Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
- Автор: Силверберг Роберт
- Серия: Kroniki Majipooru #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-017-0
- Переводчик: Helena Michalska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
Oczekujący u wrót oddział straży liczył co najmniej dziesięć tysięcy mężczyzn i szczelnie wypełniał drogę oraz przylegający do zewnętrznych murów plac targowy. Nie wszyscy zmobilizowani obywatele byli uzbrojeni, tylko tu i ówdzie dało się zauważyć miotacze energii i trochę prostszej broni. Nie nawykli do żołnierskiej postawy, stali sztywni i spięci, zwłaszcza ci w pierwszych szeregach. Valentine rozkazał zatrzymać ślizgacze w odległości ćwierci mili i w ten sposób między jedną a drugą grupą powstała strefa buforowa.
W koronie, spowity w królewski płaszcz, podszedł kilka kroków do przodu. Po prawej ręce miał hierarchinię Lorivade ubraną w błyszczące szaty pierwszego ministra Pani, a po lewej Ermanara, na którego piersiach połyskiwał emblemat Pontifexa. Za nimi szedł Zalzan Kavol w otoczeniu potężnych, rzucających groźne spojrzenia braci. Grupę zamykała Lisamon Hultin w pełnym bojowym rynsztunku, ze Sleetem i Carabellą po bokach i z Autifonem Deliamberem na ramieniu.
Valentine kroczył przez otwartą przestrzeń pełen powagi i majestatu. Obywatele Pendiwane, wyraźnie poruszeni, wymieniali między sobą zaniepokojone spojrzenia, zwilżali wargi, przestępowali z nogi na nogę, pocierali dłońmi piersi i ramiona. Panowała pełna napięcia cisza.
Valentine zatrzymał się dwadzieścia kroków od pierwszego szeregu i powiedział:
— Dobrzy ludzie z Pendiwane, jestem Lordem Valentinem, prawdziwym Koronalem Majipooru, i proszę was o pomoc w odzyskaniu tego, co mi niegdyś było nadane z łaski bogów i na mocy dekretu Pontifexa Tyeverasa.
Wpatrywało się w niego nieustępliwie tysiące szeroko otwartych oczu, lecz on nie tracił pewności siebie.
— Wzywam z waszych szeregów Holmstorga, diuka Glayge. Wzywam Redvarda Haligorna, burmistrza Pendiwane — powiedział.
W tłumie nastąpiło poruszenie i po chwili wysunął się naprzód pulchny mężczyzna w niebieskiej tunice zdobionej pomarańczowymi lamówkami, o twarzy poszarzałej ze strachu i przejęcia. Jego pierś przecinała na ukos czarna burmistrzowska szarfa. Zrobił kilka kroków w stronę Valentine'a, zawahał się, po czym zasygnalizował coś gwałtownie za plecami, licząc chyba, że stojący przed nim tego gestu nie zauważą. Z tłumu niechętnie wyszło pięciu czy sześciu niższych rangą urzędników komunalnych, naburmuszonych jak dzieci, którym kazano śpiewać na szkolnej zbiórce. Pulchny mężczyzna przedstawił się:
— Jestem Redvard Haligorn; diuk Holmstorg został wezwany do Zamku Lorda Valentine'a.
— My się już spotkaliśmy, burmistrzu Haligornie — powiedział uprzejmie Valentine. — Przypominasz sobie? Kilka lat temu, kiedy mój brat, Lord Voriax, był Koronalem, a ja podróżowałem z posłaniem do Pontifexa. Zatrzymałem się w Pendiwane, ty zaś podjąłeś mnie bankietem we wspaniałym pałacu nad brzegiem rzeki. Pamiętasz, burmistrzu Haligornie? Było lato, był rok suszy, a wyschnięta rzeka w niczym nie przypominała dzisiejszej.
Haligorn przesuwał językiem po wargach i w zakłopotaniu głaskał podbródek.
— Rzeczywiście, był tu w roku suszy ten, który potem został Lordem Valentinem. Ale miał ciemne włosy i nosił brodę.
— To prawda, burmistrzu Haligornie, miały bowiem miejsce czary, osobliwe i potworne. W tej chwili Górą Zamkową włada zdrajca, a ja zostałem odmieniony i wypędzony. Staję teraz przed tobą i na potęgę gwiazdy, którą nosisz na rękawie, wzywam cię, abyś uznał Koronala w mojej osobie.
Haligorn nie wiedział, co ma zrobić. Najchętniej znalazłby się teraz w jakimkolwiek innym miejscu, choćby pośród krętych korytarzy Labiryntu, choćby na wypalonych przestrzeniach Suvraelu.
