Tajemnicza wyprawa Tomka
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Przygody Tomka Wilmowskiego #5
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-289-3
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tajemnicza wyprawa Tomka». Краткое содержание книги:
Niekrasow tymczasem pochylił się ku zawadiace.
— Ej, Wasyl, nie poznałeś ty mnie? — zapytał. — Czy sprzykrzył ci się głos generała kukułki, że szukasz śmierci?
Drab właśnie powstał z podłogi, trzymając w ręku otwarty nóż. Przekrzywił łeb o zmierzwionych, długich włosach, nabiegłymi krwią oczyma wpatrywał się w Niekrasowa.
— Przypomnij sobie, kogo to zwałeś swoim ojczulkiem? — ciszej powiedział kapitan.
Zawadiaka wolnym krokiem podszedł do niego. Ostrzem noża dotknął jego piersi. Na ponurej, groźnej twarzy najpierw odmalowała się niepewność, a potem zdumienie.
— Toż to chyba... ojczulek Niekrasow! — szepnął zmieszany. Nagle rzucił nóż na podłogę. Z niezwykłym przejęciem pocałował kapitana w ramię.
— Wybacz, ojczulku... naprawdę nie poznałem... tyle lat... — mówił głęboko wzruszony.
Kapitan uścisnął go, po czym cicho zapytał:
— Dlaczego szukałeś zwady, Wasyl?
— Ja znów w tiurmie, ojczulku; namówili nas, wypuścili na tę noc, ubrali, dali broń... obiecali nagrodę...
— Kto was namówił? — indagował Niekrasow.
— Nadziratel, ojczulku, ale to tylko tak między nami...
— Słuchaj, Wasyl, to moi przyjaciele, chyba nie chcesz ze mną zwady?!
— Prędzej odgryzłbym sobie własne łapsko!
— Dziękuję ci, Wasyl! Policja obstawiła dom. Kiedy miała tu wkroczyć?
— Na odgłos strzałów! Wy zostańcie, może uda się nam czmychnąć do lasu! Do zobaczenia, ojczulku!
Wasyl podniósł nóż, zamknął go, schował do kieszeni. Przez ramię spojrzał na swoich popleczników.
— Za generałem kukułką, jazda! — rozkazał.
Musiał posiadać mir wśród kamratów, gdyż bez słowa sprzeciwu schowali broń. Pobiegli w kierunku zasłony w kącie sali. Rozległ się tupot nóg na schodach, potem gdzieś trzasnęły drzwi, w głębi budynku ktoś krzyknął przestraszony i było już po wszystkim. Służba szybko uprzątnęła pobojowisko. Goście, jak gdyby nic nadzwyczajnego nie zaszło, znów zasiedli przy stolikach.
Łowcy pytająco spoglądali na Niekrasowa. Ten zaś najpierw nalał wina, a potem dopiero krótko wyjaśnił:
— Policja nasłała na nas bradiagów [67]. W tej chwili agenci czają się wokół domu, by wtargnąć na odgłos strzałów i aresztować nas. Komisarz przypuszczał, że napadnięci przez uzbrojonych zbirów użyjemy broni palnej. Oczywiście później sprawa by się wyjaśniła i jeśli policja nie znalazłaby nic podejrzanego, na pewno puszczono by nas z przeprosinami.
— W jakim celu policja to uczyniła? — nie dowierzał Tomek.
— To robota tej żmii, Pawłowa — wtrącił bosman. — Oczywiście, teraz macie dowód, że Pawłow nabrał jakichś podejrzeń — potwierdził Niekrasow. — Władze rosyjskie jednak nie lubią ryzykować aresztowaniem niewinnych być może cudzoziemców. Powoduje to przecież interwencje dyplomatyczne. Wobec tego po cichu przygotowały pułapkę, lecz dzięki przypadkowi udaremniliśmy niecne zakusy.
— Panu zawdzięczamy pomyślny obrót sprawy — powiedział Smuga. — Skąd pan zna tego człowieka?
— Wasyla? To bradiaga, przebywaliśmy razem na katordze w Karze. Jeśli tylko sprzyjały okoliczności, uciekał co roku, by się powłóczyć po tajdze. Raz pomogłem mu rozkuć kajdany, oddałem moją rację żywności. Odtąd zawsze uważał mnie za swego opiekuna.
— To niebezpieczny człowiek — zauważył Smuga.
— A tak, niejedno ma na sumieniu — potwierdził Niekrasow. — No, no, ale pana Brola nie podejrzewałem o tak nadludzką siłę. Wasyl uchodzi za Herkulesa, chyba dzisiaj pierwszy raz w życiu został pokonany.
— Niczego sobie osiłek — przyznał bosman. — O jakim to generale kukułce wspomniałeś pan temu gagatkowi? Czyżby to było umówione hasło?
— Skądże znowu, otóż bradiagi uciekają z więzienia na wiosnę, gdy w tajdze można znaleźć jadalne korzonki i jagody. Przylot z południa kukułek jest niezawodnym znakiem nastania tak upragnionej pory roku, toteż generałem swoim zwą ptaka, którego głos staje się ogólnym sygnałem do ucieczki.
