Honor ponad wszystko [Echoes of Honor - pl]
- Автор: Вебер Дэвид Марк
- Год: 2003
- Язык: польский
- Год: REBIS
- ISBN: 83-7301-389-X
- Переводчик: Jaroslaw Kotarski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Honor ponad wszystko [Echoes of Honor - pl]». Краткое содержание книги:
Tymczasem na Hadesie, planecie więziennej, Honor leczy rany odniesione w trakcie ucieczki. O tym, że przeżyła, wiedzą jedynie dwie osoby. Dzięki pomocy więźniów Harrington opanowuje planetę i obiecuje zabrać ich ze sobą. Jest tylko jeden problem — uwięzionych jest prawie czterysta tysięcy, a ona ma zwyczaj dotrzymywać słowa.
Była to jedyna, niezmienna zasada polityki zagranicznej Ligi Solarnej od tysiąc czterysta dziesiątego roku Po Diasporze. I Liga pięć razy udowodniła, że traktuje ją absolutnie dosłownie.
Pierwsze dwa wieki po wynalezieniu żagli Warshawskiej, które umożliwiły prowadzenie wojny międzyplanetarnej, były okresem, w którym wydarzyło się więcej ludobójstw i okrucieństw niż przez całe wcześniejsze dzieje ludzkości. Należały do nich również ataki na bezbronne planety zakończone masakrami mieszkańców. Gdyby do podobnych sytuacji doszło obecnie, gdy siła mszcząca broni pokładowej niepomiernie wzrosła, straty byłyby nieporównywalnie większe. Już bowiem krążownik liniowy dysponował wystarczającą siłą ognia, by zniszczyć każde miasto, miasteczko czy osadę na powierzchni dowolnej planety. I nawet nie musiałby do tego celu używać głowic nuklearnych, wystarczyłyby rakiety jako broń kinetyczna.
Pierwszy raz jej skuteczność udowodnił tak zwany „sposób Heinleina” zastosowany przez zbuntowanych ziemskich kolonistów w czasie Rewolty Lunarnej w trzydziestym dziewiątym roku Przed Diasporą. Koloniści zbombardowali wówczas Ziemię promami księżycowymi wypełnionymi skałami, które po wejściu w studnie grawitacyjne planety nabrały wystarczającej prędkości, by wyrządzić poważne szkody. Rakieta zdolna osiągać przyspieszenie rzędu osiemdziesięciu tysięcy g była znacznie groźniejsza od takiej samoróbki. A reszcie planety zaszkodziłaby minimalnie, dzięki czemu doskonale nadawałaby się do ponownego zasiedlenia. Tym razem przez kolonistów strony bombardującej.
Tyle że Liga Solarna po doświadczeniach z taką właśnie sytuacją na jednej z planet członkowskich postanowiła zająć się tą sprawą. I zajęła się. Efektem był ogłoszony przez nią edykt eridański włączony jako 97 poprawka do konstytucji Ligi. W masakrze na Epsilon Eridani zginęło siedem miliardów ludzi. Liga nie zapomniała o nich do dziś, toteż nikt, kto miałby choć resztki zdrowego rozsądku, nie ryzykowałby zemsty Ligi, która była równie pewna co błyskawiczna, naruszając tenże edykt.
Tourville wziął się w garść — cały ten problem nie miał znaczenia, jako że nie zamierzał ostrzeliwać Zanzibaru. A był najwyższy czas, żeby przestać się martwić odległą i niegroźną Marynarką Ligi, a zacząć bliską i jak najbardziej niebezpieczną Royal Manticoran Navy i jej sojusznikami.
— Powiedziałaś, że chciałaś go zmusić, więc chyba jesteś zadowolona? — zauważyła Jackie Harmon, opierając się o ścianę windy.
I przyglądając się spod oka Alice Truman, która wraz z nią jechała do sali odpraw skrzydła.
— Jestem — zgodziła się zapytana. — Choć przyznaję, że mnie rozczarował. Myślałam, że stać go na więcej.
— Proszę?! — zdumiała się Harmon. — Zwiększył możliwość wykrycia nas o osiemdziesiąt pięć procent, zmniejszył naszą możliwość pasywnej obrony antyrakietowej mniej więcej o tyle samo, a możliwości aktywnej o czterdzieści procent. To na co jeszcze niby miałoby go być stać?!
— A, nie: jeśli o to chodzi, to przyznaję, że zrobił dobrą robotę — uśmiechnęła się Truman. — W tych ćwiczeniach postawi na swoim i zniszczy większość twoich kutrów, choć podejrzewam, że twoje załogi są znacznie lepsze, niż on sądzi, więc oberwie bardziej, niż się spodziewa. Nie o to mi chodziło, gdy mówiłam, że mnie rozczarował… Poszedł na łatwiznę i zastosował czysto siłowe, brutalne rozwiązanie. Które będzie mu naprawdę trudno wytłumaczyć, kiedy Adcock i Caparelli wezmą go pod lupę i zaczną zadawać pytania.
