Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 141
Перейти на страницу:

Było jeszcze za wcześnie, żeby o tym myśleć. Z Amblemornu droga prowadziła między Bimbakiem Wschodnim a Bimbakiem Zachodnim, a potem, okrążając nieprawdopodobnie stromą i poszarpaną Grań Normorku, podchodziła pod sam Normork, otoczony słynnymi kamiennymi murami, zbudowanymi, jak głosiła legenda, na wzór wielkiego muru w Velalisier. Bimbak Wschodni przywitał Valentine jako prawowitego monarchę i wyzwoliciela. Przyjęcie w Bimbaku Zachodnim wypadło zdecydowanie mniej serdecznie, chociaż i tu nie stawiano oporu: jego mieszkańcy najwyraźniej nie umieli opowiedzieć się po żadnej ze stron tego dziwnego sporu. Natomiast w Normorku Wielkie Wrota Dekkerefa były zamknięte i opieczętowane, i to prawdopodobnie pierwszy raz od czasów, kiedy je zbudowano. Ten gest był oczywiście gestem nieprzyjaznym, ale Valentine wolał go uznać za deklarację neutralności i minął miasto, me usiłując się do niego dobijać. Nie miał zamiaru tracić sił na obleganie jakiejś twierdzy. Znacznie łatwiej było nie dopatrywać się za jej murami wroga.

Droga przecinała teraz Barierę Tolingar, która wcale nie była barierą, lecz wielkim czterdziestomilowym parkiem, idealnie wypielęgnowanym ku uciesze obywateli Kazkasu, Stipool i Dundilmiru. Zdawało się, że każde drzewo, każdy krzak zostały wyhodowane ze specjalnym zamysłem i poprzycinane w najbardziej wyszukane kształty. Żadna gałąź nie wyginała się w niewłaściwą stronę, żaden konar nie psuł raz wyznaczonej symetrii. Jeśliby nawet zatrudnić tu w charakterze ogrodników cały miliard ludzi zamieszkujący Górę Zamkową i gdyby ci ogrodnicy pracowali w parku dzień i noc, i to ze wszystkich sił, Bariera Tolingar i tak nie osiągnęłaby w ten sposób swego doskonałego wyglądu. Valentine wiedział, że dokonano tego dzięki programowi uprawy sterowanej wprowadzonemu cztery tysiące lat temu, może nawet dawniej, za panowania Lorda Havilbove, a potem kontynuowanemu przez jego trzech sukcesorów. Te rośliny same się kształtowały, same likwidowały odrosty, nieustannie kontrolując symetrię form. Tajemnica takich ogrodniczych czarów zdołała już jednak zginąć w mrokach przeszłości.

Teraz armia wkraczała na poziom Wolnych Miast. Patrząc z Bibiroon Sweep, leżącego nad Barierą Tolingar, można było ogarnąć wzrokiem potężny odcinek przebytej drogi. Prawie spod stóp wypełzał zielony jęzor parku Lorda Havillove'a i znikał gdzieś na wschodzie. Za nim szarzały dwa małe punkciki — Dundilmir i Stipool, a trochę w bok od nich, ledwo zaznaczone, kryło się ukryte za murami miasto Normork. Potem widoczny był zadziwiający uskok terenu, w dół aż do Amblemornu i źródła Glayge. A gdzieś na horyzoncie, zamglone jak przez senne opary, niczym wytwór czystej wyobraźni, można było dostrzec ulotne zarysy skupionych nad rzeką miast Nimivan, Mitripond, Threiz i Południowy Gayles. O Makroprosopos i Pendiwane nawet nie warto było wspominać, chociaż Valentine zauważył, jak pochodzący stamtąd ochotnicy wypatrując oczy i gestykulując gwałtownie, spierali się o ledwo widoczne pagórki i garby, twierdząc, że to ich domy.

Przystając obok Valentine'a, Shanamir powiedział: — Wyobrażałem sobie kiedyś, że z Góry Zamkowej można zobaczyć całą drogę do Pidruid! A tu nie widać nawet Labiryntu. Czy tam wyżej jest lepszy widok?

— Nie — odparł Valentine. — Chmury zakrywają wszystko poniżej Miast Strażniczych. Czasami, przebywając na Zamku, można zapomnieć, że istnieje reszta Majipooru.

— A czy na samej górze jest bardzo zimno? — spytał chłopiec.

— Zimno? Nie, ani trochę. Jest tam równie przyjemnie jak tutaj. Może nawet przyjemniej. Wieczna wiosna, łagodne i czyste powietrze i kwitnące przez cały rok kwiaty.

