Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]
- Автор: Брин Дэвид
- Год: 1994
- Язык: польский
- Год: Zysk i S-ka
- ISBN: 83-86211-55-5
- Переводчик: Michal Jakuszewski
- Жанр: Космическая фантастика
Электронная книга - «Wojna wspomaganych [The Uplift War - pl]». Краткое содержание книги:
— Hej, co takiego masz w ustach? — wyciągnął dłoń w stronę gorylka, który szybko umknął poza jej zasięg. Przyglądał mu się wielkimi, ciekawymi oczyma.
— Co on żuje? — zapytał Robert Elsie.
— Wygląda na pasek plastiku. Ale… ale co on tu robi? Tutaj nie powinno być niczego, co zostało wyprodukowane na Garthu.
— To nie jest garthiański wyrób — odezwał się ktoś.
Podnieśli wzrok. Była to szymka, która podawała im zupę. Uśmiechnęła się i wytarła ręce w fartuch, zanim pochyliła się, by podnieść gorylka. Oddał jej materiał bez protestów.
— Wszystkie maluchy żują te paski. Testy wykazały, że jest to nieszkodliwe, i mamy absolutną pewność, że nic w nich nie krzyczy: „ Terranie!” do gubryjskich detektorów.
Elsie i Robert wymienili zaintrygowane spojrzenia.
— Skąd możecie być aż tak pewni? Co to za materiał? Szymka drażniła małą małpę, machając przed jej nosem, aż ta zaszczebiotała, złapała go i włożyła sobie dobrze przeżuty kawałek z powrotem do ust.
— Niektórzy z ich rodziców przynieśli poszarpane kawałki tej substancji z naszej pierwszej udanej zasadzki, w Centrum Howlettsa. Mówili, że „ładnie pachnie”. Teraz bachory żują to przez cały czas.
Uśmiechnęła się do Elsie i Roberta.
— To jest superplastyczne włókno z gubryjskich wehikułów bojowych. No wiecie, ten materiał, który zatrzymuje kule w locie. Robert i Elsie wybałuszyli oczy.
— Hej, Konguś, a co ty na to? — szymka gaworzyła do gorylka. — Ty malutki spryciarzu. Posłuchaj, jeśli lubisz żuć płyty pancerne, to może potem wziąłbyś się za coś naprawdę smacznego? Może by tak miasto? Może coś prostego, na przykład Nowy Jork?
Dziecko opuściło postrzępiony, mokry koniec na tyle nisko, by móc ziewnąć, ukazując szeroką jamę pełną ostrych, połyskujących zębów.
Szymka uśmiechnęła się.
— Mniam! Wiecie co, myślę, że małemu Kongusiowi spodobał się ten pomysł.
54. Fiben
— Siedź teraz nieruchomo — polecił Fiben Gailet, gdy przeczesywał palcami jej futro.
Nie musiał nic mówić. Choć szymka odwróciła się, zwracając ku niemu plecy, wiedział, że gdy ją iskał, na jej twarzy widniał przez chwilę wyraz błogiej radości. Kiedy wyglądała w ten sposób — spokojna, odprężona i uszczęśliwiona prostą radością płynącą z dotykania — jej z reguły surowe oblicze nabierało blasku, który całkowicie przeobraziło jej dość pospolite rysy.
Niestety, trwało to tylko chwilkę. Wzrok Fibena przyciągnęło coś małego, co poruszało się szybko. Chwycił to instynktownie, zanim zdążyło zniknąć w jej delikatnych włosach.
— Au! — krzyknęła, gdy jego paznokcie uszczypnęły kawałek skóry wraz z małą, wijącą się wszą. Łańcuchy szymki zaszczekały, gdy wymierzyła mu klapsa w stopę. — Co ty robisz!
— Jem — mruknął, miażdżąc wijącego się insekta między zębami. Nawet wtedy nie zaprzestał jeszcze walki.
— Kłamiesz — odrzekła niepewnym głosem.
— Czy mam ci ją pokazać? Zadrżała.
— Nieważne. Po prostu rób to dalej.
Fiben wypluł martwą wesz, choć biorąc pod uwagę, jak karmiono ich w więzieniu, białko zapewne by mu się przydało. Mimo że już tysiące razy oddawał się wraz z innymi szymami wzajemnemu iskaniu — z przyjaciółmi, kolegami z klasy, rodziną Throopów na wyspie Ciimar — nigdy dotąd nie przypominano mu tak dobitnie o jednym z pierwotnych celów tego odziedziczonego po dawnych czasach w dżungli rytuału — a mianowicie uwalnianiu innego szyma od pasożytów. Miał nadzieję, że Gailet nie będzie zbyt wybredna, by zrobić to samo dla niego. Po ponad dwóch tygodniach spania na słomie zaczynało go okrutnie swędzieć.
