Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне

Электронная книга - «Fabryka bezkresnych snów». Краткое содержание книги:

Fabryka bezkresnych snów to najlepsza powieść Ballarda; jedna z niewielu naprawdę kultowych książek. To bajeczna przypowieść o znaczeniu i potrzebie marzeń, magii i fantazji w naszym życiu. Przygody Blakea – bohatera książki- mogą być tylko urojeniami chorej wyobraźni, ale też mogły zdarzyć się naprawdę. To nasze życie to przecież mieszanina snów, jawy, fantazji i rzeczywistości. Marzenia są piękne. Sny bywają okrutne. Fantazja jest potrzebna każdemu z nas.
1 ... 13 14 15 16 17 18 19 20 21 ... 51
Перейти на страницу:

Postanowiłem go wybadać i zapytałem:

– Widziałeś ptaki?

Skinął głową z miną mędrca, przyjmując do wiadomo-ści, że uderzenie było celne.

– Owszem, widziałem. – Wskazał kapeluszem wieżę ze-garową. – Wczoraj w nocy latało tu kilka bardzo dziwnych okazów. Moja gospodyni twierdzi, że całemu Shepperton śniła się w nocy ptaszarnia.

– Więc ty też miałeś ten sam sen?

Ojciec Wingate otworzył drzwi kościoła. – A to był sen?… Lżej mi na duszy, skoro tak mówisz, Blake. – Wszedł do środka i gestem nakazał mi iść. – Do-brze… Miejmy to już za sobą.

Zajrzałem do nawy, próbując przebić wzrokiem ciepłe, stęchłe powietrze, a ojciec Wingate wrzucił swój kapelusz do chrzcielnicy. Odwrócił się w mdłym świetle, jak gdyby zamierzał mnie zaatakować. Cofnąłem się o krok, a wtedy ksiądz dźwignął najbliższą ławkę i zaczął przeciągać jej dębowy kształt na drugą stronę nawy, rozrzucając śpiewni-ki kościelne po wykładanej kaflami posadzce. – Blake, weź j ą z drugiej strony. Przyłóżmy się do roboty. Uniosłem ławkę, nie widząc w wątłym świetle niemal nic oprócz kwiecistej koszuli księdza. Słyszałem, że dyszy chrapliwie, jak zwierzę w jamie, zmagające się z jakimś wewnętrznym kryzysem osobistym. Przenieśliśmy ciężką ławkę pod zachodnią ścianę nawy, a potem wróciliśmy po kolejny klęcznik. Ojciec Wingate poruszał się z niecierpli-wą energią, niczym brygadzista sceny, któremu dano pięć minut, by zrobić miejsce w kościele. Czyżby wynajął ten budynek wytwórni, która nakręci tu jedną ze scen swojego lotniczego przeboju filmowego? Ojciec Wingate odrzucił wytarte aksamitne poduszki, które mu przeszkadzały, przy-parł ramieniem pulpit do drzwi zakrystii, a potem lewą ręką uniósł stos kilkunastu modlitewników, który przełamał się i wpadł do skrzyni po herbacie, stojącej za chrzcielnicą. Spodziewałem się, że lada chwila zajedzie studyjna furgo-netka z oddziałem scenografów i aktorów w strojach lotni-czych, gotowych zamienić ten parafialny kościół w szpital polowy we Flandrii albo kaplicę na pierwszej linii frontu, wybebeszoną przez moce ciemności.

Ojciec Wingate wrócił z zakrystii z dwiema dużymi płachtami materiału i zamknął drzwi prowadzące na chór. Wyciągnął świece ze srebrnych świeczników, a potem udra-pował ołtarz i krucyfiks białą narzutą.

– Blake, jesteś tu jeszcze? Nie stój tak i nie śnij o swoich ptakach. Zwijaj dywany.

Obserwowałem go przy pracy, kiedy krzątaliśmy się po mrocznej nawie, demontując wnętrze kościoła. Głębokie bruzdy na twarzy księdza wypełniał pot, skapujący jasnymi kroplami na rozdarte płytki pod naszymi stopami. Zrobił raz krótką przerwę i usiadł w jednej z ław, rozprostowując ręce i nogi. Uznałem, że ten potężny mężczyzna znalazł się pod naciskiem jakiejś małej obsesji i wykorzystuje mnie jako najkrótszą drogę rozwiązania swoich prywatnych pro-blemów. Podniósł wzrok na witraże, zastanawiając się, w jaki sposób ściągnąć je na ziemię.

Nie można było odmówić mu animuszu, ale czy rzeczy-wiście wiedział, co robi? Czy i jemu objawiła się prorocza wizja holocaustu? Pomyślałem, że zareagował wyjątkowo rozsądnie, pakując wszystko, co dało się wynieść z kościo-ła, aby bezpiecznie przechować te przedmioty, oraz zsuwa-jąc wszystkie ławy pod ścianę, żeby nawa mogła służyć lu-dziom jako schronienie i punkt pierwszej pomocy w obli-czu śmierci z nieba.

