Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]
- Автор: Ринго Джон
- Год: 2004
- Язык: польский
- Год: ISA
- ISBN: 83-88916-73-4
- Переводчик: Przemyslaw Bielinski
- Жанр: Боевая фантастика
Электронная книга - «Pierwsze uderzenie [Gust Front - pl]». Краткое содержание книги:
Wybraliśmy walkę.
— A co ty na to, Paul?
— Wszystkie nasze zespoły Marion są teraz na północnym wschodzie. W przeciwnym razie my byśmy się tym zajęli.
— Więc twoim zdaniem warto zaryzykować. W czym mam wam pomóc? — spytał ostrożnie jezuita.
— Potrzebujemy Zespołu Conyers.
Wielebny uśmiechnął się lekko, starając się ukryć zaskoczenie.
Miał nadzieję jak diabli, że do hierarchii kościelnej Darhelowie aż tak głęboko nie przeniknęli.
Mnich przyklęknął i skosztował winogron. Przez chwilę poruszał ustami, żeby ocenić ich smak. Plon trzeba będzie już wkrótce zebrać, potem może być za późno. Wprawdzie winogronom brakowało odrobiny słodyczy, ale przecież w tak gorzkich czasach wino nie może być słodkie. Lekki, nocny wiatr radował jego duszę. Noc była wciąż taka sama, nawet gdy świat dookoła się rozpadał.
Podniósł się z ziemi, kiedy jeden ze starszych braci zbliżył się do niego i bez słowa poprowadził w kierunku klasztornego dziedzińca. Mnich zobaczył, że zbierają się tam także inni bracia, i pomyślał, że widocznie zostanie ogłoszona nowa misja.
Pamiętał swoje własne dni w zespole i wiedział, że wielu spośród zebranych tu braci nie weźmie już udziału w następnych wieczornych mszach. Wezwanie z Societe było bowiem często wyrokiem śmierci. W pewnym sensie byli jak francuska Legia Cudzoziemska; dla Societe liczyła się tylko misja, i do diabła z ofiarami.
Dla benedyktynów zawsze istotny był rytuał i umiejętność. Dlatego właśnie, w przeciwieństwie do krążących po świecie mitów, to nie z jezuitów formowano specjalne oddziały kościoła katolickiego.
Shaolin nie miało ścisłego monopolu.
Podczas gdy mnich w świetle czerwonego oświetlenia bojowego studiował raport, jego bracia w szarych i czarnych strojach zbierali już swoje narzędzia. Misja była trudna, ale można ją było wykonać.
Najwięcej problemów stwarzał brak czasu. No i, oczywiście, brak łączności i skromny wywiad.
Mnisi potrzebowali dyspensy, żeby móc się odezwać podczas takiej odprawy. Tym razem jednak nikt nie miał żadnych pytań.
Wzięli sprzęt, przebrali się i bez słowa wsiedli do furgonetek o przyciemnianych szybach.
O’Neal przez skąpaną w zielonym świetle przestrzeń patrzył uważnie na przeciwnika. Następny ruch miał zdecydować o wygranej bądź klęsce. Stawka była wysoka, ale Michael O’Neal Senior bywał już w gorszych tarapatach. Zawsze było jakieś wyjście, jeśli tylko człowiek wystarczająco się postarał, dokładnie ogarnął sytuację, a potem zadziałał precyzyjnie i brutalnie. O’Neal musiał jednak przyznać, że rzadko kiedy było aż tak źle.
— Podnoszę do pięciu — powiedziała Cally.
— Sprawdzam.
— Dwie pary, król.
— Cholera! — Dziadek O’Neal rzucił karty.
Para asów leżących na stole wyglądała, jakby naśmiewała się z tego, że przegrał z ośmiolatką proste rozdanie w pokerze. Było już dobrze po północy i Cally już dawno powinna być w łóżku. Ale zważywszy na wiadomości o walkach i fakt, że jej ojciec jechał na front, Dziadek wolał zaczekać, aż sama będzie chciała iść spać. Na razie zachowywała się jak zawodowy pokerzysta.
— Jeszcze jedno takie rozdanie i będziesz zmywał naczynia przez miesiąc — powiedziała ze śmiechem.
— Tak, cóż…
Próbował wymyślić jakąś ripostę, ale szybko się poddał. Bo niby co mógł powiedzieć?