Winda zatrzymała się, drzwi się otwarły, ale Truman to nie przeszkadzało. Ciągnęła dalej, wychodząc na korytarz, tyle że znacznie ciszej:
— Ograniczanie możliwości pasywnej obrony przeciwrakietowej to najbardziej arbitralna zmiana, jaką mógł wprowadzić. I równocześnie całkowicie nieuzasadniona w świetle analiz wywiadu dotyczących możliwości Ludowej Marynarki nie tylko na dzień dzisiejszy, ale także na najbliższą przyszłość. Tak się tym pięknie wystawił, że prawie mi go żal…
— Tak? — prychnęła Harmon, przyglądając się jej z ukosa. — A mnie to ci nie żal?! Czuję się jak kurczak zaproszony na obiad, więc pozwolisz, że nie będę się zmuszać, by podzielić twe współczucie dla tego biedaka.
— Chyba pozwolę — westchnęła ciężko Truman, omal nie wywołując echa tym westchnieniem.
Dotarty do drzwi sali odpraw, które automatycznie się przed nimi otworzyły.
— Baczność! — warknął komandor McGyver na ich widok.
Wraz z Barbarą Stackowitz rozpoczęli już wstępną odprawę i Harmon uśmiechnęła się ponuro, widząc miny zgromadzonych. Najwyraźniej dobrze wyliczyła czas swego przybycia wraz z kapitanem Minotaura — zebrani już znali miłe wiadomości dotyczące ćwiczeń.
— Spocznij — poleciła Truman.
Zebrani bez słowa usiedli, przyglądając się obu nowo przybyłym w równym stopniu z uwagą co z ostrożnością. Truman podeszła do swego fotela i usiadła w nim bez słowa — była co prawda pierwszym po Bogu na okręcie, ale odprawa stanowiła domenę Harmon. Ta także, milcząc, zajęła miejsce i pochyliła się, opierając ręce o blat stołu, i przyjrzała się podkomendnym.
— Jak rozumiem, najgorsze już wiecie — powiedziała po paru sekundach ciszy. — Tak, atakujemy ze sztucznie narzuconymi ograniczeniami w elektronice i dokopią nam tym razem. Ale nie będziemy robić wyłącznie za ruchomy cel. I dlatego…
Przerwał jej ostry, świdrujący dźwięk interkomu zarezerwowany tylko dla wiadomości najwyższej wagi. Stackowitz najszybciej nacisnęła klawisz uaktywniający połączenie i sygnał urwał się z jękiem, a na ekranie pojawiła się twarz pierwszego oficera lotniskowca.
— Komandor Stackowitz, sala odpraw skrzydła — przedstawiła się. — W czym mogę pomóc, sir?
— Szukam kapitan, pani komandor — odparł zwięźle komandor Haughton.
Pochodził z planety Gryphon, co zawsze było słychać, ale tym razem znacznie silniej niż zwykle. Truman zmarszczyła brwi i podeszła do fotela Stackowitz, po czym pochyliła się tak, by znaleźć się w polu widzenia kamery.
— O co chodzi, John?
— Jest pani potrzebna na mostku, ma’am — poinformował ją zwięźle. — System wczesnego ostrzegania właśnie zameldował o dużym śladzie wyjścia z nadprzestrzeni. Jak na razie są to niezidentyfikowane siły, ale kierują się w głąb systemu z przyspieszeniem czterech kilometrów na sekundę kwadrat i nie nadały kodu identyfikacyjnego… Nie wiem kto to, ma’am, ale na pewno nie nasi.
Rozdział XXXIV
— Kapitan na mo… — zaczął kwatermistrz i urwał, widząc gwałtowny gest Truman, która wypadła z windy jak przeciąg i była już prawie w połowie drogi do swego fotela.
— Mów do mnie, Al! — warknęła pod adresem oficera taktycznego, nie zwalniając kroku.
— Wyszli z nadprzestrzeni pięć minut temu, ma’am — zameldował komandor Jessup — prawie w płaszczyźnie ekliptyki tuż poza granicą wyjścia. I skierowali się prosto w głąb systemu. W tej chwili są oddaleni od słońca o sześćset pięćdziesiąt sześć sekund świetlnych i znajdują się w namiarze 0-0-3 na 0-9-2 względem bazy Hancock. Od orbity dzielą ich trzysta pięćdziesiąt dwie sekundy świetlne. Mają prędkość jedenaście tysięcy dwieście jeden kilometrów na sekundę i przyspieszenie cztery kilometry na sekundę kwadrat.
— Hmm… — mruknęła Truman, siadając w swoim fotelu, który McGyver opuścił, gdy tylko znalazła się na mostku.