Sekret Alchemika Sędziwoja
- Автор: Pilipiuk Andrzej
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Sekret Alchemika Sędziwoja». Краткое содержание книги:
– No to przejdźmy do drugiej części mojego zadania. Czy któraś z książek Storma trafiła do handlu po wojnie?
Palce antykwariusza zatańczyły po klawiaturze. Stukał w klawisze z szybkością karabinu maszynowego. Wreszcie na monitorze wyświetliła się lista.
– Ze stu sześćdziesięciu pozycji, które przed wojną sprzedano Stormowi, przez mój antykwariat przeszło ponad osiemdziesiąt – powiedział. – Wszystkie praktycznie zaraz po wojnie, gdy kupowałem księgi na Kazimierzu. Później trafiało do mnie nie więcej niż jedna co dwa-trzy lata. Oczywiście należałoby sprawdzić też w innych antykwariatach, sądzę, że trafiła tam po prostu reszta. Mieszkanie Storma przez jakiś czas stało zapewne otwarte i ktoś je wyrabował. Książki w większości przypadków były zapisane łacińskim alfabetem, dlatego nie zostały zniszczone.
– Rozumiem.
– Ale jest jeszcze coś. W moich spisach nie występuje ani jedno dzieło Sędziwoja.
– A to oznacza, może oznaczać, że najcenniejsze egzemplarze kolekcji gdzieś ukrył.
– Ma pan rację. Tak widocznie musiało być. Może uda się wam je odnaleźć.
– Właściwie to sam już nie wiem czego szukam – mruknąłem. – Szef chce chyba odnaleźć "Niemą Księgę", ale nie po to żeby ją mieć, a tylko w tym celu, aby dowiedzieć się do czego tym dwu miłym dziewczętom potrzebny jest atanator.
Stary antykwariusz mrugnął oczyma.
– A ty nie chcesz się tego dowiedzieć?
Zamyśliłem się.
– Chcę – odpowiedziałem. – Bo czuję, że tu chodzi o coś więcej. Pan Samochodzik sądzi, że to może być zagadka dawnych technologii, ale przecież mamy analizę chemiczną i komputerową symulację procesów chemicznych… bo przecież nawet osiemnastoletnia dziewczyna nie jest na tyle głupia, żeby wierzyć w możliwość zamiany ołowiu w złoto.
– Sędziwój ponoć umiał to zrobić – wyblakłe oczy zalśniły. – Zdecydowanie powinieneś bliżej zaznajomić się z tym człowiekiem.
– Wspomniał pan o życiorysie? – przypomniałem sobie.
– Aha. Trochę sfatygowany – wyciągnął z regału niedużą książkę wydaną w latach pięćdziesiątych. – Za to kosztuje doprawdy niewiele. Tylko dwadzieścia pięć złotych.
– Bardzo sfatygowany – zauważyłem. – Oprawa introligatorska będzie kosztowała…
– Mam też książkę o konserwacji starych druków i dokumentów – wyjął kolejny tom. – Kosztuje wprawdzie aż czterdzieści, ale za to będziesz mógł tamtą zakonserwować i oprawić własnoręcznie, a przy okazji poduczysz się przydatnego fachu. Do równych siedemdziesięciu złotych mogę dołożyć jeszcze broszurę zawierającą wzory różnych gatunków papieru.
– Siedemdziesiąt złotych to sporo pieniędzy. W ministerstwie kiepsko płacą – zauważyłem.
– No to dorzucę do kompletu jeszcze powieść przygodową dla dzieci autorstwa niejakiego Nienackiego. Bardzo sfatygowana, ale dobrze się czyta.
– Niech będzie – westchnąłem.
Zapakowałem kupione książki do torby i zapłaciłem. Zbierałem się już do wyjścia, gdy nieoczekiwanie otworzyły się drzwi i do ciemnego wnętrza antykwariatu weszła ciemnowłosa dziewczyna. Poznałem ją od razu. To była ta tajemnicza Stasia, która poprzedniego dnia wieczorem wymieniła krzyżyk kuzynki na bezcenny manuskrypt.
– Witam klientkę – uśmiechnął się pan Aaron. – Czym tym razem mogę służyć?
Spostrzegła mnie, ale nie speszona zajęła wolne krzesło przed ladą.
