Sekret Alchemika Sędziwoja
- Автор: Pilipiuk Andrzej
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Sekret Alchemika Sędziwoja». Краткое содержание книги:
Gdy wszedłem do pokoju hotelowego, Szef siedział na łóżku i studiował w zadumie kupioną przeze mnie książkę o Sędziwoju. Na mój widok odłożył ją.
– Co się stało? – zapytał. – Wyglądasz, Pawle, jakbyś zobaczył ducha.
– Jesteśmy, Szefie, największymi frajerami pod słońcem.
– No, nie wszyscy – zaprotestował z godnością. – Czego się dowiedziałeś?
– Proszę – podałem mu odbitą na ksero kartkę.
– "Pracownicy Żydowskiego Instytutu Historycznego dokonali w ostatnich dniach badań naukowych w tunelu łączącym Stare Miasto w Warszawie z Fortem Legionów. Zimą ubiegłego roku dwaj pracownicy Ministerstwa Kultury i Sztuki, Paweł Daniec i Tomasz NN., odnaleźli wejście do korytarza, kryjącego przedwojenny depozyt skarbów Muzeum Narodowego. W jednym z bocznych odgałęzień natrafili na kryjówkę z czasów drugiej wojny światowej, a w niej zwłoki mężczyzny i pewną ilość rytualnych judaików. O znalezisku powiadomili gminę żydowską w Warszawie. Przeprowadzenie badań do czasów skatalogowania i zewidencjonowania odkrytego skarbu było poważnie utrudnione. Dopiero w zeszłym tygodniu do kryjówki dopuszczono pracowników Instytutu. Na miejscu w lochu znajdował się szkielet mężczyzny lat około czterdziestu. Znaleziono przy nim kilkanaście przedmiotów rytualnych, oraz księgę "Sefer Jecirach" pochodzącą z czternastego wieku, spisaną zapewne w kręgu chasydów szkoły reńskiej. Manuskrypt przetrwał w ogólnie niezłym stanie. Jest to najstarszy egzemplarz tego dzieła znajdujący się na terenie Polski. Dzięki ugodzie z MKiS przeszedł na własność Bibliotki Narodowej, zostanie jednak przekazany w depozyt Instytutowi. Ekslibris po wewnętrznej stronie okładki pozwolił zidentyfikować właściciela książki – cadyka Salomona Storma z Krakowa. Ostatnia strona pokryta jest notatkami, poczynionymi zapewne przed śmiercią przez ukrywającego się. W kryjówce odnaleziono także siedemnastowieczną lampę chanukową, ozdobioną po drugiej stronie dedykacją. Także ona potwierdza tożsamość zmarłego. W chwili obecnej trwają próby odczytania notatek, co być może pozwoli ustalić okoliczności śmierci cudotwórcy" – przeczytał Szef. – No, to żeśmy sobie Pawle sami grób wykopali. Kiedy to opublikowano?
– Prawie rok temu. A nasza droga przeciwniczka czytała to wczoraj.
Szef popatrzył na zegarek.
– Dochodzi osiemnasta. Pewnie już nikogo nie złapię, ale trzeba spróbować.
Wyjął z kieszeni notatnik i dłuższą chwilę szukał numeru telefonu. Wreszcie ujął w dłoń słuchawkę. Wyszedłem, żeby zapewnić mu konstytucyjne prawa poufności rozmów. Wróciłem po dziesięciu minutach. Szef wyglądał na zmęczonego.
– Co się udało ustalić?
– No cóż. Zażądałem, żeby nie udostępniali księgi nikomu, ale spóźniłem się. Dwadzieścia minut temu pojawiła się u nich sympatyczna blondynka z warkoczem i wymachując jakimś upoważnieniem poprosiła o wykonanie kserokopii ostatniej strony. Zrobili jej na poczekaniu. Poprosiłem, żeby zeskanowali i posłali nam pocztą elektroniczną.
– Jak mogła być jednocześnie w Krakowie i tam? – zdziwiłem się.
– To proste. Pociąg z Krakowa jedzie do Warszawy niecałe trzy godziny. Obejrzały z nami ekspozycję, a potem obie, albo tylko jedna z nich wskoczyła do pociągu i zdążyła wykonać ksero. Na Wawelu byliśmy o pierwszej. Na szesnastą mogła być już w stolicy.
– Wyprzedzają nas, Szefie.
– Nigdzie nie jest powiedziane, że księga kryje tajemnicę miejsca ukrycia biblioteki – uśmiechnął się.