Valentine mówił dalej.
— Obok mnie widzisz Lorivade z Wyspy Snu, najbliższą z towarzyszek mojej matki, a twojej Pani. Czy uważasz, że ona mogłaby cię okłamać?
— To jest prawdziwy Koronal i zapewniam cię, że Pani przestanie obdarzać miłością tych, którzy mu się przeciwstawią. — W głosie hierarchini zabrzmiała lodowata nuta.
— A ten oto, to Ermanar, najwyższy sługa Pontifexa Tyeverasa. — Valentine przedstawił drugą towarzyszącą mu osobistość.
Ermanar, jak to było w jego zwyczaju, przemówił krótko i zwięźle:
— Wszyscy słyszeliście o dekrecie Pontifexa, w którym jest powiedziane, że jasnowłosy mężczyzna ma być przyjmowany jako Lord Valentine, Koronal. Kto spośród was sprzeciwia się dekretowi Pontifexa?
Na twarzy Haligorna uwidoczniło się przerażenie. Z diukiem Holmstorgiem Valentine miałby zapewne gorszą przeprawę, ponieważ diuk, znany z gorącego temperamentu i hardości, nie dałby się łatwo zastraszyć komuś, kto nosi na głowie koronę domowej roboty, a za sobą prowadzi garstkę zwolenników tak dziwacznego autoramentu. Redyard Haligorn, zwykły wybieralny urzędnik, przed którym od lat nie stawały wyzwania poważniejsze niż urządzanie oficjalnych bankietów i regulowanie podatków, łatwo stracił grunt pod nogami.
— Z Zamku Lorda Valentine'a nadszedł rozkaz, aby cię schwytać i wytoczyć ci proces — powiedział bełkotliwie.
— Ostatnio z Zamku Lorda Valentine'a wyszło wiele rozkazów — odrzekł Valentine — a niemałą liczbę wśród nich stanowiły decyzje niemądre, niesprawiedliwe lub nie na czasie. Czyż nie mam racji, burmistrzu Haligornie? To są rozkazy uzurpatora, a więc bezwartościowe. Słyszałeś głosy Pani i Pontifexa. Miałeś przesłania nakazujące ci posłuszeństwo wobec mojej osoby.
— Miałem także inne przesłania — powiedział Haligorn ledwo słyszalnym głosem.
— Od Króla Snów, no tak! — roześmiał się Valentine. — A kto jest uzurpatorem? Kto ukradł tron Koronala? Dominin Barjazid! Syn Króla Snów! Czy rozumiesz teraz sens przesłań z Suvraelu? Czy rozumiesz, co zrobiono z Majipoorem?
Valentine wprowadził się w półsen i wypełniając nieszczęsnego Haligorna mocą swej duszy poraził go przesłaniem na jawie.
Twarz burmistrza spurpurowiała i pokryła się plamami. Zachwiał się i aby nie upaść schwycił się kurczowo swoich towarzyszy, ale ich również nie ominęło przesłanie Valentine'a, tak że sami potrzebowali oparcia.
— Stańcie po mojej stronie, przyjaciele. Otwórzcie przede mną miasto. Stąd rozpocznę podbój Góry Zamkowej, a Pendiwane okryje się sławą jako miasto, które pierwsze wystąpiło przeciwko uzurpatorowi.
Rozdział 6
Tak więc Pendiwane upadło bez walki. Redvard Haligorn, wyglądający jak ktoś, kto właśnie połknął ostrygę wielką jak półwysep Stoienzar i teraz czuje, jak łaskocze go ona w przełyku, osunął się na kolana i pozdrowił Valentine'a znakiem gwiazdy. W jego ślady poszli dwaj wiceburmistrzowie, a tuż po nich tysiące ludzi przyklęknęło w hołdzie i z tysięcy piersi wyrwał się okrzyk, który narastał w miarę, jak zgromadzeni przekonywali się do nowej idei: — Lord Valentine! Niech żyje Lord Valentine!
Wrota Pendiwane stanęły otworem.
— Poszło zbyt łatwo — powiedział Valentine półgłosem do Carabelli. — Czy będzie tak do samej Góry Zamkowej? Czy dzięki zastraszeniu jednego czy dwóch tępych burmistrzów odbijemy tron i to przy wtórze oklasków?
— Oby tak się stało — odpowiedziała Carabella. — Jednak tam, wysoko, czeka otoczony strażami Barjazid, i aby go zastraszyć, będziesz musiał użyć nie tylko słów i paru scenicznych efektów. Musisz się liczyć z tym, że będzie bitwa, Valentine.