– Potrzebuję jakichś wspomnień dawnych mieszkańców Kazimierza – powiedziała. – Szczególnie z kręgów chasydzkich.
Mówiła w jidysz, ale dzięki dobrej znajomości niemieckiego łapałem sens wypowiedzi. Mówiła powoli, jidysz nie mógł być jej językiem ojczystym. Zapewne użyła go, żeby utrudnić mi zrozumienie.
– Zaraz czegoś poszukam – uśmiechnął się i zniknął na zapleczu.
– Znowu się spotykamy – powiedziałem.
Obrzuciła mnie obojętnym spojrzeniem.
– Zakochaj się we mnie, albo lepiej w mojej kuzynce i zdobądź nam piecyk – powiedziała obojętnie. – Nawet nie na stałe. Po kilku tygodniach zwrócimy do muzeum.
– Nie mam takich możliwości – powiedziałem. – Obawiam się, że za "Niemą Księgę" też go wam nie dadzą.
Uśmiechnęła się.
– Być może nie wie pan, że prawie kompletny atanator znajduje się w zbiorach kolekcji królewskiej w Uppsala w Szwecji. Przypuszczam, że król odda go nam za "Niemą Księgę", choć wywiezienie tego dzieła z kraju jest w naszym odczuciu czynem bardzo niegodnym, na który zdobędziemy się tylko w skrajnej ostateczności.
– Byłaby pani zdolna do wywiezienia tak cennego zabytku naszej kultury za granicę? – zdumiałem się.
– Naszej kultury? – prychnęła. – Przecież to francuski druk, czy też raczej miedzioryt. Poza tym z powrotem przywiozłabym atanator. Jeśli król okaże się wystarczająco inteligentny, dojdę z nim do porozumienia…
– Ciekawe, skąd taki piecyk znalazł się w Szwecji – zamyśliłem się. – I skąd pani wie, że mógłby posłużyć pani celom?
– To też pamiątka po Sędziwoju, w czasie potopu wpadło w ręce Szwedów wyposażenie jego pracowni w dworku…
Nieoczekiwanie urwała, jakby w obawie, że powiedziała już zbyt dużo. Uśmiechnęła się na widok powracającego antykwariusza.
– Trochę tego jest – powiedział kładąc przed nią dziesięć albo dwanaście książek. Spojrzała na nie uważnie, a potem odliczyła pięć banknotów pięćdziesięciozłotowych.
Uśmiechnął się i zgarnął je do kasy, podał jej reklamówkę. Włożyła tomiki do środka i podziękowawszy ruszyła do wyjścia.
– Może moglibyśmy porozmawiać – zaproponowałem.
Odwróciła się.
– Są tajemnice, które muszą pozostać w obrębie mojej rodziny – powiedziała. – Zdobądź dla nas piecyk, a conieco ci pokażemy.
A potem wyszła.
– Skąd wiedziała, ile zapłacić? – zagadnąłem.
– Albo bardzo dobrze zna ceny książek, albo odgadła – powiedział.
– Nie pomyliła się?
– Ani o złotówkę. Tyle zamierzałem zażądać i po długich targach opuścić ze trzydzieści złotych.
Zamyśliłem się.
– Poproszę taki sam komplet książek, jak ten, który kupiła – powiedziałem zdecydowanie.
– Zapiszę ci ich tytuły – powiedział- I poszukaj w bibliotece. Ja wiem, że masz przy sobie kartę płatniczą, ale to dla ciebie zbyt poważna suma.
– Skąd ona może pochodzić? – zapytałem.
– Z Ukrainy – odpowiedział błyskawicznie. – A w każdym razie ze wschodu. Jidysz, którym się posługuje, ma naleciałości rosyjskie i ukraińskie, musiała się go nauczyć może na podwórku, a może w szkole. Ale na pewno nie jest z naszych. My Żydzi wiemy, kto jest nasz a kto goj.
Pożegnałem się i wyszedłem.
Rozdział VII
Powędrowałem powoli przez Stare Miasto. Odrobinę pobłądziłem, ale po czterdziestu minutach zatrzymałem się przed bramą Biblioteki Jagiellońskiej. W tym momencie zadzwonił mi w kieszeni telefon komórkowy. Odebrałem. Szef.