Tajemnicza wyprawa Tomka
- Автор: Шклярский Альфред
- Серия: Przygody Tomka Wilmowskiego #5
- Год: 2012
- Язык: польский
- Год: Wydawnictwo Muza S.A.
- ISBN: 978-83-7758-289-3
- Жанр: Детские и приключения
Электронная книга - «Tajemnicza wyprawa Tomka». Краткое содержание книги:
— Owszem, lubię rum, to prawdziwie męski napitek — potaknął bosman.
— Wiem o tym, wiem również, że odnosi się pan z szacunkiem do miłościwie panującego nam cara i jego rodziny. Chwali się to, chwali. Zdrowie panów!
Bosman przymrużonymi oczami wpatrywał się w inspektora policji, jakby chciał odgadnąć, co on naprawdę wie o nim, ale twarz urzędnika nie zdradzała jego myśli. Uśmiechał się uprzejmie, prawił komplementy.
Dopiero po półgodzinnej rozmowie zapytał, dokąd łowcy chcieliby się udać i jak długo zamierzają tam przebywać. Otrzymawszy wyjaśnienia, powiedział:
— Ja nie widzę przeszkód. Pozostaje mi tylko życzyć panom szczęśliwych łowów. Czy mogę prosić o paszporty?
Łowcy zadowoleni z takiego obrotu sprawy wręczyli mu swoje dokumenty. Inspektor przejrzał je tylko pobieżnie, a potem niedbałym ruchem wrzucił wszystkie paszporty do szuflady.
— W porządku, jutro przedstawię sprawę panów isprawnikowi.
— Jak to, więc zatrzymuje pan nasze paszporty? — zdziwił się Smuga.
— Isprawnik razem z jego ekscelencją gubernatorem wyjechał z miasta na inspekcję. Z tego powodu dopiero rano będę mógł zreferować mu panów sprawę. To zwykła formalność.
— Czy możemy bez dokumentów poruszać się po mieście? — zagadnął Wilmowski.
— Przecież w panów towarzystwie przebywa kolega Pawłow. Mogą panowie na nim polegać, to bardzo zdolny człowiek — dwuznacznie odparł inspektor.
— Chcieliśmy również złożyć oficjalną wizytę panu gubernatorowi... — zaczął Smuga, lecz inspektor uśmiechnął się i zaraz wtrącił:
— Wiem o tym, wiem i już prosiłem ekscelencję o łaskawe wyznaczenie audiencji. Jutro o godzinie jedenastej osobiście przyjmie panów.
— Bardzo dziękujemy za uprzejmość, a kiedy otrzymamy z powrotem paszporty? — indagował Smuga.
— Z całą pewnością przed opuszczeniem Błagowieszczeńska — odpowiedział inspektor. — Dzisiaj będą panowie moimi gośćmi. Chciałbym pokazać panom ciekawostkę. Zapraszam na chińską kolację do restauracji Czang Sena. Ponieważ z powodu nieobecności isprawnika mam jeszcze do załatwienia kilka pilnych spraw, wieczorem zastąpi mnie kolega Pawłow. Już omówiliśmy to między sobą. A teraz żegnam panów. Życzę miłej zabawy.
Łowcy podziękowali za zaproszenie. Wkrótce znaleźli się na ulicy.
— A to żmija! — wybuchnął bosman. — Niby to gnie się w ukłonach, chwali, zaprasza na kolację, a jednocześnie odbiera paszporty...
— Ciekawe, co ten Pawłow na nas nagadał — głowił się Tomek. — Może powiedział też o karcerze i szczurach...
— Nie sądzę, aczkolwiek zdawało mi się, że w tonie inspektora; brzmiała nuta złośliwości, gdy mówił o rzekomym szacunku bosmana do cara i jego rodziny — zauważył Smuga.
— Ja również odniosłem takie wrażenie — dodał Wilmowski. — Szkoda, że nie udało nam się jakoś wykręcić z tego zaproszenia na kolację.
— Chińczycy mają faktycznie bardzo osobliwy smak. Pamiętam, jak ten znajomek Davasarmana w Chotanie potraktował nas pijawkami w cukrze — powiedział bosman.
W kwaśnych humorach wrócili na “Sungaszę”. Niekrasow powitał ich na pokładzie. Okazało się, że Pawłowa jeszcze nie było na holowniku, więc korzystając z okazji, wstąpili na herbatę do kajuty kapitańskiej. Niekrasow z zainteresowaniem wysłuchał relacji o przebiegu wizyty u inspektora policji. Zamyślony, wolno popijał herbatę z arakiem.
— To zastanawiające, po co on zaprosił was do tej chińskiej spelunki? — odezwał się w końcu.
— Czy pan zna restaurację Czang Sena? — zaciekawił się Wilmowski.
— Owszem, znam — potwierdził kapitan. — W lokalu tym mieści się tajna palarnia opium.
