Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Боевая фантастика » Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]

Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:

Mieliśmy prosty wybór: albo będziemy mięsem armatnim, albo... po prostu mięsem. Mogliśmy wysłać nasze wojska i walczyć — tak, jak tylko ludzie potrafią — z rozszalałą hordą, która dosłownie żywiła się łupami swoich międzygwiezdnych podbojów; mogliśmy też czekać, bezbronni, aż zostaniemy pożarci.
Wybraliśmy walkę.
1 ... 119 120 121 122 123 124 125 126 127 ... 167
Перейти на страницу:

Trzech żołnierzy wrzuconych w sam środek oddziału Posleenów należało do kompanii Alfa, pancerzy w konfiguracji Ponurego Żniwiarza. Dowódca plutonu, zdając sobie sprawę, że może im się w drodze przydać wsparcie bliskiego zasięgu, zadecydował o zamocowaniu na pancerzach działek strzałkowych.

Każde z nich, złożone z dwunastolufowych karabinów strzałkowych było w stanie wystrzelić czterdzieści tysięcy stalowych drzazg na minutę. Jak wszystkie systemy podobnej klasy, tak i Ponury Żniwiarz wyczerpywał całą amunicję po niecałych sześciu minutach prowadzenia ognia. Żołnierze wyposażeni w tą konfigurację sprzętu nie lubili oddalać się od zapasów amunicji.

Dwóch strzelców, dzięki połączeniu szczęścia ze zwinnością, wylądowało na własnych nogach, praktycznie rzecz biorąc obok siebie i w samym środku Posleenów. Większość centaurów, po których się przetoczyli, już nie żyła albo zajęta była umieraniem, ale ci przed nimi już otrząsali się z szoku i ruszyli do ataku w chwili, gdy działka otworzyły ogień.

Opuszczając lufy obaj żołnierze stanęli plecami do siebie i obracając się w miejscu plunęli stalowym huraganem zniszczenia. Każdy Posleen na jego drodze rozpryskiwał się, rozszarpany nawałą hiperszybkich pocisków.

Dwóch żołnierzy jednak nie było w stanie pokryć ogniem całej okolicy. Posleeni rzucili się na parę niosących śmierć derwiszów, tnąc monomolekularnymi ostrzami. W ułamku chwili obaj Ponurzy Żniwiarze zostali porąbani na ćwierci.

Ich ofiara nie poszła jednak na marne — Posleeni stracili na nich zbyt długą chwilę. Chwilę, która pozwoliła pozostałym żołnierzom w pancerzach wspomaganych pozbierać się i odzyskać zdolność działania.

Nim Posleeni zdołali zareagować, żołnierze wyciągnęli swoje karabiny grawitacyjne i otworzyli ogień.

W obcych uderzył huragan srebrnych błyskawic. Wszechwładca stracił większość oolt na Market Crossing. Kiedy tsunami ognia trafiło w podległe mu niedobitki, zmiotło je w ciągu sekund. Kilka niecelnych strzałów Posleenów trafiło w pustkę.

Pechowy Wszechwładca próbował uciec przed nasilającą się falą relatywistycznego ostrzału, ale został zdjęty z nieba przez ogień broni tuzina żołnierzy. Detonacja energetycznej matrycy została przyćmiona przez tysiące kinetycznych pocisków, których trajektorie zbiegły się w miejscu, w którym jeszcze niedawno unosił się spodek. Po Wszechwładcy pozostał jedynie rozwiewany przez wiatr swąd spalenizny.

Podpułkownik Calvin Bishop wygrzebał się z rozbitej kabiny trzeciej ciężarówki i usiadł na zdewastowanych drzwiach. Jego inteligentny przekaźnik kalkulował już straty. Oficer skrzywił się, kiedy spojrzał na raport. Batalion był w zasadzie zdolny do dalszej akcji — straty były niewielkie — ale zasadzka na spustoszonym Blue Ridge miała bardzo złe konsekwencje.

Znajdowali się w szczerym polu, trzydzieści mil od frontu, i mieli już cztery godziny opóźnienia. Podpułkownik nie łudził się, że jego batalion może sam wpłynąć na wynik bitwy, ale wiedział, że jeśli dotrą na czas do dziewiątego korpusu, mogą przynajmniej pomóc żołnierzom w ewakuacji. Stawało się to już tradycją oddziałów pancerzy wspomaganych.

Przez chwilę jeszcze zastanawiał się nad sytuacją, po czym zerwał się i zaczął wydawać dowódcom swoich kompanii rozkazy.

Musieli zdążyć na bitwę.

53

Alexandria, Wirginia, Stany Zjednoczone Ameryki, Sol III
22:46 letniego czasu wschodniego USA
10 października 2004

Wielebny O’Reilly zastanawiał się, co powinien ze sobą zabrać.