— Ale Góra Zamkowa wynosi się tak wysoko w niebo! Szczyty stojące wśród Bagien Khyntoru są znacznie niższe, gdzie im do niej, a przecież słyszałem, że na ich wierzchołkach leży śnieg, i to nawet latem. Na Zamku, Valentine, musi być ciemno jak w nocy, i zimno, śmiertelnie zimno!

— Nie — odrzekł Valentine. — Maszyny, które przetrwały od czasów starożytnych, sprawiają, że jest tam zawsze ciepło. Sięgając swymi korzeniami w głąb Góry, wysysają stamtąd potrzebną energię, choć przyznaję, że nie wiem w jaki sposób to robią — i zamieniają ją w ciepło, światło oraz dobre, czyste powietrze. Widziałem te maszyny, głęboko pod Zamkiem, wielkie konstrukcje z takiej ilości metalu, z jakiej można by zbudować całe miasto. Gigantyczne pompy, olbrzymie mosiężne rury, przewody…

— Kiedy tam wreszcie dotrzemy, Valentine? Czy to już blisko?

Valentine potrząsnął przecząco głową.

— Nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie drogi.

Rozdział 8

Aby przejść przez Wolne Miasta, najprościej było wybrać drogę leżącą między Bibiroon a Górnym Sunbreakiem, która prowadziła w górę szerokim, łagodnym grzbietem i nie wymagała pochłaniającego wiele czasu wspinania się zakosami. Jeszcze przed Bibiroon Valentine dowiedział się od Skandara Gorzvala, że w armii kończą się zapasy świeżych owoców i mięsa, i stwierdził, że najmądrzej byłoby zaopatrzyć się w nie na tej wysokości, zanim podejmą wspinaczkę do Miast Strażniczych.

Bibiroon był dwunastomilionowym miastem, imponująco usytuowanym na stumilowej skarpie i sprawiającym wrażenie zawieszonego nad zboczem Góry. Było tylko jedno dojście do miasta, od strony Dolnego Sunbreaku, i to przez wąwóz tak wąski i stromy, że wystarczyłoby stu wojowników, aby powstrzymać atak miliona. Valentine wcale się nie zdziwił, kiedy mu doniesiono, że przejście jest zamknięte i że znajduje się w nim trochę więcej niż stu obrońców.

Ermanar i Deliamber, których wyznaczono do prowadzenia pertraktacji, wrócili już chwilę później z wiadomością, że Heitluig, diuk Chorgu — prowincji, której stolicą było Bibiroon — dowodzi oddziałami w wąwozie i chce rozmawiać z Lordem Valentinem.

— Kto to jest Heitluig? Znasz go? — spytała Carabella. Valentine kiwnął głową.

— Bardzo słabo. Wiem, że pochodzi z rodu Tyeverasa. Mam nadzieję, że nie żywi do mnie urazy.

— Jeśli pokona cię na tej drodze, zjedna sobie laski Dominina Barjazida — zauważył posępnie Sleet.

— I zapewni sobie conocne koszmary — dodał śmiejąc się Valentine. — Może być pijakiem, ale nie mordercą. Przecież należy do szlacheckiego stanu.

— Tak jak i Dominin Barjazid, mój panie.

— Nawet Barjazid nie odważył się mnie zabić, mimo że miał okazję. Czy w każdym, z którym przyjdzie mi paktować, mam widzieć mordercę? Chodźcie, tracimy tylko czas.

W towarzystwie Ermanara, Asenharta i Deliambera ruszył piechotą w stronę wąwozu. Diuk oczekiwał go w asyście swoich trzech popleczników.

Heitluig był barczystym, silnym z wyglądu mężczyzną o bezładnie poskręcanych białych włosach i tęgiej, rumianej twarzy. Przeszył Valentine'a badawczym spojrzeniem, jak gdyby pod rysami jasnowłosego przybysza chciał znaleźć choćby skrawek duszy prawdziwego Koronala. Valentine obdarzył go łaskawym spojrzeniem i takim gestem dłoni, jakim król obdarza pomniejszego diuka. Heitluig wyraźnie zmieszał się, nie wiedząc, jaką formę nadać swojemu ukłonowi.

— Powiadają — rzekł po chwili — że podobno jesteś Lordem Valentinem odmienionym przez czary. Jeśli tak jest, to witam cię, mój panie.

1 ... 122 123 124 125 126 127 128 129 130 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)