Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]

Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:

Imperium szykuje się do wojny z Yezd, ale pojawia się nowe zagrożenie — bunt księcia Draxa i jego wojsk. Zdrada najemników doprowadza Videssos na skraj katastrofy i tylko talent dowódczy Marcusa Scaurusa i zręczna dyplomacja jego sprzymierzeńca zamieniają klęskę w zwycięstwo. Jednak Imperium Videssos w dalszym ciągu czeka walka z Yezd, Do odległej krainy potężnych koczowników wyrusza poselstwo, które ma pozyskać ich pomoc. Jego droga najeżona jest niebezpieczeństwami, o sojusz z koczownikami stara się również Yezd…
1 ... 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130
Перейти на страницу:

— Wasza Wysokość… nie, Alypio. — Marek poprawił się, zanim ona zdążyła to zrobić. — Wszystko co sobie zaplanowałem, to kompletnie się urżnąć. Jeżeli nie będzie ci to przeszkadzać ani ty nie będziesz chciała przeszkodzić mi, to oczywiście będzie mi bardzo miło. W innym wypadku, spotkamy się kiedy indziej.

Spodziewał się, że ta nieco bezczelna szczerość zniechęci ją do jego towarzystwa, ale ona powiedziała wesoło:

— Kapitalny pomysł. Gdzie chciałeś pójść? Podniósł brwi.

— Nie planowałem tego aż tak dokładnie. Może się trochę powłóczymy?

— Czemu nie?

Ruszyli razem w dół Ulicy Środkowej, oddalając się od kompleksu pałacowego. Miasto wokół nich hucznie się bawiło. Przy każdej przecznicy płonęły ogniska, a kobiety i mężczyźni skakali nad nimi — na szczęście. Niektórzy chichocząc się bez przerwy, nosili ubrania, które nie pasowały do ich płci. Skaurus został niemal znokautowany, gdy zderzył się z grubym, brodatym facetem w spódnicy.

— Uważaj trochę — burknął, choć bez wrogości.

Alypia, która rozumiała ból trybuna, gdyż sama przeszła przez podobne cierpienie, świadomie trzymała się neutralnych tematów, nie chcąc go urazić. Nie zauważając nawet jej taktu, Skaurus przyjmował to z zadowoleniem.

— Co ten twój Kourkouas sądził o Yezda? — spytał.

— Był przerażony, i to zarówno przez siłę ich łucznictwa jak i okrucieństwo. Vaspurakanerzy sądzili na początku, że to jakieś plemię demonów. Niektórzy z naszych myśleli, że to kara zesłana na Vaspurakanerów za ich upartą herezję. Oczywiście, dopóki Yezda nie napadli także na Videssos.

— No tak, to nie bardzo sprzyjało tej interpretacji — zgodził się trybun. Mówił z ostrożnym dystansem, nie będąc do końca pewnym, jaki jest stosunek Alypii do religii. Jednak z tego, co dotąd widział, jej pobożność podobna była raczej do łagodnej pobłażliwości Balsamona niż ciasnego fanatyzmu Zemarkhosa czy Styppesa. Mówił więc dalej:

— Ja też mogłem wziąć ich za diabły po tym, co robili w czasie kampanii pod Maragha. A jednak Yavlak i jego Yezda spod Garsavry, choć to też łajdaki i bandyci, wcale nie różnią się od zwykłych ludzi. Na pewno woleli odsprzedać mi jeńców z Namdalen, niż torturować ich w imię Skotosa.

Ale ta dygresja przypomniała mu o tym, co zdarzyło się potem. Szybko zmienił temat.

— Powiedz mi — zaczął, machnięciem ręki wskazując na plac, do którego się zbliżali — dlaczego to miejsce nazywa się Placem Wołów? Nigdy nie mogłem się tego dowiedzieć, choć żyję tu już tyle czasu.

— Obawiam się, że cię rozczaruję. Wiele lat temu, kiedy Videssos było jeszcze niemal wioską, był to rynek, na którym handlowano bydłem.

— I to wszystko? — zdziwił się.

— Dokładnie. — Alypia spojrzała na niego z rozbawieniem. — Bardzo się zawiodłeś? Mogę wymyślić jakąś ładną bajeczkę, jeśli chcesz, z niesamowitą fabułą, czarownikami, smokami i tonami skarbów, ale to będzie tylko bajka. Czasami rzeczy są o wiele prostsze, niż nam się wydaje.

— Mam o co prosiłem, dziękuję — zawahał się. — Ale naprawdę ani jednego czarownika?

— Ani jednego — powiedziała stanowczo.

Przeszli przez Plac Wołów, trzy razy mniejszy i tyleż mniej imponujący niż Palamas, ale tak samo zatłoczony. Tutejsi birbanci stanowili bardziej pstrokatą i różnorodną grupę niż bogaci obywatele, którzy bawili się w południowych dzielnicach miasta. Piosenki były weselsze, dowcipy bardziej pikantne, śmiech głośniejszy. Było tu sporo miejskich twardzieli w trykotach i tunikach z bufiastymi rękawami. Zgodnie z nową modą niektórzy golili tył głowy, jak najemnicy z Namdalen.