Do jego domku w Arlington szybko zbliżali się Posleeni i był pewien, że większość następnych kilku dni spędzi uciekając pieszo.

Z tak wieloma rzeczami nie chciał się rozstawać. Z kolekcją książek i manuskryptów pochodzących jeszcze z dwunastego wieku.

Z antykami i znaleziskami archeologicznymi z całego świata. Ze skomplikowanym sprzętem elektronicznym do rozszyfrowywania sekretów starożytności i współczesnych czasów. Prawdopodobnie część z tych rzeczy i tak trzeba będzie zniszczyć.

Wreszcie doszedł do wniosku, że jedyny prawdziwy skarb kryje się w jego głowie, więc włożył do torby tylko kilka par skarpetek, żelazne racje i butelkę wody. Po raz ostatni rozejrzał się po swoim wygodnym pokoju, uruchomił sekwencję samozniszczenia i wyszedł.

Nawet nie zadał sobie trudu, żeby zamknąć za sobą frontowe drzwi.

Zastanawiał się, czy iść pieszo, czy przejechać pół mili do drogi stanowej numer 123 samochodem. W końcu postanowił pojechać.

Powinien oszczędzać swoje siły, a ruch uliczny mógł się już zmniejszyć. Zarzucił torbę na ramię i ruszył w kierunku najnowszego modelu buicka. Zamarł jednak nagle, gdy z mroku wyłonił się ciemny suburban ze zgaszonymi światłami. Samochód zahamował przed domem.

Wielebny zrobił błyskawiczny rachunek sumienia, zastanawiając się, czy w domu jest coś, co mogłoby go obciążać. Szybko jednak doszedł do wniosku, że dla przybyszów i tak nie ma to pewnie żadnego znaczenia. W tym momencie tylne drzwi samochodu uchyliły się, a lampa pod sufitem kabiny oświetliła Indowy Aeloola i Paula des Jardinsa.

— Wsiadaj — rzucił Paul.

O’Reilly’emu przemknęło przez głowę, że to może być pułapka, ale pospieszył w stronę suburbana.

Krępy kierowca ruszył bez słowa w kierunku przeciwnym do drogi stanowej numer 123.

— Wszystko przygotowaliśmy — powiedział Indowy. — Przy Burke Run czeka na nas himmicki statek zwiadowczy.

— Jest tylko jeden problem — powiedział des Jardins, wskazał podbródkiem na Indowy i odwrócił głowę w stronę okna.

O’Reilly uśmiechnął się do siebie, zauważając obok nóg Paula dużą torbę, w której mogła być tylko broń. Można było wyciągnąć człowieka z DGSE, ale nie było szansy, aby usunąć DGSE z człowieka. Dłoń wsunięta pod drogą marynarkę z Saville Row bez wątpienia obejmowała jakieś śmiercionośne francuskie narzędzie.

— Istotnie — potwierdził mały Indowy. — Przechwyciliśmy rozkaz zlikwidowania pewnej osoby, pochodzący z biura Tirianina Dol Rona.

— Przechwyciliście? — zapytał jezuita z niedowierzaniem.

— Bane Sidhe jest bardzo starożytne i ma pośród Indowy wielu zwolenników — oświadczył niewielki kosmita. Jego nietoperza twarz zmarszczyła się w grymasie tak złożonym, że nawet O’Reilly, będąc uczonym człowiekiem, nie potrafił go rozszyfrować. Wydawał się w części wyrażać zadowolenie, a w części zniecierpliwienie. — Nasza nieskuteczność w akcjach bezpośrednich wynika z tych samych powodów, co u Darhelów. Nasza reakcja jest zatem jak zwykle odbiciem ich reakcji, niech brudną robotą zajmą się ludzie.

— Na naszą hańbę — parsknął były agent DGSE.

— Zdaję sobie sprawę, że różnica często polega nie na realizacji, ale na wyznaczonych celach — powiedział oschle O’Reilly. — Jednak co my mamy wspólnego z rozkazem likwidacji? Czy dotyczy ona członka Societe? A może o kogoś z Franklinsów?

— Nie — stwierdził Indowy już z innym grymasem na twarzy. — Chodzi o kogoś, kto nic nie wie o działalności tych koterii. Bane Sidhe ma u tej osoby dług do spłacenia. Co więcej, uważamy, że może ona być silnym czynnikiem destabilizującym poczynania Darhelów.

— Nie warto narażać Societe dla jednej osoby — stwierdził stanowczo wielebny.

— Zwykle nie. Ale ten ktoś wiele razy udowodnił, że jest wyjątkowy. No i Bane Sidhe o to prosiła. Myślę, że to i tak niewiele w porównaniu z tym, co my zrobiliśmy dla Societe!

1 ... 119 120 121 122 123 124 125 126 127 ... 167
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)