Zamyśliłem się, a potem popatrzyłem na zegarek.
– Chyba wybiorę się na dworzec – powiedziałem.
– A to po co?
– Dedukuję, że panna Kasia, bo to ona nosi warkocz, wróci pociągiem, który z Warszawy odchodzi około osiemnastej, a tu jest koło dwudziestej pierwszej.
– Tak bardzo chcesz znowu dostać łomot?
– Poproszę, żeby udostępniła mi ksero.
– Zły pomysł – pokręcił przecząco głową. Przecież jutro też będziemy je mieli.
– Przez noc mogą złamać szyfr, a rankiem udać się na cmentarz i wykopać skrzynie.
– Popełniasz podstawowy błąd. – uśmiechnął się. – Założyłeś, że to jednak zostało zakopane na cmentarzu. Brak ci elastyczności myślenia. Za bardzo przywiązujesz się do hipotez, które mogą być błędne…
– A pan, Szefie, popełnia błąd wyraźnie lekceważąc przeciwnika.
– Wszyscy popełniamy błędy – uśmiechnął się. – Możliwe, że one także…
Położyliśmy się spać.
Rozdział IX
Rzęsisty, jesienny deszcz zacinał w szyby. Wewnątrz muzeum było jednak ciepło i sucho. Podawaliśmy sobie z rąk do rąk wydruk.
– To zupełnie nie ma sensu – powiedział Szef z westchnieniem. – Garść przypadkowych hebrajskich liter…
– Może, gdy to pisał, był obłąkany? – zasugerowałem. – Jeśli siedział pod ziemią tyle czasu, mógł zwariować.
– Nie znam żadnej choroby psychicznej, która objawiałaby się pisaniem poszczególnych liter.
– A może trzeba odczytać tylko niektóre?
– Mam – powiedział Szef. – próbowałem to czytać od prawej do lewej, jak hebrajski, a tymczasem to zapisano normalnie… I to w dodatku po polsku, tylko hebrajskim alfabetem. A więc…
"Ja, Salomon Storm, cadyk i bełszen-tow, piszę to w godzinę mojej śmierci. Moje życie kończy się, więc piszę prawdę, choć nie stoję na swojej ziemi. Nie wiem, kim jesteście wy, którzy czytacie te słowa, ale widziałem w przebłysku daru jasnowidzenia, że jest was pięcioro. Widzę znowu wyludniony Kazimierz, gdzie tylko wiatr hula po ulicach. Jeśli wasze intencje są czyste, być może uda wam się dotrzeć do tego co ukryłem. Tego, co najcenniejsze, strzec będzie Eugeniusz Kwiatkowski. Jeśli uda wam się go odnaleźć, być może rozwiążecie też zagadkę mojego poprzednika alchemika Sędziwoja. Albo też nie uda się. Jeśli taka będzie wola Boga…"
– No ładnie – mruknąłem. – A więc potwierdziły się moje przypuszczenia i książki powierzył swojemu przyjacielowi.
– To z jednej strony ułatwia, a z drugiej komplikuje sprawę – powiedział Szef. – Ale czeka nas dużo pracy. Kwiatkowskich w Krakowie może być nawet z tysiąc. Trzeba ustalić, czy ten Edmund jeszcze żyje. A jeśli nie, to czy żyją jego potomkowie. Rozdzielimy się. Ja pojadę pogrzebać w księgach meldunkowych w urzędach gminy, a ty Pawle, sprawdzisz go w starych książkach telefonicznych, choroba, mógł nie mieć telefonu… W archiwum powinni mieć księgi meldunkowe z czasów wojny i przedwojenne. Jeśli to przedstawiciel starej krakowskiej rodziny, to jego potomkowie nadal mogą mieszkać w tym samym miejscu.
Rozdzieliliśmy się.
Deszcz na szczęście ustał i gdy dochodziłem do budynku archiwum, już nie padało. W drzwiach prawie wpadłem na pannę Stasię. Wyglądała na zadowoloną z siebie.
– Ach, co za miłe spotkanie – zagadnąłem.
Uśmiechnęła się.
– A cóż pana tu sprowadza? – przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się trochę złośliwie.
– Ano szukam…
– …Eugeniusza Kwiatkowskiego – dokończyła za mnie. – Nie ma potrzeby, już go znalazłam. Ale nie powiem gdzie. Spędzisz wiele godzin, podczas których ja spokojnie dotrę na miejsce. Wracajcie do Warszawy. Szkoda waszego czasu.