Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 123 124 125 126 127 128 129 130 131 ... 141
Перейти на страницу:

— Powiadają prawdę, Heitluigu, możesz mi zaufać.

— Były przesłania, które to potwierdzały, ale były i inne. Valentine uśmiechnął się.

— Przesłania od Pani zawsze są godne zaufania. Ile są warte te od Króla, sam dobrze wiesz, zważywszy na to, co zrobił jego syn. Czy otrzymałeś instrukcje z Labiryntu?

— Tak, polecono nam uznać w tobie Koronala. Nastały jednak dziwne czasy. Dlaczego mam nie ufać temu, co mówią na Zamku, a dawać wiarę zarządzeniom płynącym z Labiryntu? A jeśli są fałszywe? Jeśli kryje się za nimi podstęp?

— Tutaj oto mamy Ermanara, najwyższego sługę twojego stryjecznego dziadka, Tyeverasa — powiedział Valentine. — I to nie w charakterze jeńca. Przybywa z pełnomocnictwami Pontifexa.

Książe wzruszył ramionami. Nadal przyglądał się bacznie Valentine'owi.

— Zamiana Koronala jest rzeczą nad wyraz tajemniczą. Jeśli się w nią uwierzy, to można uwierzyć we wszystko inne. Czego szukasz w Bibiroon… mój panie?

— Potrzebujemy owoców i mięsa. Mamy jeszcze do przejścia setki mil, a głodny żołnierz nie jest najlepszym żołnierzem.

Po twarzy Heitluiga przebiegi skurcz.

— Wiesz zapewne, że znajdujesz się w Wolnym Mieście.

— Wiem. I co z tego?

— Panuje tu stary obyczaj, o którym, być może, nie wszyscy pamiętają. Jednak my, mieszkańcy Wolnych Miast, trzymamy się zasady, by nie dostarczać żadnych produktów dla rządu poza raz ustalonymi podatkami. Koszt aprowizacji takiej armii jak twoja…

— …będzie w całości pokryty przez mój skarbiec — dokończył chłodno Valentine. — Nie chcemy, żeby Bibiroon straciło przez nas choćby jedną pięciowagową monetę.

— A czy ten skarbiec wędruje z wami?

Valentine błysnął gniewnym wzrokiem.

— Skarbiec królewski znajduje się na Górze Zamkowej, tak samo jak i za czasów Lorda Stiamota. Kiedy tam już dotrę i obalę uzurpatora, zapłacę wam za wszystko, co teraz od was dostanę. Czy w Bibiroon Koronal nie cieszy się już zaufaniem?

— Koronal cieszy się, a jakże — odpowiedział ostrożnie Heitluig. — Chodzi jednak o to, że my, oszczędni gospodarze, możemy wyjść na głupców, jeśli zaufamy komuś… komuś, kto być może nas oszukuje.

Valentine zaczynał tracić cierpliwość.

— Mówisz do mnie “mój panie”, a jednocześnie masz jakieś wątpliwości.

— Mam, to prawda.

— Heitluigu, chcę porozmawiać z tobą w cztery oczy!

— Co takiego?

— Wyjdź dziesięć kroków do przodu! Czy myślisz, że rozplatam ci gardło, kiedy opuścisz strażników? Szepnę ci coś na ucho, o czym wolałbyś pewnie nie mówić w obecności innych.

Diuk, wyraźnie zmieszany i zaniepokojony, niechętnie skinął głową i zgodził się oddalić od grupy. Valentine zniżył głos.

— Pamiętasz moją koronację na Zamku? Usiadłeś za stołem, przy którym zebrał się ród Pontifexa, i wypiłeś cztery albo pięć butelek muldemarskiego wina. Kiedy byłeś już kompletnie spity, zachciało ci się tańczyć. Wstając potknąłeś się o nogę kuzyna Elzandira. Wyłożyłeś się jak długi i gdybym cię nie odciągnął, biłbyś się z nim natychmiast. Przypominasz sobie to zdarzenie? A czy znałbym je, będąc jakimś parweniuszem z Zimroelu, który usiłuje zawładnąć Zamkiem Lorda Valentine'a?

Heitluig spurpurowiał.

— Mój panie…

— Wreszcie wymówiłeś te słowa z przekonaniem! — Valentine klepnął księcia po ramieniu. — W porządku, Heitluigu Okaż mi pomoc, a kiedy przybędziesz do Zamku świętować mój powrót, dostaniesz następnych pięć butelek dobrego muldemara. Mam nadzieję, że będziesz bardziej wstrzemięźliwy niż ostatnim razem.

— Panie mój, czym mogę ci służyć?

— Powiedziałem ci już: potrzebujemy świeżych owoców i mięsa. Rachunki wyrównamy, kiedy znów będę Koronalem.

