Tajemnicza wyprawa Tomka
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Przygody Tomka Wilmowskiego #5
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-289-3
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tajemnicza wyprawa Tomka». Краткое содержание книги:
W dwadzieścia lat później gubernator Wschodniej Syberii, słynny Mikołaj Murawiew Amurski, po raz drugi rozpoczął podbój bogatej, pięknej Krainy Nadamurskiej. W roku 1854 wojna krymska spowodowała konieczność szybkiego zaopatrzenia w żywność i amunicję rosyjskiej floty na Oceanie Spokojnym. Droga wodna — Amurem — była najtańsza i najdogodniejsza, dlatego Murawiew postanowił zdobyć krainy leżące nad rzeką. Przewieziony w częściach parowiec zmontował na Szyłce, kazał zbijać setki promów, na których ruszył z tysiącem Kozaków w dół rzeki. Zbudował liczne stanice, założył Błagowieszczeńsk i Chabarówkę, rozpoczął systematyczną kolonizację. Pierwszymi osadnikami byli zesłańcy-więźniowie obojga płci i żołnierze wcieleni za karę do oddziałów syberyjskich. Murawiew nie tylko przymusowo osiedlał ich nad Amurem oraz w nowo zdobytym Kraju Ussuryjskim, lecz nawet kojarzył tam “przymusowo” małżeństwa. Mianowicie ustawiał więźniów w dwa równoległe szeregi: w jednym mężczyzn, a w drugim kobiety. Na odpowiednią komendę obydwa szeregi odwracały się twarzą do siebie i każdy mężczyzna pojmował za żonę kobietę, którą przypadkowo wybrał mu kapryśny los.
Na tej ciekawostce Wilmowski zakończył opowiadanie. Tomek szturchnął bosmana i śmiejąc się zawołał:
— Szkoda, że pana wtedy tutaj nie było! Na pewno byłby pan już żonaty!
— Tobie tylko żeniaczka w głowie — ofuknął go marynarz. — Mnie to do szczęścia niepotrzebne, lecz ty, choć jeszcze goło masz pod nosem, niedługo zapewne zaprosisz mnie na drużbę! Gdy Sally weźmie cię pod pantofel, raz dwa spokorniejesz!
— Tak pan uważa?! — odparł Tomek urażony. — Poinformuję Sally, co pan o niej opowiada.
— W duchu przyzna mi rację! Ho, ho, miła to i roztropna sikorka! Jak to się kiedyś ucieszyła, gdy powiedziałem, że na starość będę niańczył wasze bachory.
— Ładnie by na tym wyszły! — roześmiał się Tomek. — W takie delikatne rączki można by powierzyć co najmniej kilkuletnie niedźwiadki, a i to jeszcze musiałby pan być ostrożny, żeby nie pogruchotać im kości.
Bosman potraktował te słowa jako komplement. Zarechotał basem. Z zadowoleniem przyjrzał się swoim olbrzymim, sękatym dłoniom.
— Ano, moi staruszkowie nie poskąpili mi krzepy — odparł po chwili. — Ale nie martw się, na starość pewno trochę zesłabnę, a poza tym, przez wzgląd na tę miłą sikorkę i ciebie, będę ostrożny.
Tak wspominając historię odkryć w Kraju Nadamurskim oraz żartując, łowcy ani spostrzegli, gdy przy ujściu Zei na równinnym stepie jak spod ziemi wyrósł Błagowieszczeńsk, rozbudowany z dawnej Ustzejskiej stanicy.
W tej chwili agent Pawłow chyłkiem wysunął się na pokład. Ubrany był w czarny surdut, a na głowę włożył również czarny melonik, czyli sztywny kapelusz o okrągłej główce i podgiętym do góry rondzie. Kapelusze tego rodzaju często wówczas nosili agenci tajnej policji.
— Patrzcie tylko, jak to nasz anioł stróż wystroił się dzisiaj — cicho zauważył bosman. — W czarnej gali i dęciaku przypomina kominiarza lub karawaniarza.
— Raczej karawaniarza! Jego widok nikomu szczęścia nie przynosi — dodał Tomek. — W Błagowieszczeńsku na pewno zaraz pobiegnie złożyć raport isprawnikowi.
— Masz rację, będzie miał doskonałą okazję odpłacić nam pięknym za nadobne — niechętnie rzekł Smuga. — Oby nam tylko nie nabruździł.
— Jego ponura mina nie wróży nic dobrego — dodał Wilmowski.
— Miejmy nadzieję, że nasze listy polecające do gubernatora nieco złagodzą w oczach władz donosy Pawłowa.