Ale obcesowy sposób, w jaki traktował modlitewniki, śpiewniki oraz portrety świętych i apostołów w złoconych ramach, które wrzucał bezładnie do drewnianej skrzyni, przekonał mnie, że kieruje nim jeszcze jeden motyw – być może jakiś plan, w którym miałem odegrać wyznaczoną mi rolę. Ojciec Wingate uprzątał bowiem pokłady swojego życia z nieco zbyt wielkim zaangażowaniem. Mimo woli podjąłem to fizyczne wyzwanie, które mi rzucił. Posuwaliśmy się od ławy do ławy, przeciągając klo-ce zmęczonego drewna pod ściany. Zerwałem z siebie ma-rynarkę, odsłaniając sińce na piersi. Gdy zmagaliśmy się z tymi ciężkimi kształtami, zrozumiałem, że mocuję się z pięćdziesięcioletnim księdzem, chcąc mu dorównać siłą nadgarstków i ramion. Oddaleni na długość ławy, manew-rowaliśmy w poszukiwaniu jak najlepszej pozycji na wil-gotnych kaflach, wytężając mięśnie, żeby utrzymać wiel-kiego, sztywnego węża.

Podekscytowany wonią naszych ciał i potem, pokrywa-jącym cienką warstwą kamienną posadzkę, przyglądałem się z radością krwi, która trysnęła mi z kłykci. Ogarnęło mnie niemal homoerotyczne podniecenie. Przeciągnąłem ostatni klęcznik przez otwartą nawę, wykręcając go z rąk księdza, który usiłował dotrzymać mi kroku. Niczym syn, popisujący się swą siłą i wytrzymałością, chciałem, żeby mnie podziwiał.

– Dobrze, Blake… Jestem już zupełnie wyczerpany. Do-brze.

Dysząc chrapliwie, ojciec Wingate zgiął się wpół na sa-mym środku zapylonej nawy. Na jego kwiecistej koszuli widać było cętki mojej krwi. Wciąż nie był pewien, kim byłem i co sprowadziło mnie do Shepperton, ale podniósł na mnie wzrok z nieoczekiwaną czułością człowieka, od-krywającego, że nieznajomy, z którym się mocował, jest jego własnym synem. Od tej chwili zacząłem darzyć księ-dza renegata pełnym zaufaniem.

Później, kiedy zamiotłem już nawę, ojciec Wingate po-otwierał drzwi i wpuścił do środka świeże, poranne powie-trze, żeby usunęło kurz z kościoła. Patrzył, jak wiatr niepo-koi płachty, udrapowane na ołtarzu i chrzcielnicy i jak prze-rzuca kartki porzuconych śpiewników. Ów akt autowanda-lizmu nie zrobił na nim chyba żadnego wrażenia, bo spo-kojnie nałożył znów swój słomkowy kapelusz. Otoczył mnie ramieniem, chcąc się na mnie oprzeć, i pozwolił mi się za-prowadzić do zakrystii.

Jego dłonie nie pasowały do sińców na mojej piersi. Jesz-cze raz poczułem przypływ sympatii do tego człowieka, i żal, że to nie on przywrócił mnie do życia. Nigdy dotąd nie czułem się zależny od człowieka starszego od siebie ani też dumny z zaufania, jakie we mnie pokładał. Byłem teraz powracającym synem marnotrawnym, młodym, latającym księdzem, a więc nie tylko jego spadłym z nieba synem, lecz również i następcą.

W moim mózgu zaczęły powstawać wizje niezwykłych ceremonii i dziwacznych rytuałów.

Ojciec Wingate otworzył drzwi zakrystii. Niemal w tym samym momencie zobaczyłem jasne słońce, które biło przez sporą dziurę w dachu, oświetlając spękane kafle posadzki i szafki z eksponatami. Było ich tu pełno. Za szybami spo-czywały czerepy i guzy starych, wygładzonych kości – wszystko, co pozostało na jakiejś pradawnej plaży skamie-niałości.

– Zanim odejdę, każę naprawić dla ciebie dach. – Ojciec Wingate ukląkł na podłodze i podniósł skrwawione pióro. – W czasie burzy wpadło tu jakieś olbrzymie ptaszysko. Pew-nie jeden z kondorów uciekł z zoo. Stark nie uważa na te swoje zwierzaki.

Wziąłem od niego pióro i podniosłem je do ust, smaku-jąc znów zapach nocnego powietrza i łoju moich skrzydeł. Ojciec Wingate podprowadził mnie do laboratoryjnego stołu, zaopatrzonego w mikroskop i uchwyt na soczewkę. Widzia-}em w swojej wizji kompletny szkielet jakiejś skrzydlatej istoty, ale pod soczewką znajdowała się tylko jedna drza-zga kostna w kształcie niewielkiego rydelka, którego sęka-te krawędzie i dziobate szwy ujawniło światło. Jedynie z trudem można było ją nazwać kością – była tak stara, że zaczęła powracać do swojego pierwotnego, mineralnego stanu, przypominając węzeł zwapnionego czasu, upamięt-niający jakiś krótki okres życia sprzed wielu milionów lat. Ojciec Wingate ustawił mnie nad soczewką, w której pływała kość niczym prastara planeta.

– Znalazłem ją na plaży kilka chwil po twoim przyby-ciu, Blake. Wyrzuciła ją z pewnością fala, spowodowana upadkiem twojego samolotu, jesteś więc w pewnym sensie współodkrywcą tej kości. To bez wątpienia moje najbar-dziej zdumiewające znalezisko. Zawiniłem, zatrzymując je dla siebie, choć tylko na kilka dni… Tak czy owak, pozwól, że przedstawię jednego lotnika drugiemu. Oczywiście trze-ba to będzie jeszcze potwierdzić, ale jestem niemal pewien, że mamy do czynienia z częścią przedniej kończyny pew-nej prymitywnej ryby latającej… Widać, w którym miejscu łączyła się z błoną skrzydła. To prawdziwa ryba latająca, przodek archeopteryksa, najstarszego znanego nam dotąd ptaka.

1 ... 13 14 15 16 17 18 19 20 21 ... 51
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)