— Zgoda. Tylko czy na pewno nim będziesz?

— Co to ma znaczyć?

— Armia, która czeka na wyżej położonych terenach, wcale nie jest taka mała, mój panie. Lord Valentine — to znaczy ten, który głosi się Lordem Valentinem — zbiera w celu obrony zamku setki i tysiące obywateli.

Valentine ściągnął brwi.

— A gdzie ta armia stacjonuje?

— Między Erstud Grand a Bombifale. Miasta Strażnicze są już zajęte; wszystkie położone wyżej też. Z Góry popłyną rzeki krwi, mój panie.

Valentine odwrócił się, zasłoniwszy oczy. Jego duszę wypełniły ból i przerażenie. To było nieuniknione i wcale go nie zaskoczyło, spodziewał się tego od początku. Dominin Barjazid nie przeszkadzał mu w marszu przez dolne regiony, bo pośpiesznie przygotowywał obronę Zamku. Co więcej, miał zamiar użyć przeciwko niemu jego królewskiej straży; szlachetnie urodzonych rycerzy, z którymi Valentine razem się wychowywał. W pierwszych szeregach staną przeciwko niemu Stasilaine, Tunigorn, kuzyn Mirigant, Elidath, Diwis, syn jego brata…

Po raz kolejny ogarnęły go wątpliwości Czy powinien przelewać cudzą krew i skazywać ludzi na śmierć po to tylko, by odzyskać tron? A jeśli utracił go z woli bogów? A jeśli teraz tej woli się sprzeciwi, to czy nie spowoduje straszliwego kataklizmu? Nie sprowadzi na siebie mrocznych, oskarżających snów? Czyjego serce nie będzie rozdarte na zawsze, a imię wyklęte?

Jeszcze mógłby zawrócić, jeszcze mógłby uniknąć konfrontacji z siłami Barjazida, jeszcze mógłby pogodzić się z wyrokiem, jaki zsyła na niego przeznaczenie, mógłby…

Nie.

Walka z samym sobą już raz została rozstrzygnięta. Fałszywy Koronal, małostkowy, nędzny i niebezpieczny, zajmował najwyższe stanowisko w państwie; rządził bezprawnie i nierozważnie. Nie można pozwolić na taki stan rzeczy. Nic innego nie ma znaczenia.

— Mój panie? — rzekł Heitluig. Valentine popatrzył na diuka.

— Myśl o wojnie sprawia mi ból, Heitluigu. — Nikt się nią nie zachwyca, mój panie.

— Jednak czasami jest konieczna dla uniknięcia większego zła. Myślę, że taki czas nadszedł.

— Na to wygląda.

— Zatem przyznajesz, że jestem Koronalem? — Jak mógłbyś wiedzieć o moim pijaństwie podczas koronacji, będąc oszustem?

— I będziesz walczył u mego boku na obszarach powyżej Erstud Grand?

Heitluig spojrzał na niego poważnie.

— Oczywiście, mój panie. Ile wojska ma wystawić Bibiroon?

— Powiedzmy, pięć tysięcy. Nie chcę prowadzić na Górę olbrzymiej armii. Wystarczy mi wierna i waleczna.

— Możesz liczyć na tyle, mój panie, a nawet na więcej, tylko zażądaj.

— Nie, więcej nie chcę, Heiduigu. Dziękuję ci za zaufanie. Zajmijmy się teraz świeżymi owocami i mięsem!

Rozdział 9

Postój w Bibiroon zabrał tylko tyle czasu, ile Heitluig potrzebował na zgromadzenie swoich oddziałów i zaprowiantowanie całej armii. I znów ruszyli w górę, wyżej, wciąż wyżej. Valentine jechał w awangardzie razem z nieodłącznymi przyjaciółmi z Pidruid. Cieszył się, widząc w ich oczach jednocześnie zachwyt i lęk, cieszył się patrząc na płonącą podnieceniem twarz Shanamira, na pełną uniesienia Carabellę, cieszył się słysząc, jak gburowaty Zalzan Kavol nieustannie pomrukuje i burczy, zdziwiony okazałością Góry Zamkowej.

A jak bardzo sam czuł się uskrzydlony na myśl o powrocie do domu!

Im wyżej się wznosili, tym słodsze i czystsze stawało się powietrze, ponieważ z każdym krokiem byli bliżej maszyn, które podtrzymywały wieczną wiosnę na Górze. Wkrótce ich oczom ukazały się odległe zarysy Miast Strażniczych.

— Nie do uwierzenia — szepnął Shanamir ochryple. — Jaki wspaniały widok…

1 ... 123 124 125 126 127 128 129 130 131 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)