Jeszcze może załopotać
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Год: 2019
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788366178175
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Jeszcze może załopotać». Краткое содержание книги:
Racja. Pięćset jardów. Na mapie. W rzeczywistości bronili terenu o połowę szerszego, bo nie dało się ustawić pułku w linii prostej. Poza tym te cholerne drzewa rozrastały się szeroko i głęboko pod ziemią, co praktycznie uniemożliwiało okopanie się. Łopaty ledwo kąsały ziemię i natychmiast trafiały na plątaninę twardych jak żelazo korzeni. O postawieniu najlichszego szańca wzmocnionego najpłytszą fosą, mogli tylko pomarzyć. Ścinali więc kwitnące wiśnie tak, by ich gęste korony tworzyły przeszkodę dla nacierających, a gdyby mieli dość czasu, wykarczowaliby połowę sadów, by zbudować mur z powalonych pni. Ale tutejsze drzewa były stare, twarde i niechętnie poddawały się ciosom siekier, więc udało im się tylko stworzyć coś w rodzaju „tuneli śmierci” kierujących dzikusów wprost pod kusze i na ścianę meekhańskich tarcz.
Dobre i to. Ustawił dwie kompanie na prawym wzgórzu, bo było najbardziej strome, trzy na środkowym i cztery na lewym, które sąsiadowało z pozycjami Dwudziestego Piątego Pułku. To była pozycja kluczowa dla obrony całej doliny. Najbardziej obawiał się, że koczownicy wbiją się klinem między ich pułki i wyjdą na plecy Dwudziestemu Piątemu. Jego dowódca, generał ols-Wenereh też o tym myślał, bo wzmocnił to miejsce trzecią częścią swych sił.
Powinno wystarczyć.
Samgeris-ols-Tersa liczył. Na początku bitwy miał osiem kompanii zwykłej piechoty, trzy kuszników i kompanię szturmową. Z tego tuzina jedną stracił na Wale Kregana, dziewięć rozstawił na wzgórzach, a dwie – w tym szturmową – trzymał w rezerwie. Reszta jego ludzi - garść medyków, kilkunastu gońców i dwa tuziny wojskowych inżynierów – zwanych kompanią sztabową, nie miało w tej chwili żadnego znaczenia, zwłaszcza że trzech pułkowych magów zgodnie z rozkazem odesłał na tyły.
Myślał… miał nadzieję, że będzie się musiał utrzymać tylko do nocy, a potem albo go zluzują, albo podeślą wsparcie, ale rozkazy się nie zmieniły.
Zostajecie i ani kroku w tył.
Dadzą radę. Muszą. Dwudziesty Piąty i tak miał się gorzej, bo choć bronił nieco węższego odcinka, to walczył bez osłony drzew. Strzały dzikusów dosłownie zasłaniały słońce nad głowami jego żołnierzy.
Oni mieli się lepiej. Znacznie lepiej.
* * *
— Wasza Wysokość, atakują wały na całej długości.
— Wiem. Robią to od rana, Amneres. Przebili się gdzieś?
Generał Olheg Amneres, dowódca Drugiego Regimentu Pieszego, odpowiedzialny za utrzymanie połowy zewnętrznej linii wałów, pokręcił głową, po czym, przypominając sobie najwyraźniej przed kim stoi, dodał:
— Nie, panie. Ochotnicy z cechu szewskiego i rymarskiego odparli wszystkie ataki. Oddziały z Lah też, choć zdrowo ich okrwawili. Dwie kompanie, które im zostawiłem jako wsparcie, to za mało by…
— I nie podeślesz im więcej. Wycofaliście się i czekacie na drugiej linii. Gdy ich wreszcie zepchną, pozwolicie uciekinierom się schronić za waszymi plecami i utrzymacie drugą linię co najmniej dwie godziny, chyba że wydam inne rozkazy.
Zmierzyli się wzrokiem, młody cesarz i generał, który mógłby być jego ojcem. Olheg Amneres, choć wiekiem odstawał od najnowszych faworytów w cesarskiej armii – bo większość „wichrzycieli” i „szaleńców”, na których Kregan-ber-Arlens oparł reformę wojska, była przed trzydziestką – to z pewnością nie ustępował im uporem. Co zresztą tłumaczyło, dlaczego po wysłaniu kilku gońców, sam zjawił się przed obliczem cesarza.
— Oni tam giną! Nasi ludzie.
— Nie tylko tam, generale. Nie tylko na twoim odcinku. Se-kohlandczycy użyli już machin?
— Nie.
— Źrebiarzy?
— Nie, Wasza Wysokość.
— Więc nie atakują na poważnie. Ledwo nas tam macają. Jak uderzą na poważnie…
— Jak uderzą na poważnie żywa noga nie zostanie na przednich wałach, zmiażdżą ich. Chłopców z miasta, czeladników szewskich i biedotę z ulic. A może nie będzie ci, panie, ich żal?
Cesarz poprawił się na krześle, przechylił lekko głowę i coś na kształt lekkiego uśmieszku wykrzywiło mu wargi. Zapadła cisza.
