Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]
- Автор: Тертлдав Гарри Норман
- Серия: Videssos (pl) #3
- Год: 1995
- Язык: польский
- Год: Amber
- ISBN: 83-7082-893-0
- Переводчик: Janusz Ochab
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Legion Videssos [The Legion of Videssos - pl]». Краткое содержание книги:
— A kto pozwolił uciec więźniom, będąc… będąc… — musiał pociągnąć spory łyk wina, zanim mógł mówić dalej — będąc na tyle ślepym, żeby nie zauważyć, iż jego kobieta wykorzystuje go jak woźnica muła? Ten palec także wskazuje na mnie, mój własny palec.
— Trudno zaprzeczyć, że twoja Helvis miała twardy orzech do zgryzienia, ale miałam o niej lepsze mniemanie. — Alypia starała się mówić spokojnie, ale nozdrza latały jej z oburzenia, kiedy wymawiała imię Helvis. — Ale żeby zrobić to, co ona, wykorzystując twoją miłość, jako broń przeciwko tobie… — Skrzywiła się z odrazą. — Wolałabym tego nie słyszeć. Nic dziwnego, że masz do mnie żal za namówienie Thorisina do tego przesłuchania.
— Żal do ciebie? — zdziwił się Skaurus, znowu powtarzając jej słowa. — Przecież dopiero co ci powiedziałem, że nie mam do ciebie żadnych pretensji. Robiłaś co mogłaś, żeby mi pomóc. Jak mógłbym cię za to winić? Ale… — przerwał by zebrać myśli — trudno mi się z tobą spotykać, nie wiem co mówić, nie wiem jak się zachowywać po tym, jak się przed tobą obnażyłem.
Delikatnie dotknęła jego dłoni. Pochyliła nisko głowę. Jej wzrok utkwiony był w blacie stołu, kiedy wyszeptała:
— Marku, ty także widziałeś mnie nagą.
Trybun przypomniał sobie jak stała w bezruchu, ze sztyletem Vardanesa Sphrantzesa przystawionym do gardła, jej szczupłe ciało osłonięte tylko przezroczystymi muślinami — jedyną rzeczą, jaką pozwolił jej nosić starszy Sphrantzes po tym, jak odebrał ją Ortaiasowi. Uścisnął mocno jej dłoń.
— To nie była twoja wina. To ten łajdak Vardanes.
— A czy Drax i jego kompani uciekli za twoim przyzwoleniem? — spytała Alypia, podnosząc na niego wzrok. — Oboje znamy odpowiedź. — Nie czekała na jego słowa. Patrzyła gdzieś w dal. Ona także przypominała sobie ten koszmar. — Dziwne — zadumała się — że powinnam być wdzięczna podłości Avshara, bo uwolnił mnie od tego oprawcy.
— Szybko się z nim załatwił, jak to zwykle on — powiedział Marek. — Vardanes zasłużył na coś gorszego niż taka zwykła śmierć.
Wzdrygnęła się, wciąż myśląc o przeszłości, ale potem próbowała się uśmiechnąć.
— Zostawmy to w spokoju. Przepraszam, że zaczęłam o tym mówić. — Jej dłoń nie wysunęła się z jego. Zastanawiał się, czy widzi tylko to, co chciałby zobaczyć — jak z Nevratą.
Safav, który podszedł właśnie do ich stolika, uśmiechnął się do siebie. Marek prawie go nie zauważył, mimo że postawił przed nimi pigwy. Kelner oddalił się niepostrzeżenie.
Trybun znów powrócił do wspomnień, choć jednocześnie był cały spięty. Przypomniał sobie jak trzymał Alypię w ramionach, gorący dotyk jej warg — na kilka sekund, dopóki nie przestraszyła się i nie odepchnęła go od siebie. Czy to wszystko zdarzyło się tak niedawno, jeszcze tej wiosny?
— Tak wiele się zmieniło — powiedziała cicho, znowu czytając w jego myślach. Milczała przez chwilę, potem wzięła głęboki wdech, jakby podejmując jakąś trudną decyzję. W końcu powiedziała: — To chyba dobrze, że nic z tego nie wyszło, prawda? Ja nie byłam jeszcze gotowa na… na… — Tym razem to ona przerwała, skonsternowana. Marek skinął głową pokazując, że rozumie. Podziękowała mu spojrzeniem i mówiła dalej; — A poza tym, ty miałeś zobowiązania, których nie mogłeś… nie powinieneś był zaniedbać.
— Czyżby? — powiedział gorzko. Na szczęście nie słuchała go, bo w równej mierze była zajęta sporem z samą sobą, jak rozmową z nim. Na jej twarzy pojawiła się determinacja, której mógłby jej pozazdrościć niejeden wojownik i przeszła do rzeczy, wymawiając oddzielnie każde zdanie. — Ale teraz powody, dla których się wahałeś, już zniknęły. Czyż nie tak? A co do mnie… — Znowu załamał jej się głos. W końcu zapytała go bardzo cicho: — Marku, czy chciałbyś znowu zobaczyć mnie nagą?
