spróbuj go sam zrozumieć.
— Mój brat… nie mam brata…
— Powiedziałam ci, że to bez znaczenia.
— Czy zatem walczyłem z sobą samym? Nic nie rozumiem. Nie mam wrogów, Carabello.
— Może chodzi o twojego ojca.
Zastanowił się. Jego ojciec? Szukał twarzy, którą mógłby dopasować do zagadkowego mężczyzny z szablą, ale w miejsce wyjaśnienia pojawiły się nowe wątpliwości.
— Nie pamiętam ojca.
— Czy umarł, kiedy byłeś chłopcem?
— Chyba tak. — Valentine potrząsnął głową, która zaczynała pulsować bólem. — Nie pamiętam. Widzę wielkiego mężczyznę… ma ciemną brodę, ciemne oczy…
— Jak miał na imię? Kiedy umarł?
Valentine znów potrząsnął głową. Carabella przysunęła się bliżej, ujęła go za ręce i odezwała się łagodnie:
— Valentine, gdzie się urodziłeś?
— Na wschodzie.
— To już wiem. Ale gdzie? W jakim mieście? W jakiej prowincji? — dopytywała się.
— W Ni-moya. Tak. Duży ogród, duży dom nad brzegiem rzeki. Tak. Widzę tam siebie. Pływam w rzece. Poluję w książęcych lasach. Czy to wszystko mi się tylko śniło?
— Tak myślisz?
— A może gdzieś o tym czytałem? Albo słyszałem? — A twoja matka, jak miała na imię?
Już otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale nie przychodziło mu do głowy żadne imię.
— Czy ona też umarła młodo?
— Galiara — powiedział wreszcie, ale bez większego przekonania. — No tak, Galiara.
— Ładne imię. Powiedz mi, jak wyglądała.
— Ona… ona miała… — zastanowił się chwilę — ona miała złote włosy, takie jak moje. Pachnącą gładką skórę. Jej oczy… jej głos rozbrzmiewał jak… Nie, to jest zbyt trudne, Carabello!
— Drżysz cały.
— Tak.
— Chodź tutaj! — Jeszcze raz przyciągnęła go do siebie. Była mała i drobna, ale teraz wydawała się dużo silniejsza od niego i Valentine poczuł się bezpieczny w jej objęciach. Powiedziała łagodnie: — Niczego nie pamiętasz, Valentine, prawda?
— Nie, nie pamiętam.
— Ani gdzie się urodziłeś, ani skąd pochodzisz, ani jak wyglądali twoi rodzice, ani nawet tego, gdzie spędziłeś ostatni Dzień Gwiazdy. Twoje sny nie mogą tobą kierować, ponieważ nie masz im niczego do powiedzenia. — Przesunęła dłonią po jego głowie, badając palcami skórę.
— Co robisz? — zapytał.
— Szukam śladu po jakiejś ranie. Wiesz chyba, że uderzenie w głowę może spowodować utratę pamięci?
— Czy coś znalazłaś?
— Nie, niczego nie ma. Żadnej blizny, żadnego śladu uderzenia, ale sprawdzę jeszcze raz, kiedy wzejdzie słońce.
— Lubię dotyk twoich rąk, Carabello.
— Lubię cię dotykać, Valentine.
Leżał obok niej cicho. Słowa, które przed chwilą padły, wstrząsnęły nim do głębi. Inni ludzie, pomyślał, są pewni miejsca, w którym przyszli na świat, znają imiona swoich rodziców, mają bogate wspomnienia z dzieciństwa, z wieku młodzieńczego. On me miał żadnych. Zasłaniał się jedynie mgiełką kruchych wyobrażeń, poza którymi rozciągała się próżnia. Tak, wiedział o tej próżni, ale wolał do niej nie zaglądać. Teraz zmuszała go do tego Carabella. Zastanawiał się, dlaczego nie jest podobny do innych. Dlaczego jego pamięć jest pusta? Czy został uderzony w głowę, tak jak podejrzewała Carabella? Czy po prostu miał niesprawny umysł, brakowało mu zdolności do przechowywania w pamięci zdobytych doświadczeń i całe lata wędrował przez Majipoor, a każdy dzień wczorajszy zacierał się o świcie każdego następnego ranka?
Żadne z nich już nie zasnęło. Tuż przed nadejściem świtu kochali się raz jeszcze, nieoczekiwanie dla samych siebie, pośpiesznie, inaczej niż poprzednio, kiedy to złączyła ich harmonia miłosnej gry. Wstali, wzięli kąpiel w zimnym strumyku, ubrali się i ruszyli przez miasto do gospody. Po ulicach snuło się jeszcze kilku spóźnionych hulaków o mętnym wzroku, ale słońce stało już wysoko na niebie.
Rozdział 10
Carabella nakłoniła Valentine'a, aby zaufał Sleetowi i opowiedział mu swój sen, jak również ich późniejszą rozmowę. Mały białowłosy żongler słuchał uważnie nie przerywając, a twarz poważniała mu z każdym słowem.
Wysłuchawszy opowieści do końca, rzekł:
— Powinieneś zwrócić się do kogoś, kto tłumaczy sny.
— Myślisz, że mogło to być przesłanie?
— Niewykluczone.
— Od Króla Snów?
Sleet z uwagą przyglądał się czubkom swoich palców.
— Możliwe. Powinieneś uważać na siebie i czekać, co będzie dalej. Król nigdy nie zsyła pojedynczych wiadomości.
— Równie dobrze ten sen może pochodzić od Pani Wyspy Snu — włączyła się do rozmowy Carabella. — Nie powinna nas zwieść jego gwałtowność. Kiedy zachodzi potrzeba, ona również zsyła takie sny.
— Są jeszcze i takie — mówił dalej Sleet — które nie pochodzą ani od Pani, ani od Króla, lecz biorą się z mglistej głębi naszego umysłu. Któż potrafi zrozumieć je sam, bez niczyjej pomocy? Valentine, musisz zobaczyć się z wieszczką, która tłumaczy sny.
— Czy wieszczka pomoże mi odnaleźć pamięć?
— Owszem. Taka, która tłumaczy sny, albo czarodziej, pod warunkiem, że sny mają związek z przeszłością.
— A poza tym — powiedziała Carabella — sen o tak silnej wymowie nie powinien zostać niewyjaśniony. Weź to pod uwagę. Bo jeśli nakazuje ci jakieś działanie, a ty nie chcesz się temu podporządkować… — Wzruszyła ramionami. — Twoja dusza odpowie za to, i to szybko. Poszukaj wieszczki, Valentine.
— Miałem nadzieję — Valentine zwrócił się ponownie do Sleeta — że posiadasz jakąś wiedzę w tej materii.
— Ja jestem żonglerem. Poszukaj wieszczki.
— Czy możesz polecić mi jakąś w Pidruid?
— Już wkrótce odjeżdżamy. Zaczekaj, aż znajdziemy się o kilka dni drogi od miasta. Będziesz miał więcej do opowiadania.
— Zastanawiam się, czy to jest przesłanie — rzekł Valentine. — I czy pochodzi od Króla Snów. Jaką on może mieć sprawę do takiego jak ja włóczęgi? Trudno mi w to uwierzyć. Przy dwudziestu miliardach istot żyjących na Majipoorze, jak mógłby znaleźć czas na zajmowanie się kimś tak niewiele znaczącym?