Wojna [Conventions of War - pl]
- Автор: Уильямс Уолтер Джон
- Год: 2006
- Язык: польский
- Год: MAG
- ISBN: 83-7480-018-6
- Переводчик: Grazyna Grygiel
- Жанр: Научная фантастика
Электронная книга - «Wojna [Conventions of War - pl]». Краткое содержание книги:
Wtem grupki oficerów rozsunęły się na boki i uświadomił sobie obecność Suli. Stała jakieś pięć kroków od niego i rozmawiała z nieznanym Martinezowi terrańskim kaporem. Wyprostowana i szczupła, w ciemnozielonym mundurze, z lekkim uśmiechem na twarzy. Słowa, które Martinez miał wypowiedzieć do swego dawnego kapitana, zamarły mu na ustach.
— Słucham, milordzie? — spytał Torminel.
Usztywnienie pleców Suli i sposób, w jaki uśmiech wykwitł na jej twarzy, świadczyły, że zdaje sobie sprawę z jego obecności. Próbował ciągnąć rozmowę, ale mózg mu wirował, a serce skakało w piersiach.
Tak nie może być. Powinien przynajmniej zachować się uprzejmie.
— Pan wybaczy, milordzie — powiedział i postąpił ku niej, czując się niezręcznie z szarlotką na talerzyku niczym z jakimś ofiarnym darem.
Sula również odprawiła swego towarzysza i odwróciła się do Martineza. Była śliczna, jej piękno powalało. Miała włosy krótsze i nieco bardziej złociste niż pamiętał. Również pachniała czymś bardziej piżmowym. Jej zielone oczy badały go ni to z wrogością, ni to z pogardą.
— Gratuluję awansu — powiedział.
— Dziękuję. — Przechyliła głowę na bok i przyglądała mu się uważnie. — Pan również zasłużył na gratulacje, milordzie — powiedziała. — Słyszałam, że pańska żona urodziła dziecko.
Gniew piekielnym podmuchem przeleciał mu przez żyły, ale Martinez czuł wśród płomienia wściekłości lodowy okruch racjonalności i postanowił się go trzymać.
Mógł ją teraz zranić, i właśnie dostarczyła mu pretekstu.
— Tak — odparł. — Terza i ja jesteśmy bardzo szczęśliwi. A pani?
Jej usta zacisnęły się w wąską linię. Wzrok stał się kamienny.
— Nie miałam na to czasu — odparła.
— Współczuję. Zdaje się, że w przeszłości dokonała pani paru niewłaściwych wyborów.
Zobaczył poruszenie w jej oczach, kiedy cios doszedł.
— To prawda — odpowiedziała. — Na przykład podjęłam błędną decyzję, kiedy spotkałam pana pierwszy raz.
Odwróciła się i odeszła, jej obcasy stukały po kaflach. Odchodziła od niego tak samo, jak zrobiła to już dwa razy wcześniej, i Martinez poczuł nagle, jak opuszcza go napięcie. Jego kolana zadrżały.
Oddaliśmy sobie mniej więcej jednakowe honory — pomyślał. Ale to ona uciekła.
Znowu.
Potrzebując wsparcia, poszedł do bufetu. Spotkał tam Michi wpatrującą się bez większego zainteresowania w jedzenie. Oferował jej szarlotkę.
— Czy mógłbym zamówić pani coś do picia, milady? — spytał.
— Próbuję nie pić — powiedziała. — Torminelskie toalety do mnie nie pasują, a do śluzy i „Żonkila” droga daleka.
Martinez widział Sulę kątem oka. Była do niego odwrócona plecami, prosta jak trzcina. Rozmawiała z kapitanem Lai-ownem.
Wychylił whisky. Michi uniosła brew.
— Zaryzykuję, jeśli chodzi o toalety — wyjaśnił.
— Pieprzony imbecyl — powiedziała Sula do lorda Sori Orghodera. — Następnym razem spróbuj wykonywać moje instrukcje.
Lord Sori — jak reszta kapitanów — już przywykł do tego rodzaju wyzwisk i jego futrzasta torminelska twarz wyrażała rezygnację.
— Proszę o wybaczenie, milady. Myślałem, że…
— Miał pan poruszać się po powłoce chaotycznego układu dynamicznego, a nie prowadzić zbiegły tramwaj przez plac parkingowy!