— W towarzystwie agenta policji chyba nic tam nie będzie nam groziło — powiedział Tomek.
— Być może ma pan rację. W każdym razie powinniście tam pójść, skoro przyjęliście zaproszenie — zakończył Niekrasow.
Tuż przed wieczorem przybiegł zadyszany Pawłow. W imieniu komisarza zaprosił Niekrasowa na kolację do Czang Sena. Kapitan zgodził się przyjść. Łowcy wydobyli z juków odpowiednie stroje. Nim minęła godzina, razem z Pawłowem i Niekrasowem opuścili holownik.
Restauracja Czang Sena zajmowała cały jednopiętrowy dom. Nad wejściem, po obydwóch stronach wąskich drzwi, wisiały oświetlone świecami kolorowe lampiony z papieru. Na parterze, tuż za małą szatnią, znajdowały się dwie obszerne sale, rozdzielone jedynie zasłoną z barwnych, szklanych koralików nanizanych na sznurki. Lampiony zwisające z niskiego, drewnianego pułapu rzucały migotliwe światło na oryginalne chińskie obrazy zdobiące ściany. Wokół obydwóch sal rozmieszczono zaciszne loże ze stołami i miękkimi taboretami.
Dwóch Chińczyków wybiegło na powitanie przybyłych. W ukłonach prowadzili wprost do drugiej sali, gdzie przy stolikach siedziało już sporo gości. Pawłow pełnił rolę gospodarza domu, poprosił podróżników, aby rozgościli się w zarezerwowanej loży, a potem bawił ich rozmową o ważniejszych wydarzeniach w mieście.
Niekrasow usiadł w głębi niszy, skąd sam niemal niewidoczny, doskonale mógł obserwować całą salę. Tomek ulokował się obok bosmana; z wielkim zadowoleniem stwierdził, że nakryto do kolacji po europejsku na czystym, białym obrusie. Jedynie na oddzielnej tacce leżały długie pałeczki z kości słoniowej, zastępujące w Chinach widelce.
Obsługa w restauracjach była niezwykle sprawna. Zaledwie goście zdążyli zasiąść przy stole, zaraz pojawiły się na nim zimne zakąski: pokrajane mięso w żółtej galarecie, grzyby, sałata z cebuli i ziół, pędy brzozowe, wędlina w cienkich plasterkach, jaja o kolorze safianu, pieczone szyjki raków, jasnozielona trawa morska. Wszystkie te potrawy należało skrapiać zabarwionym na ciemno octem, podanym w małych czarkach obok każdego talerza. W pobliżu stołu służba postawiła trójnóg z miedzianą misą napełnioną rozżarzonymi węglami; na nich to podgrzewało się niskie, płaskie wiaderko z gorącą wodą, w której z kolei umieszczono srebrne dzbany z wódką majgalo, sporządzoną z ryżu i zaprawioną różanym olejkiem. Po każdym daniu służący obnosił dzban i w malutkie porcelanowe filiżaneczki nalewał ciepłego majgalo.
Po jakiejś godzinie służba uprzątnęła resztki zakąsek. Teraz przyszła kolej na gorące potrawy. Najpierw podano małe kawałki cielęciny w cieście, potem pieczone kluski z mięsa, paszteciki i gotowany drób w gęstym, białym sosie, w którym pływały poczerniałe w czasie gotowania ślimaki.
Na widok tego przysmaku Tomek pod stołem trącił bosmana kolanem. Ślimaki w sosie przypominały wyglądem upieczone robaki.
Na szczęście filiżaneczka mocnego majgalo ułatwiła im dopełnienie chińskiego zwyczaju, w myśl którego należało skosztować każdej potrawy. Coraz to nowe wyszukane dania pojawiały się na stole. Po pieczonym prosięciu przyniesiono kawałki baraniny pieczone na rożnie, potem kurę krajaną w paski, rosół, gotowany ryż, makaron, główki kurze z szyjkami oraz rozmaite zupy. Tomek dawno już przestał liczyć podawane potrawy, a obdarzony nie lada apetytem bosman westchnął głęboko i dyskretnie popuścił pasa.
Po trzech godzinach służba jeszcze raz uprzątnęła stół i wyniosła trójnóg z dzbanem majgalo. Podano cukrzone owoce, różne ciasta, ciasteczka, orzechy, oryginalną, zieloną, gorzką chińską herbatę i białe musujące wino. Był to znak, że obiad nareszcie dobiega końca.
W tej właśnie chwili jakiś mężczyzna w ciemnym, wciętym płaszczu i z melonikiem w dłoni usłużnie zbliżył się do rozochoconego Pawłowa. Pochylił się do jego ucha. Mówił coś osłaniając usta dłonią. Rozbawienie znikło z twarzy agenta. Uważnie wysłuchał krótkiej relacji swego współpracownika, po czym skinął głową. Obcy mężczyzna szybko się oddalił, a wtedy Pawłow powstał i rzekł: