Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
– Zawsze tak było – rzekła matka. – Los twojego wuja, zdrowie i choroba, życie i śmierć, szczęście i nieszczęście i tak są w rękach Niebios. Jeśli los mu będzie sprzyjał, przeżyje. Jeśli nie, to nawet najsłynniejsi doktorzy wszech czasów Hua Tuo [28] i Bian Que [29] nie zdołaliby go wyleczyć. A teraz idź już i nie smuć mnie więcej.
Han Papuga chciał jeszcze coś powiedzieć, ale matka ze złością uderzyła laską w podłogę i rzekła:
– Papugo! Bardzo cię proszę, okaż trochę przyzwoitości, zabierz swoje pieniądze i zmykaj!
Papuga wyszedł. Półprzytomny Jintong usłyszał płacz matki przed domem. Nocny wiatr szeleścił suchą trawą porastającą pagodę. Potem matka rozpaliła ogień pod kuchnią; intensywna woń leczniczych ziół zaatakowała nozdrza Jintonga. Miał wrażenie, że jego mózg skurczył się do rozmiarów cienkiej drzazgi, a smuga zapachu wciska się w tę drzazgę jak przez oczko sita. Ten słodki aromat to czerwona trawa, gorzki to patrinia, zwana „zepsutym sosem", kwaśny to ziele przywołujące duszę, słony – ozdobna trawa o żółtych kwiatach, pikantny – oset. Słodki, kwaśny, gorzki, ostry, słony – wszystkie pięć smaków, do tego smak portulaki, rdestu, pinelii, lobelii chińskiej, kory morwy, skórki peonii, suszonych na wietrze brzoskwiń… Matka nazbierała chyba wszystkich leczniczych ziół, jakie rosną w Północno-Wschodnim Gaomi, wrzuciła do jednego garnka i teraz przyrządza z nich napar. Połączone wonie życia i ziemi wdarły się do brudnego mózgu Jintonga niby strumień wody z kranu i powoli oczyszczały jego myśli. Myślał o gąszczu zielonych traw, ukwieconych łąkach, o żurawiach brodzących wśród mokradeł. Kępa dzikich złotych chryzantem przyciągała stada oblepionych złotym pyłkiem pszczół. Czuł głęboki oddech ziemi, słyszał odgłos spadających dojrzałych ziaren.
Matka przyniosła misę pełną naparu i obmyła mu całe ciało kłębem bawełnianej waty. Poczuła jego wstyd.
– Synku, choćbyś żył sto lat, w moich oczach zawsze będziesz dzieckiem… – rzekła.
Wymyła go do czysta, szorując nawet miejsca między palcami stóp. Nocny wiatr wdarł się do izby, aromat ziół zgęstniał. Jintong nigdy w życiu nie czuł się tak lekko, tak świeżo. Zza domu, gdzie stała cała ściana szklanych pustych butelek, dobiegały łkania i szepty matki. Dźwięki te, zmienne, wielobarwne, o wielu smakach, sprawiły, że sam zalał się łzami. Pomyślał o przodkach ludzkości, którzy nie tak dawno nauczyli się chodzić w wyprostowanej pozycji; widział ich, jak ruszają z dzidami na polowanie. Jego serce wypełniło się szacunkiem dla protoplastów. Zobaczył rozgwieżdżone niebo. Ogromne, świetliste kule zataczały koła, tworzące w przestrzeni nieskończony, migotliwy, ognisty wir. Usłyszał głos gwiazdy Drzewa, powolny i chropawy, głos gwiazdy Ziemi, zduszony i głuchy jak grzmot, żywą pieśń gwiazdy Wody, świetlisty sopran Ognia i przenikliwy, ostry śpiew gwiazdy Metalu. Pięć głosów pięciu żywiołów mieszało się z gwizdem wiatru w pustych butelkach. Jintong spokojnie zapadł w sen. Po raz pierwszy od dawna nie dręczyły go żadne koszmary. Spał aż do świtu.
Następnego ranka, ledwie otworzył oczy, poczuł świeży zapach mleka. Różnił się on jednak od zapachu mleka matki i woni mleka kozy. Zastanawiając się nad źródłem tej woni, doznał takiego samego uczucia jak wtedy, gdy wiele lat temu pełnił obowiązki śnieżnego księcia i błogosławił swoim dotykiem piersi kobiet. Największą tęsknotę poczuł na myśl o ostatniej piersi, której dane mu było dotknąć – o jedynej piersi Starej Jin, właścicielki sklepu z olejem.
Matka, uradowana poprawą jego nastroju, spytała:
– Co byś chciał zjeść, synku? Matka przyrządzi ci, czego tylko sobie zażyczysz. Byłam we wsi i pożyczyłam trochę pieniędzy od Starej Jin, przyjdzie tu któregoś dnia z wózkiem i w zamian pozabiera te puste butelki, które stoją za domem.
