Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 125 126 127 128 129 130 131 132 133 ... 141
Перейти на страницу:

Popatrzył po zebranych, ale nikt się już nie odezwał.

— A więc w drogę!

Minął kolejny dzień i znaleźli się w bardziej urodzajnych okolicach, na zielonych przedpolach Miast Wewnętrznych. Torowali sobie drogę przez chmurną, wilgotną i chłodną strefę, gdzie słońce z trudem przebijało się przez opary wiecznych mgieł. Rośliny, które poniżej wyrastały zaledwie na stopę czy dwie nad ziemię, tutaj osiągały olbrzymie rozmiary, miały liście wielkie jak talerze, łodygi grube niczym pnie drzew i zawsze lśniły ciężkimi kroplami rosy.

Nagle krajobraz się odmienił. Z dna głęboko wciętej doliny nieoczekiwanie wyrósł górski łańcuch. Nie było wielkiego wyboru drogi: na zachód sterczały Iglice Banglecode, region niemożliwych do przejścia, nigdy nie odwiedzanych przez ludzi górskich turni, na wschód rozciągała się szeroka, łagodnie nachylona równina Bombifale, a na wprost, ujęty z obu stron w strome skaliste urwiska, znajdował się szereg gigantycznych, przez naturę wykutych stopni, znany jako przełęcz Pezitole. To tam właśnie, o ile Valentine nie mylił się w swych przypuszczeniach, oczekiwały doborowe oddziały uzurpatora.

Zaczął prowadzić swoje siły ku przełęczy w niezwykle powolnym tempie. Cztery godziny do przodu, dwie godziny biwaku, jeszcze pięć godzin marszu, wczesne rozbijanie obozu, późne zwijanie… Nie wątpił, że jego ruchy są obserwowane przez nieprzyjaciela i dlatego chciał dać mu czas na przygotowanie kontruderzenia.

Następnego dnia nieco przyśpieszył, ponieważ widać już było pierwszy wielki stopień przełęczy. Deliamber, używszy swych czarów, potwierdził jego przypuszczenia: rzeczywiście czeka tam na nich wojsko, a od strony równiny nadciągają następne oddziały.

Valentine uśmiechnął się.

— Teraz to już długo nie potrwa. Wpadną we własne sidła.

Dwie godziny przed zmierzchem dał polecenie rozbicia obozu na przyjemnie wyglądającej łące, przez którą przepływał górski potok.

Wozy ustawiono w szyku obronnym, furażerów wysłano po drewno na ogniska, kwatermistrzowie zaczęli wydawać obiad, nastała noc i… z ust do ust popłynął rozkaz natychmiastowego wymarszu. Ogniska miały płonąć dalej. Część wozów miała pozostać.

Valentine poczuł rosnące podniecenie. W oczach Carabelli pojawił się błysk ożywienia, na policzku Sleeta poczerwieniała stara blizna, a Shanamir, skupiający w swoich rękach mnóstwo najprzeróżniejszych spraw, dwoił się i troił, i to z tak poważną miną, że wydawał się równie godny podziwu, co śmieszny. To były niezapomniane godziny, gdyż każdy wyczuwał, że zapowiedź wielkich wydarzeń wisi już w powietrzu.

— Musiałeś kiedyś, na Górze, dogłębnie przestudiować rzemiosło wojenne — zauważyła Carabella — jeśli teraz potrafisz przeprowadzać takie manewry.

— Rzemiosło wojenne? — zaśmiał się Valentine. — Na Majipoorze zapomniano o nim w sto lat po śmierci Lorda Stiamota. Nic nie wiem o wojnie, Carabello.

— Skąd zatem…

— To tylko wyczucie. Łut szczęścia. To takie gigantyczne żonglowanie. Uczę się wojny w marszu. — Mrugnął porozumiewawczo. — Tylko nie rozgłaszaj tego nikomu. Niech myślą, że ich generał jest geniuszem, a dzięki temu może nim się stanie!

Na przesłoniętym chmurami niebie nie było widać ani jednej gwiazdy, a rozproszone światło księżyca dawało jedynie nikłą czerwoną poświatę. Drogę do równiny Bombifale, którą poruszała się armia Valentine'a, oświetlano przyćmionymi kulami świetlnymi, a siedzący obok Valentine'a i Ermanara Deliamber był pogrążony w głębokim transie, aby w porę ostrzec przed ewentualnymi zaporami i przeszkodami na drodze. Valentine milczał, ogarnięty niezwykłym spokojem. Pomyślał sobie, że to, co robi, jest rzeczywiście gigantycznym żonglowaniem. I teraz, tak jak zwykł to czynić nie raz i nie dwa podczas wędrówki ze swoją trupą, cofnął się do zakamarków umysłu, gdzie mógł przetwarzać stale zmieniający się ciąg zdarzeń, nie będąc w pełni świadomym ani procesu przetwarzania, ani samych zdarzeń: wszystko przychodzi we właściwym czasie i nie może być wyłączone z naturalnego biegu rzeczy.

