Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
Człowiek z megafonem pokrzykiwał:
– Ustawiać się w kolejkach! Bez kolejki nie ma sprawdzania biletów! Kontrolerka sprawdzająca bilety na autobus do Dalanu, dziewczyna o krzywych zębach, pchała się z powrotem, torując sobie drogę kasownikiem i podkładką. Miała przekrzywioną czapkę, spod której wysypywały się czarne włosy.
– Pchajcie się, pchajcie! – pokrzykiwała, tupiąc ze złością. – Paru się zgniecie na śmierć i będzie spokój!
Kiedy dziewczyna wpadła do pakamery, mała wskazówka elektronicznego zegara pokazywała już dziewiątkę. Strajk kontrolerki wyraźnie ostudził zapał pchających się podróżnych. Jintong stał na uboczu, czując coś w rodzaju mściwej satysfakcji. Nabrał sympatii do rozwścieczonej kobiety – w jego odczuciu stała po stronie słabszych, do których należał też on sam.
W pozostałych przejściach już otworzyły się bramki. Podróżni przepychali się przez wąskie przejścia, ograniczone stalowymi barierkami, niczym nieposłuszne fale w otoczonym wałami korycie rzeki.
Wszedł postawny, dobrze ubrany młody mężczyzna średniego wzrostu, trzymający klatkę z parą rzadkich białych papug. Czarne, lśniące oczy młodzieńca przykuły uwagę Jintonga. Białe papugi przywiodły mu na myśl papużki, które fruwały nad głową małego synka Hana Ptaszka i Shangguan Laidi, wtedy gdy kilkadziesiąt lat temu wrócił do domu z Gospodarstwa Rzeki Wodnego Smoka. Czy to mógłby być on? Jintong przyglądał mu się ukradkiem. Z jego twarzy wyzierała spokojna namiętność Laidi i niewinny upór Hana Ptaszka. Jintong aż westchnął ze zdumienia. Jakże on wyrósł – mały ciemnoskóry chłopczyk w kołysce w mgnieniu oka zmienił się w dużego młodzieńca. Jintong przypomniał sobie o własnym wieku i ogarnęło go poczucie schyłku życia. Widział przed sobą nieskończoną pustkę. Czuł się jak przywiędłe źdźbło trawy na pustkowiu, które wyrosło w ciszy, a teraz czeka je równie cicha śmierć.
Młody człowiek z papugami podszedł do okienka i rozejrzał się. Przywitany przez wiele osób, odpowiedział im dumnie, po czym spojrzał na zegarek.
– Hanie Papugo, jesteś człowiekiem obytym i umiesz przemawiać do ludzi – rzekł ktoś z tłumu o aparycji urzędnika. – Poproś tę panią, żeby tu przyszła z powrotem!
– Nie śmiała sprawdzać biletów, zanim przyszedłem, co? – odparł Han Papuga.
– Nie przechwalaj się. Jak ją tu sprowadzisz, to ci uwierzymy!
– Najpierw przestańcie się pchać, do cholery. Ustawcie się porządnie w kolejce! Po co się pchać? Dokąd się śpieszycie? Ustawiać się, ustawiać! – pokrzykiwał i komenderował, pół żartobliwie, pół serio.
Zbity tłum rozciągnął się i ustawił w prostym szeregu, sięgającym aż do ławek.
– A kto będzie się pchał, zakłócał porządek, już ja mu jego matkę… wiecie co. Zrozumiano? – Han wykonał dłonią obsceniczny gest. – Co za różnica, kto wsiądzie pierwszy? Kto się nie zmieści do środka, ten dostanie miejsce na dachu, na bagażniku. Świeże powietrze, piękny widok… Sam bym chciał tam siedzieć. Czekajcie tu, pójdę po tę dziewczynę!
Udało mu się uprosić młodą kontrolerkę o wyjście z pakamery. Miała wciąż zagniewaną twarz, lecz Han Papuga sączył jej do ucha swoje słodkie słówka:
– Ciotuniu, po co się przejmujesz tymi prostakami? To wyrzutki społeczeństwa, łotry i dziwki, krzywe melony, popsute daktyle i kwaśne gruszki, zdechłe koty, śmierdzące psy, zgniła pasta z krewetek. Nie zniżaj się do ich poziomu. W dodatku złość szkodzi zdrowiu, od złości się puchnie, twój wujek umarłby z rozpaczy, gdyby coś takiego ci się stało.
– Zamknij dziób, śmierdząca papugo! – rzuciła, waląc go kasownikiem w ramię. – Nikt cię nie weźmie za niemowę, to pewne!
Han Papuga zrobił głupią minę.
– Ciotuniu, mam dla ciebie parę pięknych ptaszków. Kiedy ci je przynieść?