Lord Sori zadrżał.
— Tak jest, milady.
Sula wiedziała, że parowie nie są przyzwyczajeni, by ktoś tak się do nich zwracał. Brutalność jej języka z początku ich oszołomiła, a potem — może dlatego, że nie przychodziło im nic lepszego do głowy — słuchali jej. Jej talent do wyzwisk przynosił wyniki. Siedemnasta lekka eskadra, biczowana jej słowami, coraz sprawniej stosowała taktykę Ducha.
Sula nigdy by się nie ośmieliła przemawiać w ten sposób do swojej armii; ochotnicy mogli po prostu odejść. Parowie dowodzący jej statkami, byli na nią skazani i może zbytnio się przywiązali do systemu hierarchicznego, by sprzeciwiać się obelgom szefa.
Sula nazywała ich idiotami i osłami. Krytykowała ich przodków, ich wykształcenie i wychowanie. Cenzurowała nawet ich korespondencję, która okazała się wybitnie nudna.
Beze mnie byliby nikim — stwierdziła w duchu. Grają rozpieszczonych arystokratów bez żadnych pomysłów. Ale przy mnie staną się kimś.
— Zaatakujemy naksydzką cytadelę — powiedziała im. — Wiem, że możemy to zrobić, ponieważ wcześniej robiłam takie rzeczy.
Na niczym jej nie zależało, a jedną z korzyści tego stanu było to, że mogła sobie wybrać jedną rzecz, na której będzie jej zależało. Wybrała siedemnastą lekką eskadrę. Ta jednostka stanie się w oczach Floty nieśmiertelna.
Teraz Sulą miotała wściekłość z powodu spotkania z Martinezem poprzedniego wieczora. Czuła, że pokazała się z najgorszej strony. Nie dlatego, że usiłowała go zniszczyć, bo całkowicie na to zasługiwał, ale ponieważ zrobiła to w gniewie. Powinna była obrazić Martineza zimno i beznamiętnie, a zamiast tego wyrzuciła z siebie kilka słabych obelg i uciekła.
Pokazała, że można ją zranić. Zademonstrowała, że choć na niczym jej nie zależy, na Martinezie nadal jej zależy.
Jej oficerowie płacili za to odkrycie swoją godnością.
— Zjedz na obiad coś pożywnego dla mózgu — poradziła lordowi Sori — i spróbujemy przeprowadzić następny eksperyment, zaczynając o osiemnastej zero jeden.
Przerwała połączenie z Sorim — i z innymi kapitanami, którzy patrzyli na to ze stosownie niewzruszonymi twarzami — a potem wyprzęgła się z fotela akceleracyjnego.
— Opuścić stanowiska bojowe — powiedziała. — Wysłać załogę na obiad.
— Tak jest, milady — odparła porucznik Giove.
Podczas gdy Giove ogłaszała załodze nowinę, Sula pochylił się wprzód, by założyć buty, które zrzuciła na pokład. Korzyść taktyki Ducha — wykonywanej we wspólnym środowisku wirtualnym, gdzie rzeczywiste statki niewinnie szybowały w zwartym szyku wymaganym przez Torka — polegała na tym, że Sula nie musiała wkładać skafandra. Nie cierpiała skafandrów próżniowych, ich urządzeń sanitarnych, przyłbic hełmów, które zamykały ją w ograniczonym, hermetycznym, duszącym świecie. Podczas eksperymentu mogła nosić zwykły kombinezon Floty, zrzucać buty i testować według własnego widzimisię dowolne skandaliczne strategie.
Na najprostszym poziomie, każdy statek mógł poruszać się według stworzonego przez Sulę wzorca. Okręt manewrował w ciągu zagnieżdżonych fraktali, które maksymalizowały zarówno jego ofensywne, jak i obronne zdolności. Istotne było to, że dla każdego przypadkowego obserwatora poruszenia statku wyglądały na zupełnie przypadkowe.
System miał również poziomy bardziej skomplikowane, tak jak każdy system, w którym występują fraktale. Miało to związek z wyznaczonym „ośrodkiem manewrowania”, na podstawie którego eskadra wyznaczała swe trajektorie. Takim ośrodkiem mógł być statek flagowy, punkt w przestrzeni lub wróg. Sula sądziła, że wybór takiego ośrodka jest sprawą bardziej sztuki niż nauki.