— Do stu beczek zjełczałego tranu, przestańcie krakać jak te złowróżbne kruki — rozgniewał się bosman. — Z igły robicie widły! Nachmurzony jest, bo wnętrzności palą go po wczorajszej libacji. O co mógłby mieć żal? Przecież ugościliśmy go, jak się patrzy!
— Zapomniałeś już o karcerze i szczurach — odparował Smuga. — To nierozsądnie bawić się zapałkami siedząc na beczce prochu!
— To nie był mój pomysł — bronił się bosman. — Niekrasow zaś nie ma zielonego pojęcia, co my nosimy za kołnierzem!
Przerwali rozmowę. “Sungasza” zwolniła barki z holu, aby przycumować je do swego boku. Po sprawnym manewrze wzięła kurs prosto na przystań.
Przy wybrzeżu było zakotwiczonych kilka barek, a obok pomostu przygotowywał się do odpłynięcia pocztowo-pasażerski parostatek, zwrócony dziobem w kierunku biegu rzeki.
Niekrasow podprowadził “Sungaszę” do brzegu. Zaledwie marynarze holownika przerzucili pomost na ląd, Pawłow podszedł do grupki łowców i oznajmił, że udaje się do swoich władz.
— Czy będzie pan na statku na obiedzie? — uprzejmie zapytał Wilmowski.
— Nie, wolę zjeść w mieście, nie lubię jeździć krypami po wodzie — opryskliwie odparł agent, po czym dodał: — Niech panowie nie zapomną pójść do tutejszego isprawnika. Nie zaszkodziłoby również złożyć oficjalną wizytę jego ekscelencji gubernatorowi. Zapewne spotkamy się w kancelarii policji.
— Dziękujemy za radę, na pewno tam się zobaczymy — odparł Wilmowski. — Mamy nadzieję, że przy pana pomocy szybko załatwimy wszelkie formalności.
— Och, zapewne! Przecież panowie jesteście pod moją opieką — rzekł Pawłow siląc się na uśmiech. Uchylił melonika i znikł na wybrzeżu.
Zaraz po południu czterej łowcy z Udadżalaką wyruszyli do urzędu policji, aby zgłosić swe przybycie do Błagowieszczeńska i uzyskać zgodę na polowanie w górze rzeki.
Miasto składało się z kilkuset drewnianych parterowych domów. Ponad nimi górowała jedynie błyszcząca w słońcu kopuła cerkwi. Na nie wybrukowanych ulicach panował znaczny ruch. Mieszkańcy Błagowieszczeńska utrzymywali wymianę handlową z Mandżurami i Chińczykami zza rzeki, którzy przyjeżdżali tutaj łodziami głównie z miasta Ajguń. Każdy poważniejszy kupiec przynajmniej raz w miesiącu wyruszał na kilka dni w celach handlowych do Błagowieszczeńska. Ożywione zazwyczaj stosunki handlowe ustawały tylko na początku zimy aż do czasu, gdy gruba pokrywa lodowa skuła rzekę. Wtedy Chińczycy i Mandżurowie znów gromadnie przybywali do Błagowieszczeńska; w przenośnych straganach, ustawionych na brzegu rzeki, sprzedawali mąkę, kaszę i wódkę oraz przywożone z południa Mandżurii orzechy i jabłka.
W zimie Błagowieszczeńsk stawał się głównym ośrodkiem handlowym kraju. Buriaci, Tunguzi, Ostiacy i Jakuci na saniach o psich zaprzęgach ściągali tutaj nawet z najodleglejszych zakątków tajgi, by pęk skórek lisich, sobolich lub biełek wymienić na woreczek mąki, kaszy, trochę tytoniu czy też flaszkę wódki. Był to dla kupców szczególnie korzystny handel, ponieważ dobroduszni mieszkańcy tajgi często nie znali prawdziwej wartości przywożonych futer.
Nadziratel, czyli inspektor policji, przyjął łowców nadzwyczaj uprzejmie. Na ich widok powstał zza stołu, wylewnie uścisnął im dłonie i poczęstował herbatą z rumem.
— Kolega Pawłow zapowiedział mi wizytę panów. Oczekiwałem z prawdziwą niecierpliwością — mówił zacierając dłonie. — Wiele ciekawych rzeczy usłyszałem... To zapewne pan jest owym panem Brolem, pogromcą zwierząt?
Przy tych słowach zwrócił się w kierunku bosmana. “Aha, Pawłow już uszył mi buty” — pomyślał marynarz, lecz nie okazując jakiegokolwiek zmieszania, spokojnie odparł:
— Faktycznie tak się nazywam.
— Kolega Pawłow bardzo pana wychwalał — zawołał inspektor. — On mi doradził, aby przygotować rum do herbaty...