– Jesteś jak ten zepsuty czajnik na herbatę, denko odpadło, ale dzióbek ciągle na miejscu! Piękne ptaszki, co? Od roku mi obiecujesz piękne ptaszki, a ja nie zobaczyłam nawet piórka!
– Tym razem już naprawdę! Niedługo pokażę ci prawdziwego ptaszka!
– Gdybyś był słowny, nie gadałbyś o pięknych ptaszkach, tylko dałbyś mi te dwie białe papugi!
– O nie, ciotuniu, tej pary nie mogę, te są rozpłodowe, dopiero co sprowadzone z Australii. Podobają ci się? Jeśli za rok Han Papuga nie podaruje ci drugiej takiej parki, nie będzie mógł się mienić twoim ulubionym Hanem Papugą!
Otworzyły się wąskie drzwiczki, tłum natychmiast ruszył do przodu. Han Papuga z klatką w ręku stanął obok kontrolerki.
– Widzisz, ciotuniu? Masz tu jak na dłoni nędzną jakość chińskiego ludu. Pchają się jak idioci, co ich jeszcze bardziej spowalnia.
– Co za paskudne miejsce to wasze Północno-Wschodnie Gaomi. Same łotry i łobuzy, same dzikusy stamtąd przyjeżdżają.
– O nie, nie masz racji, ciotuniu, w jedną sieć nie złapiesz wszystkich ryb. Są tam i porządni ludzie, na ten przykład… – Urwał w pół słowa, zauważywszy na samym końcu kolejki Shangguana Jintonga, który ruszył ku niemu nieśmiało.
– Jeśli się nie mylę – rzekł Han – jesteś moim wujaszkiem!
– Ja też… cię poznaję – wyjąkał zawstydzony Jintong.
Han Papuga ujął go serdecznie za rękę i uścisnął z uczuciem.
– Nareszcie wróciłeś, wujaszku. Babcia prawie oczy wypłakała z tęsknoty za tobą.
W zbity tłum, wypełniający autobus, nie dałoby się wetknąć szpilki; niektórzy wisieli wychyleni przez okna. Han Papuga poszedł na tył i po drabince wspiął się na bagażnik. Uniósł siatkę, umocował pod nią klatkę z papugami i sięgnął w dół po torbę podawaną mu przez Jintonga. Jintong wspiął się niepewnie na dach, a Han Papuga przykrył go siatką.
– Wujaszku, chwyć się mocno tych prętów, choć tak naprawdę wcale nie musisz. Ten staruszek autobus wlecze się jak zdychająca maciora – rzekł Han Papuga.
Kierowca z papierosem w zębach i kubkiem herbaty w ręku zbliżał się leniwie do wozu.
– Papuga Han! Niezły z ciebie ptaszek! – zawołał w kierunku dachu. – Tylko pamiętaj, jak zlecisz stamtąd i zginiesz, to nie będzie moja wina!
Han Papuga rzucił mu paczkę papierosów. Kierowca złapał ją w powietrzu, zerknął na markę i wetknął papierosy do kieszeni.
– Nawet staruszek w Niebiosach nic nie poradzi na takich jak ty! – odkrzyknął.
– Lepiej ruszaj, stary, tylko mam do ciebie prośbę: mniej awarii, co?
Kierowca zamknął za sobą drzwi szoferki, wystawił głowę przez okno i oznajmił:
– Ten stary grat lada dzień rozpadnie się na kawałki. Tylko ja nim jeżdżę, nikt inny nie umiałby nim ruszyć z dworca.
Na stacji rozległa się pożegnalna muzyka, puszczona ze starej, zniszczonej taśmy. Jękliwa, charcząca melodia brzmiała, jakby oskrobywano nożami kilkadziesiąt bambusowych kijów. Młoda kontrolerka stanęła rutynowo na baczność przy swoim stanowisku, odprowadzając nienawistnym spojrzeniem pomalowany odłażącą farbą, skrzypiący ze starości autobus. Han Papuga pomachał jej i zawołał:
– Ciotuniu, następnym razem przywiozę ci twoje piękne ptaszki! Dziewczyna zignorowała go, mamrocząc do siebie:
– Piękne ptaszki? Już ja ci dam twoje piękne ptaszki!
Autobus sunął z wolna żwirową drogą do Północno-Wschodniego Gaomi. Ciągnące nieprzerwanie z naprzeciwka samochody i traktory ostrożnie wymijały pojazd; ich koła wzbijały tumany kurzu i żwiru tak gęste, że Jintong bał się otworzyć oczy.
– Wujaszku, ludzie mówią, że zostałeś niesłusznie skazany – rzekł Han Papuga, patrząc mu prosto w twarz.
– Jedni mówią, że tak, drudzy mówią inaczej – odparł Jintong.
Han Papuga podał mu papierosa, lecz Jintong odmówił. Han schował papieros z powrotem do pudełka, spojrzał współczująco na wielkie, szorstkie ręce Jintonga, a potem znowu na twarz.