Obfite piersi, pełne biodra
- Автор: Янь Мо
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Kulpa
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
– Kończyć, kończyć! – rozległo się nagle w głośnikach całego Północno-Wschodniego Gaomi.
– Już prawie koniec, jeszcze chwila.
– Wystarczy. „Jednorożec" nie może zajmować czasu przeznaczonego na Międzynarodówkę!
– Czy nie możemy skończyć trochę później?
Dźwięki Międzynarodówki popłynęły z głośników.
Następnego ranka rozgłośnia nadała długie oświadczenie Buntowniczej Drużyny Złotych Małp, w którym ostro skrytykowano opowiadane w „Jednorożcu" bajki na temat złodziejki Sha Zaohua oraz przypisano „Jednorożcowi" wszystkie jej występki. Wszystkie organizacje masowe wydały wspólne oświadczenie o odebraniu „Jednorożcowi" czasu antenowego; nakazano też w ciągu czterdziestu godzin rozwiązać drużynę, zniszczyć pieczęć i materiały propagandowe.
Buntownicza Drużyna Złotych Małp nie przyjmowała, co prawda, do wiadomości istnienia złodziejki Sha Zaohua, lecz mimo to zatrudniła całe stado tajnych agentów do obserwacji rodziny Shangguan. Dopiero następnej wiosny, w czasie Święta Zmarłych, gdy po Shangguana Jintonga przyjechała furgonetka służby bezpieczeństwa, Wu Deszczowa Chmura, przewodniczący Komitetu Rewolucyjnego Dalanu, zwolnił z tego obowiązku tłum tajniaków poprzebieranych za wędrownych naprawiaczy garnków, ostrzycieli noży i szewców.
Przy porządkowaniu dokumentów Gospodarstwa Rzeki Wodnego Smoka odnaleziono pamiętnik Qiao Qisha, a w nim – szczegółowy opis romansu Shangguana Jintonga i Long Qingping. W konsekwencji powiatowy oddział służby bezpieczeństwa aresztował Jintonga pod zarzutem morderstwa i nekrofilii i skazał go bez dochodzenia na piętnaście lat pobytu w obozie reedukacji przez pracę nad brzegiem Morza Żółtego.
Część szósta
45
Zaczęła się pierwsza wiosna lat osiemdziesiątych. Shangguan Jintong, odpracowawszy swój wyrok, siedział zalękniony i zagubiony w najdalszym kącie poczekalni dworca autobusowego, czekając na autobus do Dalanu, stolicy Północno-Wschodniego Gaomi.
Słońce jeszcze nie wzeszło. Kilkanaście lamp wisiało na suficie chyba tylko dla ozdoby – wnętrze poczekalni oświetlały dwie bardzo słabe żarówki, jarzące się żółtawo w kinkietach. Na parunastu czarnych, długich ławkach wylegiwała się modna młodzież, chrapiąc donośnie i mamrocząc coś niewyraźnie przez sen. Jeden chłopak miał ugięte kolana i skrzyżowane nogi; nogawki spodni dzwonów wyglądały jak zrobione z blachy. Blady poblask świtu sączył się przez zakurzone szkło okien, rozjaśniając powoli wnętrze. Shangguan Jintong, patrząc na stroje leżących jak kłody młodzieńców, czuł powiew nowej epoki. Upstrzona plwocinami, brudnymi skrawkami papieru, a gdzieniegdzie nawet cuchnącymi plamami moczu podłoga była ułożona z dobrej jakości marmuru. Ściany zamieszkane przez chmary tłustych much wyłożono wzorzystą, kolorową zmywalną tapetą. Dla Shangguana Jintonga, który dopiero co opuścił ziemianki w obozie pracy, wszystko to było czymś świeżym i nowym, co dodatkowo wzmagało jego niepokój i zagubienie.
Jasne promienie słońca wpadły do cuchnącej, zatłoczonej poczekalni; ludzie zaczęli się poruszać. Potargany, pryszczaty młodzieniec usiadł na ławce, podrapał się w stopę pomiędzy palcami, przymknął oczy, wyciągnął zgniecionego papierosa z filtrem i zapalił go plastikową zapalniczką. Zaciągnął się, wypuścił kłąb dymu, po czym splunął żółtą flegmą. Nasunął buty i machinalnie wtarł plwocinę podeszwą w podłogę. Poklepał po pośladku leżącą obok dziewczynę, która poruszyła się, wydając kilka słodkich westchnień.
– Autobus! – krzyknął chłopak.