— Och, całym sercem! — odrzekł pospiesznie, ale za sekundę poczuł, że musi dodać: — Jeśli sądzisz, że możesz.
— Naprawdę, nie wiem — odparła. Zamrugała oczami, by powstrzymać łzy. — Ale gdybyś nie był kimś, kto potrafi powiedzieć taką rzecz, na pewno bym nie mogła. — Pomimo swej determinacji, nie mogła opanować drżenia rąk. Spojrzał na nią pytająco. Skinęła szybko i gwałtownie.
Niemal zanim trybun zdążył przywołać Safava, ten już przy nim stał. Kelner nachylił się szepcząc mu do ucha.
— Na piętrze jest pokój, gdyby państwo sobie życzyli.
— A niech mnie! — powiedział Rzymianin. — Moja głowa musi być dzisiaj przezroczysta jak szkło. — Pogrzebał w sakiewce i wcisnął monetę w dłoń Safava.
— Mój panie? — wyjąkał młody kelner. — To o wiele za dużo!
— Weź — powiedział krótko Marek. Sztuka złota mniej czy więcej wydawała się tu i teraz zupełnie bez znaczenia. Safav zgiął się niemal w pół w ukłonie.
— Drugie drzwi na prawo od schodów — powiedział. — W środku jest zapalona lampka, w piecu drewno, świeże siano w materacu i czysta pościel. Przygotowaliśmy się na dzisiaj.
— Dobrze.
Alypia i Marek wstali od stolika. Podeszła do niego. To, że objął ją ramieniem, wydało mu się najnaturalniejszą rzeczą w świecie. Safav pochylił się jeszcze raz, tylko po to, by poderwać się do góry, gdy ktoś zawołał go do siebie. Wzruszył komicznie ramionami i popędził do klienta.
Jeden z mężczyzn w makurańskim ubraniu wydał z siebie jakiś zapity okrzyk, gdy Skaurus i Alypia weszli na schody. Czując jak drżą jej ramiona, trybun spojrzał groźnie na hulakę, który uśmiechał się do niego z pijacką serdecznością. Ona jednak prowokacyjnie uniosła głowę i zdobyła się nawet na uśmiech. Podniósł wyprostowany kciuk — znała rzymskie zwyczaje na tyle, by zrozumieć pochwałę. Miał ochotę uściskać ją już teraz, na schodach, ale powstrzymał się wiedząc, że to zmieszałoby ją jeszcze bardziej.
Pokój, który im wskazano, był malutki, ale oni nie potrzebowali niczego więcej. Marek zaryglował drzwi przy bladym świetle lampki, stojącej na szafce przy łóżku. Szybko rozpalił ogień w kominku — okiennice chroniły komnatę przed mroźnym powietrzem z zewnątrz, ale chłód wciskał się wszelkimi możliwymi szparami.
Alypia stała w bezruchu na środku pokoju, kiedy on wszystko przygotowywał. Gdy zrobił krok w jej kierunku, zaczęła się tak trząść, że natychmiast cofnął się z powrotem.
— Nic się nie stanie, jeżeli ty tego nie zechcesz — obiecał. Praktyczny, jak każdy Rzymianin, musiał dodać: — Ogrzej sobie dłonie, bo zimno tu jak w psiarni.
Odsunął się na bok, by zrobić jej miejsce przy kominku. Pochyliła się nad ogniem, kierując się jego radą.
Po chwili, nie odwracając się do niego, powiedziała:
— Zgaś lampkę.
Skaurus zdmuchnął płomień, który rozjarzył się na moment, a potem zniknął. Tylko rozżarzone bierwiona oświetlały teraz pokój. Pobielone ściany nabrały koloru krwi.
Czekał. Podeszła do niego powoli, niemal z trudem, jakby jej dało było narowistym koniem, którego trzeba do wszystkiego przymuszać. Kiedy położył ręce na jej ramionach, nie odsunęła się, ale podniosła do niego twarz. Dziwny był to pocałunek — choć jej wargi i język były tak namiętne jak jego, stała sztywno i Marek nie ośmielił się jej objąć.
Odsunęła się na chwilę, przyglądając mu się w półmroku.
— Jak żołnierz może być tak delikatnym człowiekiem? — spytała.
Nigdy tak o sobie nie myślał, ale zdążył się już nauczyć, że ona traktowała takie pytania poważnie. Wzruszając ramionami odparł:
— Wiesz, że wojsko to nie jest moje prawdziwe powołanie. A poza tym — dodał miękko — nie wojuję z tobą.