Do świtu brakowało jeszcze godziny, kiedy dotarli do miejsca, w którym droga przekraczała wzgórza i wbiegała na równinę. Valentine ponownie wezwał swoich doradców.

— Macie przestrzegać trzech zasad — powiedział. — Zachować szyk zwarty. Nie pozbawiać nikogo życia bez wyraźnej potrzeby. Przeć do przodu. — Podchodził kolejno do nich, każdego obdarzając ciepłym słowem, klepnięciem po ramieniu, uśmiechem. — Śniadanie będziemy dzisiaj jedli w Bombifale, a jutrzejszą kolację na Zamku Lorda Valentine'a. Obiecuję wam to.

Rozdział 10

Zbliżała się chwila, której Valentine obawiał się od miesięcy. Oto prowadził jednych obywateli Majipooru do wojny przeciw innym obywatelom Majipooru. Będzie musiał postawić krew swoich towarzyszy wędrówki przeciwko krwi towarzyszy z lat wczesnej młodości. Ta chwila była tuż-tuż, on jednak trwał w swym postanowieniu i nie tracił spokoju ducha.

O szarym brzasku jego armia przekroczyła skraj równiny, a w porannych mgłach Valentine po raz pierwszy zobaczył legiony przeciwnika. Równina wyglądała tak, jakby w całości wypełniały ją czarne namioty. Wszędzie pełno było żołnierzy, pojazdów, wierzchowców, mollitorów — wszystko razem przemieszane i w ciągłym ruchu.

Siły Valentine'a uformowały klin, którego ostrze stanowiły ślizgacze z jego najdzielniejszymi i najbardziej oddanymi zwolennikami: główny trzon armii składał się z oddziałów Heitluiga, a tysiące nie nawykłych do wojny ochotników z Pendiwane, Makroprosopos i innych miast znad Glayge szło w ariergardzie, więcej znacząc dzięki swej masie niż waleczności. Armia wyzwoleńcza składała się z przedstawicieli wszystkich ras Majipooru. Był w niej pluton Skandarów, oddział Vroonów, cała horda Liimanów o oczach jak rozżarzone węgle, całe mnóstwo Hjortów i Ghayrogów, a nawet mały elitarny korpus Su-Suherów. Prowadził Ermanar, w środkowym, najbardziej wysuniętym wozie, gotów wziąć na siebie całe uderzenie przeciwnika. Ślizgacz Valentine'a zajmował miejsce na prawym skrzydle, Asenharta na lewym, na czele poszczególnych kolumn stali Sleet, Carabella i Zalzan Kavol, a tyły zamykał oddział Lisamon Hultin.

— Naprzód! — krzyknął Valentine. Bitwa się rozpoczęła.

Ślizgacz Ermanara przyspieszył naprzód, trąbiąc i błyskając światłami. Chwilę później ruszył Valentine, zdążywszy jeszcze zauważyć, że po przeciwległej stronie pola walki dotrzymuje im kroku Asenhart. Przypuścili atak na równinę zwartym szykiem, z miejsca powodując zamęt wśród olbrzymiej masy obrońców. Pierwsza linia wojsk uzurpatora załamała się nadspodziewanie łatwo, co nawet mogło sprawiać wrażenie zamierzonego manewru. Ogarnięci paniką żołnierze biegali tam i z powrotem, wpadając na siebie, gubiąc się, szukając broni, a może po prostu ratunku. Wielka odkryta równina nagle zafalowała zdesperowanym tłumem, któremu zabrakło przywódców, a przez ten tłum parła nacierająca falanga. Gdzieś nastąpiła krótka wymiana ognia, jakaś przypadkowa wiązka oślepiającej energii przeszyła powietrze, ale wróg nie był zdolny do zorganizowania spójnej obrony i atakujący go klin pojazdów przedzierał się do przodu, nie widząc żadnej potrzeby zabijania.

— Rozciągnęli linię frontu na sto mil albo i więcej — zauważył spokojnie Deliamber, który siedział u boku Valentine'a. — Ponowne skoncentrowanie sił zabierze im nieco czasu. Ale po początkowej panice przegrupują się i wtedy nie pójdzie nam tak łatwo.

Stało się, jak powiedział, i to dość prędko.

Niedoświadczona straż obywatelska, którą Dominin Barjazid zwerbował w Miastach Strażniczych, łatwo dała się rozproszyć, ale trzon armii obronnej, składający się z rycerzy Góry Zamkowej, jeśli nawet nie obeznany z prawdziwą wojną, to dostatecznie zaprawiony w grach wojennych, zaczął zwierać szeregi i napierać ze wszystkich stron na małe formacje atakujących, które ugrzęzły głęboko między wrogimi siłami, W stronę skrzydła Asenharta sunął już pluton spędzonych nie wiadomo kiedy mollitorów, kłapiących szczękami i groźnie wystawiających pazury. Po drugiej stronie formował się oddział kawalerii, który zdążył odnaleźć swoje wierzchowce. Z kolei Ermanar wpadł pod ogień zaporowy miotaczy energii.

1 ... 125 126 127 128 129 130 131 132 133 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)