Tajemnicza wyprawa Tomka
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Przygody Tomka Wilmowskiego #5
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-289-3
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tajemnicza wyprawa Tomka». Краткое содержание книги:
— Bardzo mi przykro, ale muszę panów opuścić na kilkanaście minut. Otrzymałem wiadomość, że isprawnik właśnie wrócił do miasta, lecz jutro rano znów wyjeżdża. Przeprowadza pilne dochodzenie. Skorzystam więc z jego obecności, by załatwić nasze sprawy. Jednocześnie dowiem się, czy termin audiencji wyznaczonej dla panów u ekscelencji nie uległ zmianie.
— Chyba czas już skończyć nasze miłe spotkanie — zauważył Wilmowski.
— Broń Boże! To nie potrwa długo, zaraz wrócę. Pokażę panom najciekawszy zakątek tego lokalu — zaoponował Pawłow. — Za kotarą w rogu sali są ukryte kręte schodki. Czy byli panowie już kiedyś w palarni opium?
— Nie wiedziałem, że tutaj wolno utrzymywać takie lokaliki — zdziwił się bosman.
— Ależ skąd, panie Brol! — zaprzeczył Pawłow, domyślnie mrugając okiem. — Palarnia jest nielegalna, a wstęp jedynie dla wtajemniczonych!
Wszyscy roześmiali się, słysząc to wyjaśnienie z ust agenta policji.
— Skoro tak, to poczekamy — powiedział Smuga. — Widziałem kilkakrotnie palarnie opium, ale dla moich towarzyszy będzie to nowością.
— Świetnie! Tymczasem częstujcie się panowie! Postaram się szybko wrócić.
Pawłow minął stojące w przejściu do drugiej sali stoliki. Znikł w szatni.
— Ciekaw jestem, co on nowego wymyślił? — zagadnął kapitan Niekrasow.
— Więc nie wierzy pan w powrót isprawnika? — zapytał bosman. Niekrasow wzruszył ramionami.
— Czort go wie! Od samego początku dziwi mnie to zaproszenie do spelunki przez inspektora policji. Zastanawiam się, do czego jest mu to potrzebne?
— Czy nie za wiele się pan domyślasz? Na mój rozum wszystkie agenciaki lubią fundować sobie kolacyjki za państwowe pieniądze.
— W każdym razie nie będziemy się nudzili, przybywają nowi goście — zauważył Smuga.
Do sali wkroczyło kilku mężczyzn. Przystanęli w progu rozglądając się ciekawie.
— Cóż to za oryginalne typki! — po cichu zawołał Tomek. Bosman, jak zwykle zawadiacki, wychylił się z niszy i mruknął:
— Faktycznie niczego sobie goście! Wyglądają jak diabły przebrane w ornaty i na mszę dzwoniące!
Trafność określenia wywołała ogólną wesołość. Kanciaste, brodate twarze nowo przybyłych i ich zachowanie wcale nie pasowały do porządnych ubrań, które na sobie nosili. Poszturchiwali się łokciami, aż w końcu pod przewodem najwyższego ruszyli ku stolikowi w sąsiedniej loży obok łowców. Szurgając butami oraz hałaśliwie rozstawiając taborety, obsiedli stół. Zażądali wódki.
Niekrasow dyskretnie zlustrował dziwnych sąsiadów. Zmarszczył czoło, jakby usiłował sobie coś przypomnieć. Naraz chiński służący, który właśnie przyniósł nową butelkę wina musującego i napełnił nim szklaneczki, nieznacznie wsunął w dłoń Niekrasowa zwiniętą w rulonik kartkę. Kapitan ukradkiem rozprostował papierek; zaledwie nań spojrzał, zgniótł w kulkę, wrzucił ją do popielniczki i podpalił zapałką. Tylko Wilmowski spostrzegł dziwne zachowanie Niekrasowa, reszta towarzystwa bowiem z zainteresowaniem słuchała dowcipu opowiadanego przez bosmana. Wilmowski już miał zamiar poprosić Niekrasowa o wyjaśnienie, gdy nagle jeden z nowo przybyłych gości gwałtownie powstał od swego stolika. Bezceremonialnie wszedł do loży.
Był to niezwykle wysoki mężczyzna. Teraz, gdy stał blisko, od razu rzucało się w oczy, że ubranie, które nosił, nie było nań dopasowane. Marynarka z trudem opinała jego szeroką, wypukłą, włochatą pierś, widoczną przez rozchełstaną, brudną koszulę. Na piersi miał wytatuowany rysunek ptaka. Za krótkie i mocno obcisłe rękawy marszczyły się w fałdy na niezwykle wyrobionych mięśniach, a nogawki spodni nie sięgały nawet kostek u nóg. Wyglądał jak przebieraniec na zapusty, lecz mimo to jego groźna, ponura twarz mogła w każdym wzbudzić uczucie lęku. Od lewego ucha poprzez policzek, obydwie wargi aż do końca brody jego dawno nie goloną twarz przeorywała szeroka blizna. Poprzez rozwichrzone, krzaczaste brwi przezierały jasne, bezlitosne oczy, spoglądające drapieżnie i zaczepnie. Podszedł do stołu, oparł się o jego brzeg dłońmi zaciśniętymi w kułak.