Ręce go bolały. Musiał je wyciągać, żeby dosięgnąć Gailet, ponieważ byli przykuci w innych miejscach kamiennej celi i zaledwie mogli zbliżyć się do siebie na tyle, by być w stanie wykonać tę robotę.
— Cóż — powiedział — już prawie skończyłem. Przynajmniej z tymi miejscami, które jesteś gotowa odkryć. Nie mogę uwierzyć, że szymka, która parę miesięcy temu powiedziała do mnie: „różowa”, jest tak pruderyjna, jeśli chodzi o nagość.
Gailet prychnęła tylko pogardliwie. Nie raczyła mu nawet odpowiedzieć. Wczoraj, gdy szymscy zdrajcy przyprowadzili go tutaj z miejsca, gdzie był więziony przedtem, sprawiała wrażenie, że cieszy się, iż go widzi. Tak wiele dni pozostawania w izolacji spowodowało, że uradowali się ze swego widoku niczym od dawna rozłączone rodzeństwo.
Teraz jednak wyglądało na to, że wróciła do zwyczaju krytykowania wszystkiego, co robił.
— Jeszcze trochę — nalegała. — Bardziej w lewo.
— Czego znowu truje — mruknął Fiben pod nosem, spełnił jednak jej prośbę. Szymom potrzebne było wzajemne dotykanie się, być może w znacznie większym stopniu niż ich ludzkim opiekunom, którzy czasami trzymali się w miejscu publicznym za ręce, rzadko jednak robili coś więcej. Fibenowi sprawiało przyjemność, że po tak długim czasie znowu ma kogoś do iskania. Robienie tego komuś innemu było niemal równie miłe, jak poddawanie się iskaniu samemu.
Gdy był w college’u czytał, że ludzie ograniczali ongiś wzajemne dotykanie się niemal wyłącznie do partnerów seksualnych. W ciemnych wiekach niektórzy rodzice powstrzymywali się nawet przed przytulaniem swych dzieci! Ci prymitywni ludzie niemal nigdy nie uprawiali niczego, co można by porównać do szymskiego iskania — całkowicie nieerotycznego wzajemnego drapania się, czesania czy masowania dla samej przyjemności kontaktu nie mającej nic wspólnego z seksem.
Krótkie poszukiwania w Bibliotece, ku jego zdumieniu, potwierdziły tę oszczerczą plotkę. Żadna historyczna anegdota nie wyjaśniła mu równie dobitnie, jak wiele ciemnoty i szaleństwa musieli przecierpieć biedni ludzcy mele i fem. Ułatwiło mu to nieco wybaczenie im, gdy ujrzał również obrazy starożytnych ogrodów zoologicznych, cyrków oraz trofeów „myśliwskich”.
Fibena wyrwał z zamyślenia szczęk kluczy. Staromodne drewniane drzwi uchyliły się. Ktoś zapukał, a potem wszedł do środka.
Była to szymka, która przyniosła im wieczorny posiłek. Od chwili, gdy przeniesiono go tutaj, Fiben nie poznał jeszcze jej imienia, lecz twarz o kształcie serca zwracała uwagę i wydawała mu się skądś znajoma. Jej jaskrawy, zapinany na zamek błyskawiczny kombinezon miał taki sam fason jak noszone przez bandę nadzorowanych, która pracowała dla Gubru. Był on przewiązany elastycznymi taśmami w kostkach i nadgarstkach, a wyobrażone na holoprojekcyjnej opasce na ramieniu wyciągnięte ptasie pazury wystawały w przestrzeń na kilka centymetrów.
— Ktoś przyjdzie się z wami zobaczyć — powiedziała powoli, łagodnym tonem nadzorowana. — Pomyślałam sobie, że wolelibyście o tym wiedzieć. Żeby mieć czas się przygotować.
Gailet skinęła chłodno głową.
— Dziękuję.
Niemal nie spoglądała na szymkę. Fiben jednak, mimo sytuacji w jakiej się znajdował, wpatrywał się w kołyszący krok strażniczki, gdy ta odwróciła się i odeszła.
— Cholerni zdrajcy! — mruknęła Gailet. Szarpnęła za swój cienki łańcuch, który zagrzechotał. — Och, są chwile, gdy żałuję, że nie jestem szenem. Wtedy… wtedy…
Fiben spojrzał na sufit i westchnął.
Gailet naciągnęła łańcuch, by odwrócić się i spojrzeć na niego.
— Co! Masz coś do powiedzenia? Fiben wzruszył ramionami.
— Jasne. Gdybyś była szenem, może udałoby ci się zerwać z tego małego, chudziutkiego łańcuszka. Ale gdybyś była samcem szyma, nie użyliby do przykucia cię czegoś takiego, prawda?