Dziewczyna podniosła się leniwie, przetarła oczy zaczerwienionymi dłońmi i ziewnęła przeciągle. Zorientowawszy się, że towarzysz ją oszukał, poczęstowała go kuksańcem, po czym jęknęła i położyła się z powrotem. Shangguan Jintong przyjrzał się jej młodej, pucołowatej twarzy z tłusto lśniącym, krótkim nosem, rzucił okiem na brzuch wyglądający spod różowej koszulowej bluzki, z odciśniętymi śladami zgięć materiału na białej skórze. Przyglądał się, jak młodzieniec bezceremonialnie wsunął jej pod bluzkę lewą rękę z elektronicznym zegarkiem na przegubie i głaskał niemal płaskie piersi. Dojmujące poczucie odstawienia na boczny tor wgryzało się w serce Jintonga niczym poczwarka żerująca na liściach morwy. Nagle po raz pierwszy w życiu zaświtała mu myśclass="underline" „O Niebiosa, mam już czterdzieści dwa lata, nie zdążyłem nawet dorosnąć, a już stałem się człowiekiem w średnim wieku!" Czułe gesty młodzieńca sprawiły, że jego obserwator oblał się wstydliwym rumieńcem i odwrócił głowę. Poczucie bezlitosnego upływu czasu zabarwiło jego melancholijny nastrój jeszcze głębszym smutkiem. Jego myśli gnały niczym koła pędzącego wozu: „Przeżyłem czterdzieści dwa lata swojego życia i co przez ten czas osiągnąłem? Moja przeszłość jest jak wąska, zasnuta oparem ścieżka pośród dalekich łąk; gdy spoglądam za siebie, widzę ledwie na kilka metrów – dalej jest już tylko mgła. Przeżyłem beznadziejną, godną pogardy, budzącą żal i wstręt połowę życia. Druga połowa zaczęła się w dniu wyjścia na wolność. Co mnie teraz czeka?"
Gdy kierownictwo obozu pracy oznajmiło, że jego wyrok dobiegł końca i że może już wracać do domu, Jintong poczuł się opuszczony. Ze łzami w oczach prosił:
– Panie kierowniku, czy nie moglibyście pozwolić mi zostać tutaj na zawsze?
Urzędnik, który przekazał mu wiadomość, spojrzał na niego ze zdumieniem i pokręcił głową.
– Zostać tu? Ale po co?
– Bo nie wiem, jak mam dalej żyć. Jestem do niczego, nikomu niepotrzebny…
Urzędnik podał mu papierosa i ogień, poklepał go po plecach i rzekł:
– Idź, stary. Tam na wolności jest lepiej niż tu.
Jintong, który nigdy nie palił, zaciągnął się głęboko i rozkasłał straszliwie; z oczu pociekły mu łzy.
Kobieta o zaspanych oczach, ubrana w granatowy strój roboczy i czapkę z dużym daszkiem, przeszła obok niego z szufelką w lewej i miotłą w prawej ręce, niedbale zgarniając niedopałki i skórki owoców. Na jej twarzy malowało się znudzenie i niechęć. Nogą albo miotłą poszturchiwała leżących na podłodze ludzi.
– Wstawać! Wstawać! – pokrzykiwała, wmiatając rozlany mocz prosto na nich.
Ci, których zdołała zmusić pokrzykiwaniami i poszturchiwaniami do wstania, przeciągali się i rozprostowywali kości. Pozostali po chwili podnieśli się pośpiesznie, poczęstowani ciosem miotły albo szufli. Kobieta czym prędzej pozabierała gazety służące im za siedziska. Jintong, który wcisnął się w kąt, też nie uniknął reprymendy.
– Odsuń się pan, czyś pan ślepy?
Czujność, której nauczył się przez piętnaście lat obozu, kazała mu błyskawicznie odskoczyć na bok. Kobieta z niezadowoleniem wskazała na jego płócienną torbę podróżną.
– A to czyje? – rzuciła oskarżycielskim tonem. – Zabrać to!
Jintong posłusznie podniósł torbę, która zawierała cały jego dobytek. Dopiero gdy kobieta zamiotła parę razy jego kąt, postawił bagaż na podłodze i usiadł.
W przeciwległym kącie leżała sterta śmieci. Sprzątaczka wrzuciła tam odpadki z szufelki i odeszła; chmara much zamieszkujących stertę z głośnym bzyczeniem wzbiła się w powietrze i po chwili opadła z powrotem. Jintong zauważył, że w ścianie od strony parkingu, gdzie zatrzymywały się autobusy, otwarto kilkanaścioro małych drzwiczek, nad którymi wisiały tabliczki z numerami kursów i miejscowościami docelowymi. Za nimi ciągnęły się żelazne poręcze, między którymi ludzie ustawiali się w kolejkach do skasowania biletu. Na samym końcu poczekalni udało mu się znaleźć wyjście do autobusu numer 831, jadącego do Dalanu i Gospodarstwa Rzeki Wodnego Smoka. W kolejce stało już kilkanaście osób. Niektórzy z tych ludzi palili, inni rozmawiali, jeszcze inni siedzieli na walizkach i patrzyli tępo w przestrzeń. Jintong wyjął bilet i stwierdził, że powinien się zgłosić do autobusu o siódmej trzydzieści, a elektroniczny zegar na ścianie poczekalni wskazywał ósmą dziesięć.