Odezwał się pager. O’Neal wyciągnął go zza paska. Urządzenie było podłączone do czujników rozsianych po całym jego terenie, a nie do telefonu. To, że zbliżał się do siedemdziesiątki, nie znaczyło, że nie potrafi korzystać z nowoczesnej techniki. Czujniki ruchu, a zaraz potem wykrywacze metalu namierzyły kogoś na długiej drodze do farmy. Urządzenie sprawdzające transmisje podprzestrzenne na razie milczało.
A więc to nie byli Posleeni. Może to szeryf chce sprawdzić, czy O’Neal nie pędzi bimbru? Albo przynajmniej nie pędzi go w domu, gdzie można byłoby go znaleźć i zawstydzić tym gospodarza. Bezpieczniej będzie nie częstować go próbką ostatniej partii.
— Mamy gościa — powiedział.
— Swój czy obcy? — spytała poważnie Cally.
Rzuciła na stół karty, które właśnie tasowała.
— Nie wiem — odpowiedział. — Chyba musimy iść i sprawdzić.
Był to niczym nie wyróżniający się ford taurus. Prawdopodobnie z wypożyczalni. Kierował nim jakiś mężczyzna. Dziadek O’Neal nie mógł dostrzec nic więcej, nawet za pomocą wysokorozdzielczej lornetki ze wzmacniaczem światła. Czekał przy oknie we frontowym pokoju, aż samochód zatrzyma się przed domem.
Kierowca, który ukazał się w świetle lamp bezpieczeństwa, był dwudziestokilkuletnim mężczyzną i przyjechał sam. Z powodu ciemnej karnacji wyglądał na Latynosa. Miał na sobie starą, zużytą kurtkę polową. Oprócz naszywki Sił Specjalnych na prawym ramieniu, nie miała żadnych oznaczeń; w żargonie komandosów była „sterylna”. Wyglądał jakby znajomo, ale O’Neał nie potrafił sobie przypomnieć, gdzie go widział.
Mike Senior otworzył frontowe drzwi i wyszedł na zewnątrz, przyglądając się uważnie przybyszowi. Nie było żadnego rozsądnego powodu, aby ktokolwiek obcy składał mu akurat teraz wizytę.
Zastanowiwszy się, doszedł do wniosku, że jeszcze nigdy nikt nie złożył mu wizyty niezapowiedzianej. Oczywiście z wyjątkiem przedstawicieli prawa. Ale nie wyglądało na to, że ma w tej kwestii jakiś wybór.
— Mike! — powiedział przybysz i na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech. — Kopę lat, chłopie!
Twarz O’Neala w dalszym ciągu wyrażała dużą podejrzliwość.
— Czy my się znamy?
— Cholera. — Przybysz był wyraźnie zakłopotany. — Może to ci przypomni: „Czasem dostajesz pióra, czasem dostajesz kości.”.
O’Neal przekrzywił głowę na bok. Jego myśli powędrowały w przeszłość. Nagle otworzył szeroko oczy.
— Harold? — spytał z niedowierzaniem.
— Więc tak to wygląda, chłopie. Dostałem nowe życie, nową tożsamość i od tamtej pory pracuję dla Szefa. Mów mi teraz Łazarz — skończył i uśmiechnął się krzywo.
— Pracujesz dla Firmy? Dla CIA? — Mike odchylił się do tyłu w obitym krowią skórą fotelu.
— Nie. — Pochylił się nagle do przodu. — Są agencje, o których naprawdę nikt nic nie wie. Wiesz przecież, kto nas wpieprzył w to bagno. Księgowi liczykrupy! Ci pacyfiści u władzy i politycy w mundurach, którzy nigdy nie pozwalali nam robić swojego tak, jak należy! Sam o tym dobrze wiesz, też się tym zajmowałeś.
— Jasne, Harold — powiedział uspokajająco Mike Senior — ale wtedy świat był inny. Wróg był inny.
Przybysz pokręcił głową.
— Nie, wróg jest wciąż ten sam. Te same dranie z tylnych szeregów, które siedzą w swoich klimatyzowanych biurach i pieprzą wszystko, czego się dotkną, a w dupę dostaje szary żołnierz.
— Harold — Mike Senior wskazał znacząco na Cally.
Dziewczynka siedziała na podłodze za fotelem przybysza i próbowała uporać się z układanką. O’Neal miał nadzieję, że obecność wnuczki trochę Harolda uspokoi. Szósty zmysł, który Mike rozwinął w sobie w sytuacjach, o których wolałby nie pamiętać, mówił mu, że coś się w przybyszu zmieniło. I to chyba nie na lepsze.
— Słuchaj, Mike — Harold pochylił się do przodu i zniżył głos — jest dla ciebie miejsce. To ludzie, którzy wiedzą, jak trzeba działać.