Za placem zaczynała się dzielnica kotlarzy. Sklepy na Ulicy Środkowej były teraz zamknięte, ukrywając dzbany i misy, talerze i dzwonki za mocnymi drewnianymi okiennicami. Nie słychać było także uderzeń młotków, czy syku polewanego wodą metalu. Alypia odwróciła się do niego.

— Masz dziwny sposób na upijanie się, Marku. A może chcesz, żebyśmy doszli do samych murów?

Trybun zarumienił się, jednocześnie zawstydzony swą niezręcznością i ucieszony, że księżniczka wciąż mówi mu po imieniu. Poznała rzymskie zwyczaje na tyle, by wiedzieć, że tak zwraca się tylko do bliskich przyjaciół i pomimo jego upadku nie zarzuciła tego. Przypomniał sobie przysłowie — prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.

— Jak sobie życzysz — powiedział raz jeszcze, tym razem tonem zgody, a nie rezygnacji. Oprócz sklepów ciągnących się wzdłuż Ulicy Środkowej, Skaurus prawie nie znał dzielnicy kotlarzy. Kiedy opuścili centralny trakt, poczuł się jak w zupełnie innym, obcym świecie. Rzemiosło kotlarskie zdominowane było przez ludzi, których przodkowie pochodzili z Makuran, i większość z nich wciąż podtrzymywała stare zwyczaje z zachodu. Mniej ognisk szczęścia płonęło w tej części miasta. Kilkakrotnie Marek zauważył cztery pionowe, równoległe linie narysowane węglem, albo kredą na ścianach.

Podążając za jego wzrokiem, Alypia powiedziała:

— Znak Czterech Proroków Makuran. Niektórzy czczą ich do dzisiaj, choć nie ośmielają się robić tego otwarcie, ze strachu przed mnichami.

Ironia losu — pomyślał Marek — że Makurani w Videssos prześladowani byli przez wyznawców Phosa, a w samym Makuran — teraz Yezd — przez czcicieli Skotosa.

— A co ty o nich sądzisz? — spytał, mało oryginalnie. Alypia odpowiedziała bez namysłu:

— Ich wiara nie jest moją, ale nie uważam, by byli gorsi z tego powodu.

— Słusznie — zgodził się zadowolony, że dobrze ją osądził. Balsamon powiedział Rzymianinowi niemal to samo, kiedy legion pojawił się w Videssos. Większość ich rodaków, przekonanych święcie o swej nieomylności, nazwałaby taką tolerancję bluźnierstwem.

Przez jakiś czas spacerowali po labiryncie bocznych uliczek dzielnicy, odrzucając kolejne knajpy — jedną, bo pełna była podejrzanych typów, którzy spoglądali na nich złym wzrokiem, drugą bo cuchnęła zjełczałym olejem, a trzecią ze względu na szyld, na którym otwarcie wyrysowano cztery pionowe linie. Marek tak samo nie życzył sobie spotkania z fanatykami z Makuran, jak z ich vides-sańskimi rywalami.

Wylądowali w końcu w karczmie mieszczącej się w porządnym, piętrowym budynku, której szyld nie zawierał żadnych ukrytych znaczeń, religijnych czy politycznych, będąc po prostu kiczowatym obrazkiem z grubym, wesołym facetem siedzącym za obficie zastawionym stołem. Nie wszystkie zapachy, które wydobywały się zza drzwi były znajome, ale wszystkie zdawały się przyjemne i pobudzały apetyt.

Kiedy weszli do środka, okazało się, że niemal wszystkie gęsto rozstawione stoliki są zajęte. Rozczarowany Skaurus rozejrzał się dokoła i dostrzegł mały, pusty stolik ustawiony przy ścianie obok otwartej kuchni.

— Doskonale! — powiedział, i zaczął się przepychać przez tłum, prowadząc za sobą Alypię. W lecie, ciepło bijące od pieców i rożnów byłoby nie do zniesienia, ale w dzień Środka Zimy nie mogli trafić lepiej.

Trzech kelnerów krążyło bez przerwy pomiędzy kuchnią i stolikami, ale ze względu na natłok świątecznych gości, obsługa nie była tak szybka jak powinna. Trybun miał więc okazję przyjrzeć się klienteli. Byli to w większości zwykli Videssańczycy ani specjalnie bogaci, ani biedni. Kilka afektowanych par wystrojonych w stylu Makuran — mężczyźni z włosami i brodami kręconym w drobne loczki, w płaszczach dłuższych z tyłu; kobiety w lnianych kimonach, ozdobionych kolorowymi geometrycznymi wzorami, ze srebrnymi siateczkami na włosach. Wszyscy zdawali się weseli i przyjacielscy, jakby pozowali do wiszącego na zewnątrz szyldu.

W końcu dotarł do nich kelner.

1 ... 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)