— W jaki sposób domyślił się pan, że policja urządziła na nas zasadzkę? — zapytał Tomek.
— Mam dobrego znajomego wśród służby Czang Sena. Gdy bradiagi weszli do restauracji, poinformował mnie, że policja czai się wokół domu — wyjaśnił Niekrasow.
— Ach, to on podał tę karteczkę, którą pan zaraz spalił — wtrącił Wilmowski.
— Tak, najlepiej niszczyć wszelkie dowody rzeczowe. Nie cieszę się najlepszą opinią policji, która niepokoiłaby mego informatora.
— Uwaga, Pawłow na horyzoncie! — ostrzegł bosman.
— Nie ma zbyt tęgiej miny — dodał Tomek. — Nic dziwnego, tym razem podstęp mu się nie udał!
Agent szybko zbliżył się do stolika. Z trudem tłumił zdenerwowanie, gdy mówił:
— Przykro mi, że zostawiłem panów samych na tak długo, lecz cóż można począć na służbie! Niestety, już nie będę mógł dzisiaj towarzyszyć panom. Kilku zbrodniarzy zbiegło wieczorem z tutejszego więzienia. Posiadają broń, to niebezpieczni recydywiści! Proszono mnie o pomoc w pościgu...
— Czyż to możliwe, aby z więzienia zbiegli uzbrojeni?! — z głupia frant zapytał bosman.
— Istotnie, to dziwna sprawa — mruknął Tomek.
Agent, rozzłoszczony własną niezręcznością, gniewnie zmierzył marynarza wzrokiem; jąkając się odparł:
— No, broń zapewne zdobyli po dokonaniu ucieczki... Isprawnik obawiał się, by nie spotkała panów tutaj jakaś nieprzyjemność, polecił mi uprzedzić...
— Trochę spóźnił się pan — przerwał mu Smuga. — Byli tu już jacyś obwiesie, próbowali nawet wszcząć z nami awanturę, ale dostali należytą odprawę. O nas nie trzeba tak bardzo się obawiać. Jakoś dajemy sobie radę.
— Czy załatwił pan wszystko z isprawnikiem? — zapytał Wilmowski.
— Tak, tak, jutro z rana przyjmie panów — skwapliwie potwierdził Pawłow.
— Jak to, więc już nie wyjeżdża? — ironicznie zauważył Tomek.
— Nie, zmienił zamiar, a więc jutro rano pójdziemy do isprawnika, a potem do jego ekscelencji gubernatora — oświadczył Pawłow i zaraz opuścił salę.
Fu Czau
Następny dzień przyniósł pewne wyjaśnienie dwuznacznej sytuacji, w jakiej łowcy znaleźli się po dziwnym wydarzeniu w restauracji Czan Sena. Mianowicie z samego rana Pawłow przybył po nich na statek; był nadzwyczaj ugrzeczniony i usłużny. Razem udali się do isprawnika, który zwrócił im paszporty, zezwolił na polowanie w całym podległym mu okręgu, a ponadto przykazał agentowi, by otoczył wyprawę staranną opieką.
W godzinę później złożyli wizytę gubernatorowi. Ten przyjął ich w swoim prywatnym domu, w obecności trzech adiutantów. Wypytywał o przebieg łowów, życzył powodzenia oraz zapewnił, że sprawcy wczorajszego napadu będą ujęci lada chwila i zostaną przykładnie ukarani.
Łowcy w jak najlepszych humorach powrócili na “Sungaszę”, było bowiem zupełnie widoczne, że policja, po nieudanej prowokacji, stara się pozorami uprzejmości zatuszować własną niezręczność.
Tego jeszcze popołudnia “Sungasza” odbiła od przystani w Błagowieszczeńsku i pożeglowała dalej w górę rzeki. Na obu brzegach Amuru rysowały się w dali skaliste, jakby o ściętych szczytach góry, porosłe wierzbami i łozą. Bliżej rzeki przestrzenie leśne, zasnute w dzień niskimi czarnymi dymami, rozbłyskały w nocy czerwonymi łunami. To krajowcy wzniecali ognie, zwane pałami, którymi niszczyli lasy, zamiast je karczować, lub palili trawę na łąkach dla użyźnienia gleby.
W miarę jak “Sungasza” płynęła na wschód, krajobraz pobrzeży amurskich stopniowo ulegał zmianie. Pasma górskie przybliżyły się do brzegów, zwęziła się dolina rzeki, w lasach przeważały modrzewie, sosny, białe brzozy i brzozy daurskie.
67
Bradiaga — włóczęga zbiegły z katorgi. Niektórzy przestępcy pospolici i zbrodniarze zsyłani na Syberię przeważnie z Rosji europejskiej, próbowali szczęścia w ucieczce, by wrócić do domu lub trochę użyć swobody na włóczędze. Często zbierali się w bandy grasujące w tajdze. Dopiero nadejście surowej zimy zmuszało ich do wychodzenia z lasu w celu znalezienia żywności i wtedy zazwyczaj byli wychwytywani przez policję.