Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 126 127 128 129 130 131 132 133 134 ... 141
Перейти на страницу:

— Zewrzeć szeregi! — krzyknął Valentine! — I naprzód!

Jeszcze się przebijali, ale tempo malało z minuty na minutę. Jeśli początkowo siły Valentine'a wchodziły w oddziały wroga z taką łatwością, z jaką nóż tnie masło, teraz grzęzły w nich niczym w gęstym błocie. Otoczono już wiele pojazdów, a niektóre nawet zatrzymano. Valentine dojrzał w przelocie Lisamon Hultin, która pieszo przedzierała się przez mur obrońców i rzucała nimi na lewo i prawo, jakby to były drewniane szczapy. Na zewnątrz wozów szaleli także trzej Skandarzy — zapewne nikt inny, jak tylko Zalzan Kavol z braćmi — dokonując straszliwej rzezi licznymi wyposażonymi w najrozmaitszą broń ramionami.

Wreszcie i pojazd samego Valentine'a został otoczony, ale jego kierowca dał wsteczny bieg i wykręcił ostro, odrzucając na bok żołnierzy.

Naprzód… naprzód…

Wszędzie leżały ciała. Jeżeli Valentine ufał, że dokona podboju Góry bez rozlewu krwi, to bardzo się mylił. Już pole wałki zaścielały setki zabitych i tysiące rannych. I gdy jakiś wysoki mężczyzna o zaciętej twarzy runął na jego wóz, Valentine tylko spojrzał gniewnie i nie namyślając się powalił go na ziemię wiązką z miotacza. Na odgłos wyładowania energii tylko zacisnął powieki i wypalił jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze.

— Valentine! Lord Valentine!

Okrzyki dobiegały zewsząd, lecz pochodziły z gardeł wojowników obu walczących stron, a każda miała na myśli własnego Valentine'a.

Przestali posuwać się do przodu. Fala płynęła teraz w drugą stronę: obrońcy rozpoczęli kontratak. Wyglądało na to, że byli całkowicie nie przygotowani na pierwszy szturm, i niewiele brakowało, a pozwoliliby armii Valentine'a przebić się przez równinę, ale już przyszli do siebie, zdążyli się przegrupować i dostosować strategię do zaistniałych okoliczności.

— Chyba mają nowe dowództwo, mój panie — donosił Ermanar. — Obecny generał cieszy się wielkim posłuchem i jego wojsko idzie na nas jak burza.

Czoło kontrataku stanowiła zwarta linia bojowa mollitorów. Tępe i niezdyscyplinowane zwierzęta większe wyrządzały szkody masą swego ciała niż szczękami i pazurami; już samo przejście obok mamucich, garbatych cielsk stanowiło poważne wyzwanie. Valentine zauważył, że wielu jego oficerów opuściło ślizgacze i że przy boku Lisamon Hultin walczą mężnie Sleet i Carabella, osłaniani przez własne oddziały. Valentine też chciał do nich dołączyć, ale nie pozwolił mu na to Deliamber.

— Jesteś namaszczony i ciebie nie da się nikim zastąpić — powiedział szorstko. — Walka wręcz nie wymaga twojego udziału.

— Ale…

— Tak musi być.

Valentine nachmurzył się. Nie dbał o swoje bezpieczeństwo, lecz przyznając Vroonowi rację, ustąpił.

— Naprzód! — ryknął przez róg z kości słoniowej, służący do wydawania rozkazów na polu walki.

Rozkaz zawisł w próżni. Chmary wojowników napływały ze wszystkich stron, spychając wojska Valentine'a. Ośrodek odrodzonych sił uzurpatora mieścił się chyba gdzieś w pobliżu, tuż za niewielkim wzniesieniem, skąd ruszały do boju coraz to nowe jednostki. No tak, pomyślał Valentine, ten nowy generał musi być wielkim dowódcą, jeśli potrafił zebrać rozproszone oddziały i natchnąć je nowym duchem. Ja bym też tak zrobił, myślał dalej, gdybym znalazł się na polu. Ja bym też tak zrobił.

— Mój panie — dobiegł go głos Ermanara. — Mój panie, czy widzisz na prawo ten mały kopiec? Za nim znajduje się stanowisko dowodzenia wroga. Tam jest ich generał, w samym środku walki.