– Stara Jin… – serce Jintonga waliło jak szalone -…jak ona się miewa?
Matka swoim jedynym zdrowym okiem spojrzała ze zdumieniem na syna, który nagle stał się bardzo niespokojny. Westchnęła z rezygnacją.
– Stara Jin została tutejszą „królową śmieci". Kupiła samochód, zatrudnia pięciu ludzi, którzy topią stary zużyty plastik i gumę. Ma dość pieniędzy, choć mąż raczej nie przynosi jej chluby. Nie cieszy się dobrą opinią… Ale matka nie miała wyboru, musiała pójść i prosić ją o pożyczkę. To bardzo otwarta, szczera kobieta. Jest już po pięćdziesiątce i o dziwo, ma syna…
Shangguan Jintong poderwał się jak oparzony. Usiadł wyprostowany, czując się, jakby właśnie spojrzał w rumianą, szeroką twarz Boga. Moje przeczucia mnie nie oszukały, pomyślał z radością. Czuł bardzo wyraźnie, jak jednooka para piersi Starej Jin zbliża się ku jego małej izdebce, a wypolerowane papierem ściernym sutki Long Qingping wycofują się z żalem i niechęcią. Wstydliwie, lecz szczerze zwrócił się do matki:
– Mamo, czy mogłabyś na chwilę wyjść, kiedy ona przyjdzie?
– Synku, dopiero co odegnałeś demona śmierci – rzekła matka po chwili, lecz bez cienia wahania. – Jak mogłabym stanąć ci na przeszkodzie? Już idę.
Jintong położył się z powrotem, ogromnie podekscytowany i zanurzył się w tej życiodajnej woni, która nie dochodziła z zewnątrz, lecz z głębin jego pamięci. Zamknął oczy i zobaczył jej pulchną, lecz wciąż tak samo jędrną twarz, te same czarne oczy, wilgotne i uwodzicielskie, porywające męską duszę. Szła energicznie; można było ją porównać do maszerującej komety. Jej pierś, niezaznaczona upływem czasu, poruszała się niespokojnie pod barwną bawełnianą bluzką. Z powodu tarcia z ciemnoczerwonej, wystającej brodawki, niczym z małego spryskiwacza, trysnęła odrobina białej, niebieskawej cieczy i zmoczyła bluzkę.
Duchowy aromat, pochodzący z serca Jintonga i materialny aromat jej piersi zbliżały się do siebie stopniowo niczym motyle w tańcu godowym, wreszcie zderzyły się i powoli połączyły w jedno. Jintong otworzył oczy i zobaczył przed sobą Starą Jin, dokładnie taką, jaką sobie wyobrażał.
– Braciszku! – Podeszła do niego, ujęła jego zwiędłą dłoń i ze łzami w czarnych oczach powtórzyła z uczuciem: – Mój drogi braciszku, co ci jest?
Czułość tej łagodnej kobiety w jednej chwili stopiła jego serce. Wygiąwszy szyję, niczym świeżo urodzone, ślepe szczenię wpił się w jej pierś rozgorączkowanymi wargami. Stara Jin bez chwili wahania podciągnęła bluzkę i zbliżyła swoją mlekiem płynącą, wielką jak żółty melon pierś do jego twarzy. Usta szukały sutka, sutek szukał ust. Gdy już obejmował ją drżącymi wargami, ona weszła pomiędzy nie z drżeniem. Oboje wrzeli, pojękując namiętnie. Kilkanaście cienkich strumyczków strzelało mu w usta z wielką siłą i w okolicy przełyku łączyło się w słodką strugę, spływającą do pustego, pozbawionego błon śluzowych żołądka. W tej samej chwili Stara Jin poczuła, jak chorobliwe zauroczenie pięknym jak laleczka z porcelany chłopcem, które odczuwała przez te wszystkie lata, wydostaje się na światło dzienne wraz ze strumieniem mleka z jej piersi. Z oczu obojga płynęły łzy.
Wyssał jej pierś do końca, po czym zapadł w głęboki sen z brodawką w ustach. Głaszcząc czule twarz Jintonga, powoli zabrała sutek. Jego wargi poruszyły się; na pożółkłą twarz wystąpił rumieniec.
Stara Jin zauważyła Shangguan Lu stojącą w drzwiach i patrzącą na nią smutnym wzrokiem. W ogorzałej twarzy staruszki nie zobaczyła jednak ani potępienia, ani zazdrości. Było tam natomiast głębokie poczucie winy i bezgraniczna wdzięczność. Stara Jin zakryła pierś i oznajmiła zdecydowanym tonem:
[28] Hua Tuo – słynny lekarz, który żył prawdopodobnie w II-III w.; przypisuje mu się pierwsze zastosowanie narkozy.
[29] Bian Que – najstarszy znany lekarz chiński; żył ok. V-VI w. p.n.e.