Łowcy przerwali rozmowę; w tej chwili na całej sali zaległa niepokojąca cisza. Wszyscy goście spoglądali w kierunku loży, gdzie olbrzymi drab wpatrywał się kolejno w każdą twarz, jakby szukał kogoś znajomego. Łowcy zdziwieni patrzyli na niego, tylko kapitan Niekrasow w dalszym ciągu siedział zadumany z nisko opuszczoną na piersi głową. Drab tymczasem zatrzymał wzrok na bosmanie Nowickim. Przyglądał mu się przez dłuższą chwilę.
— Czy przypominasz mnie sobie? — odezwał się w końcu ochrypłym głosem. — Długo cię szukałem, carski szpiclu! Nareszcie spotkaliśmy się!
Bosman uniósł głowę. Ponury wygląd awanturnika nie wywarł na nim najmniejszego wrażenia.
— Jak kto koniecznie szuka guza, to na pewno go znajdzie — odparł flegmatycznie. — Faktycznie jednak to się nie znamy! Pomyliłeś się pan!
— Jak mógłbym cię zapomnieć! Przez ciebie tysiąc kijów spadło na mój grzbiet! [65] — warknął olbrzym. — Zapłacę ci teraz!
Pochylił się ku bosmanowi, jednocześnie podsuwając mu pod nos swój wielki włochaty kułak. Bosman obtarł usta serwetką. Podniósł się, wyszedł zza stołu. Wzrokiem pełnym uznania zmierzył zawadiakę, który przewyższał go co najmniej o połowę głowy.
— Nie znam cię, człowieku, odczep się z łaski swojej — rzekł spokojnie.
— Ha, to mnie zaraz poznasz! — zawołał zawadiaka.
Zwinnym ruchem uderzył bosmana pięścią w podbródek. Głowa marynarza odskoczyła do tyłu, cofnął się o krok lub dwa, ciężko opadł na jedno kolano. Zaraz jednak otrząsnął się jakby po wynurzeniu z wody i powstał. Napastnik po raz drugi zamachnął się potężnie, lecz tym razem zaprawiony w walce wręcz marynarz uchylił głowę, równocześnie prawą pięścią uderzył przeciwnika w żołądek, a lewą w podbródek. Drab zachwiał się oszołomiony, bosman zaś chwycił go w pasie za ubranie, podrzucił do góry nad własną głowę, zakręcił nim młynka i z rozmachem cisnął o podłogę. Zawadiaka, przy akompaniamencie okrzyków przestraszonych biesiadników oraz brzęku szkła, z rozkrzyżowanymi ramionami legł nieruchomo.
Wszyscy goście poderwali się od stolików, umykali pod najdalszą ścianę. Łowcy również powstali, w sąsiedniej loży bowiem znów zaszurgały odtrącone taborety. Kilku drabów wyskoczyło na salę, niepewnie spoglądając spode łbów to na bosmana, to na powalonego swego przywódcę.
Po krótkiej chwili zawadiaka ciężko usiadł na podłodze. Włochate łapsko na moment skryło się w kieszeni, po czym w dłoni błysnęło ostrze sprężynowego noża. Na to hasło pozostali awanturnicy również wydobyli broń. Pochylili się do skoku, uzbrojeni w kastety [66], bagnety wojskowe i noże.
Tomek, Smuga i Udadżalaka zaraz stanęli u boku bosmana. Wilmowski już do nich podążał, gdy kapitan Niekrasow powstrzymał go za ramię. Zmrużywszy oczy spoglądał na obnażoną pierś powstającego z podłogi awanturnika. Widniał na niej tatuaż kukułki ze skrzydłami rozpiętymi do lotu. Niekrasow nareszcie przypomniał sobie, skąd zna tego człowieka.
— Uspokój pan towarzyszy, to pułapka — szepnął do Wilmowskiego, a sam wysunął się zza stołu; odgrodził bosmana od zgrai łotrów.
Bosman lekko pochylony ruszył do przodu, ale w tej chwili Wilmowski znalazł się tuż przy nim.
— Czekaj, to prowokacja — syknął.
Bosman przystanął; czujnym wzrokiem śledził każdy ruch napastników, gotów do rozpoczęcia walki.
65
Władze carskie często stosowały karę chłosty.
66
Kastet — metalowy przyrząd, przeważnie w kształcie połączonych czterech pierścieni, zakładany na palce dla wzmocnienia ciosu pięści.