— Wiesz, dlaczego przyjąłem cię sam, Olheg? Nie? Bo wiedziałem, że będziesz wchodził mi w słowo, ciskał się i wrzeszczał. A gdybyś zrobił to publicznie w środku bitwy, nie miałbym wyboru i musiałbym kazać cię zdegradować i ściąć. Lecz, między nami mówiąc, nie sądziłem, że oskarżysz mnie o bycie pozbawionym serca i duszy kurwim synem. Jak sądzisz, co ja tu robię?
Generał milczał. Ale jego spojrzenie nie złagodniało.
— Ja próbuję obronić Imperium przed wrogiem, który wykrwawia nas od kilku lat. Nasi uczeni twierdzą, że straciliśmy już ze trzy miliony ludzi, w bitwach, w wyrzynanych wioskach i miastach, w wyniku głodu i panoszących się chorób. I pewnie z milion pognano w niewolę. Czy te liczby robią na tobie wrażenie? Milion, dwa miliony, trzy miliony. To trzy takie miasta jak Meekhan. Przeciętny człowiek nawet nie potrafi ich sobie wyobrazić. Za tym wszystkim stoi ten pomiot Kulawca, Yawenyr. I mamy pierwszą od lat szansę połamania mu rąk i nóg oraz odcięcia łba. Sądzisz, że nie poświęcę życia tysiąca czy dwóch tysięcy żołnierzy, by tej szansy nie zaprzepaścić?
— Ale ci chłopcy nie są…
— Złożyli przysięgę i wypłacam im żołd za czas walki. Są żołnierzami. Ale twoi ludzie są bardziej wartościowi. Jeden wyszkolony żołnierz jest wart pięć razy tyle, co taki, który jeszcze miesiąc temu buty szył. A my musimy przekonać Yawenyra, że jesteśmy słabi i że powinien śmiało uderzyć na miasto. Rozumiesz? Nic z planów, które omawialiśmy tyle razy nie uległo zmianie. Nic a nic.
Bo tylko wtedy, gdy wciągną Yawenyra w bitwę na przedmieściach, atak Laskolnyka będzie miał szansę powodzenia.
Drzwi komnaty otworzyły się gwałtownie.
— Wasza Wysokość. Meldunek z Doliny Saweradzkiej.
Pismo ozdobione czerwoną wstążką powędrowało do rąk cesarza.
Rozłożył, przeczytał, zmiął.
— Rozbijcie mój namiot na Łabędzim Wzgórzu. Przenoszę się na razie właśnie tam.
Posłaniec znikł, a dowódca Drugiego Regimentu Pieszego zawiesił wzrok na pomiętej kartce trzymanej w kurczowo zaciśniętej dłoni cesarza.
— Co się dzieje?
— Atakują wejście do doliny. Znacznie gwałtowniej niż sam Meekhan. Chcą mnie zmusić do wycofania żołnierzy z miasta, by osłabić główną obronę. — Cesarz zamilkł na kilka chwil, wreszcie energicznie pokiwał głową. — Właśnie tak. Na pewno tak. Przed dwoma kwadransami zdobyli Pałac Łazienny, dowódca Trzydziestego Dziewiątego pisze, że będą go odbijać.
— Mogę mu podesłać…
— Nie! Nie, do cholery. Nie będziemy wyciągać wojsk z zewnętrznych dzielnic. To musi być zmyłka… Musi.
* * *
„Mieliśmy za sobą długą noc, w czasie której mało kto zmrużył oko. Koczownicy nie nacierali na nas zbyt zawzięcie, zadawalając się szybkimi, krótkimi atakami po stu–dwustu ludzi. Po prostu sprawdzali, czy nie uciekliśmy.
Za to od świtu…
Cały długi dzień staliśmy na szczytach trzech wzgórz i odpieraliśmy atak za atakiem. A oni nacierali i nacierali, i do tej pory nie wiem dlaczego. Napisano już wiele ksiąg na ten temat. Aelos-kas-Maner w swojej słynnej Historii Bitwy o Meekhan twierdzi, a wielu po nim powtarza, że Ojciec Wojny wyczuł naszą słabość, to, że mamy za mało piechoty i dlatego zamiast szturmować miasto, uderzył właśnie w to miejsce. Bo zdobycie doliny, albo przynajmniej jej większości, pozwoliłoby mu zaatakować stolicę niejako od środka. Wielu jednak jest uczonych, którzy się z nim nie zgadzają i twierdzą, że atak na nasze pozycje był samowolą jednego z Synów Wojny, pragnącego zdobyć sławę pogromcy Meekhanu. Są i tacy, którzy piszą, że wszystko to było wynikiem wewnętrznych rozgrywek w se-kohlandzkiej hordzie, a Yawenyr posłał do ataku na dolinę oddziały o niepewnej lojalności, aby je wykrwawić i by mniej rąk wyciągnęło się po łupy zwycięstwa. Tak ponoć był pewien wygranej. Niektórzy mówią też, że wszystko to było owocem chaosu i nieporozumień, które często pojawiają się na polu bitwy, a w pewnym momencie i cesarz, i Ojciec Wojny znaleźli się w sytuacji, której żaden z nich nie planował, bo tak często wyglądają wielkie bitwy.