— Chcę go zobaczyć — rzekł Valentine, sygnalizując kierowcy, aby poderwał wóz nieco wyżej.

— Mój panie — ciągnął Ermanar — musimy w tym miejscu skoncentrować nasze siły i wyeliminować generała, nim zdobędzie większą przewagę.

— Bezwzględnie — mruknął Valentine ledwo go słuchając. Wpatrywał się przed siebie zmrużonymi oczami. Powoli, w ogólnym zamieszaniu zaczął odróżniać pojedyncze kształty. Tak, to musi być on.

Wysoki, wyższy od niego mężczyzna o grubo ciosanej twarzy, szerokich ustach, przenikliwych ciemnych oczach i rozwichrzonej, związanej na karku szopie ciemnych błyszczących włosów. Do złudzenia przypominał kogoś, kogo Valentine znał z czasów Góry Zamkowej i to znał dobrze, lecz teraz, wytrącony z równowagi toczącą się walką, z trudem zmagał się ze swoją pamięcią…

Tak. Oczywiście.

Elidath z Morvole.

Jak mógł nie rozpoznać natychmiast, nawet pośród tego szaleństwa, towarzysza swojej młodości, Elidatha, który, zdarzało się, bywał mu bliższy niż brat; Elidatha, najdroższego ze wszystkich przyjaciół, współuczestnika tylu najśmielszych wypraw, obdarzonego podobnymi zdolnościami i podobnym usposobieniem; Elidatha, uważanego przez wszystkich, także i przez Valentine'a, za sukcesora Koronala.

Elidadi dowodził wrogą armią. Niebezpieczny generał, którego należało zneutralizować.

— Mój panie? — spytał Ermanar. — Czekamy na twoje rozkazy. Valentine zawahał się.

— Masz go otoczyć — rzekł po chwili. — I unieszkodliwić. Wziąć do niewoli, jeśli dasz radę.

— Możemy skoncentrować ogień…

— On musi wyjść z tego cało — powiedział Valentine tonem nie znoszącym sprzeciwu.

— Mój panie…

— Musi wyjść cało, powiedziałem.

— Tak jest, mój panie.

Ermanar podporządkował się rozkazowi wyraźnie nie przekonany. Wróg to wróg i aby pozbyć się zagrożenia, trzeba jak najprędzej zabić generała. Valentine rozumiał swego oficera — lecz to był Elidath!

Obserwował poczynania Ermanara z napięciem i rozpaczą w sercu. Nietrudno było wydać odpowiedni rozkaz, trudniej w ogniu walki dopilnować jego wykonania. Cały czas obawiał się, że jeden z jego ukochanych towarzyszy poprowadzi do boju oddziały przeciwnika, ale nie spodziewał się, że będzie nim Elidath. Nie spodziewał się, że to właśnie on znajdzie się w niebezpieczeństwie i że z chwilą, kiedy dotrze do niego armia wyzwoleńcza, może zginąć. To straszne!

Podniósł się.

— Ty nie musisz… — powiedział Deliamber.

— Muszę — odrzekł. Opuścił wóz, zanim stary Vroon zdążył rzucić na niego czary.

To, co działo się na zewnątrz, było niepojęte. Tam i z powrotem biegały jakieś sylwetki, wrogów nie dawało się odróżnić od przyjaciół, zgiełk, tumult, okrzyki, gwizdki, kurz i obłęd. Walka, którą Valentine śledził z pokładu ślizgacza, tutaj nabierała innego wymiaru. Zdawało mu się, że pośród ogólnego zamieszania dostrzega oddziały Ermanara, przebijające się w stronę obozu Elidatha.

— Mój panie — zawołał za nim Shanamir — zewsząd cię widać! Ty…

Valentine odprawił go machnięciem ręki i ruszył w sam środek walki.

Z chwilą ataku Ermanara na punkt dowodzenia wroga, losy bitwy znów zdawały się odmieniać. Ponownie najeźdźcy łamali linię obrony i wróg szedł w rozsypkę. Zarówno mieszczanie, jak i rycerze wycofywali się w bezładnych grupach i pierzchali na boki przed bezlitosną nawałą atakujących i tylko gdzieś daleko z przodu, otaczając Elidatha, trwała niezłomnie garstka obrońców, niczym samotna skała wydana na pastwę rozszalałego żywiołu.

1 ... 126 127 128 129 130 131 132 133 134 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)