Jeszcze może załopotać
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Год: 2019
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788366178175
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Jeszcze może załopotać». Краткое содержание книги:
Nie dożyję do rana – takie przeświadczenie wypełniało mu głowę – nikt z nas nie ujrzy następnego świtu.
Sięgnął po pióro, bo pisanie pozwalało mu skupić się na czymś innym. Na przykład na tym, by każda litera mogła zachwycić mistrza kaligrafii.
„Nieustraszeni. Tak nas nazwano po bitwie. Niezłomni z Sześćdziesiątego Siódmego. Meekhańska duma odziana w żywe ciała, kąsająca wroga stalą i ostrzejszymi niż stal obelgami.
Tak, to prawda, że wtedy właśnie narodziło się bojowe zawołanie pułku, ANNKS, choć nieprawdą jest, że pułkownik Samgeris-ols-Tersa wykrzyknął je do se-kohlandzkiego posła, który zażądał, żebyśmy się poddali albo wszyscy umrzemy.
Pierwszy raz słowa te padły, gdy odparliśmy ostatni atak drugiego dnia, gdy słońce wreszcie znikło za horyzontem. Do tej pory wsłuchując się w odgłosy walk z głębi doliny, pocieszaliśmy się tym, że lada moment przebiją się do nas posiłki, lecz wraz z zachodem słońca dotarło do nas, że tak się nie stanie, że nikt nie zaryzykuje nocnej bitwy, by ocalić kilkuset poharatanych żołnierzy na straconej placówce. A wtedy młodszy dziesiętnik z Ósmej Dziesiątki, któremu zostało tylko trzech ludzi, zaklął, rzucił miecz i tarczę na ziemię i, padając na kolana, rozpłakał się jak dziecko. Nie mogę mieć do niego o to żalu, bo bił się dzielnie całe dwa dni, lecz jak wielu z nas w tym momencie stracił nadzieję, a wraz z nią chęć do życia.
— Umrzemy — załkał — wszyscy dziś umrzemy.
A to wcale nie jest nic dla żołnierza, umrzeć, gdy jest przekonany, że jego śmierć nie ma żadnego sensu.
I nagle wyrósł przy nim dowódca pułku. Nie wiem, skąd tam się wziął, nie zauważyłem, jak podchodzi. Złapał dziesiętnika za ramiona, poderwał w górę, jakby tamten był drewnianą kukiełką, trzasnął nim o pień wiśni i wrzasnął:
— Wstawaj, zasrańcu! Wstawaj! Słyszysz?! Może i umrzemy! Ty umrzesz i ja umrę! Wszyscy umrzemy! Ale nie na kolanach, sukinsynu!
Ale Nie Na Kolanach Sukinsynu. ANNKS. Sześćdziesiąty Siódmy wyszywa sobie te litery na płaszczach, ale tylko weterani ze wzgórz mają prawo umieszczać je na mankietach koszul – niczym szlachecki monogram.
Litery na tej kartce stały równiutko, niczym pułk gwardii w czasie przeglądu. Mężczyzna uśmiechnął się po raz pierwszy od wielu godzin. Skupienie się na sztuce kaligrafii było doskonałą metodą, by niechciane wspomnienia straciły pazur.
„Ale nie na kolanach, sukinsynu!”
Słowa te usłyszał jako pierwszy żołnierz, który bardzo się bał i bardzo nie chciał umrzeć. I nie pamiętam, który z naszych towarzyszy pierwszy zaśmiał się na cały głos, jakby usłyszał właśnie najlepszy żart. To był dziwny śmiech, dziki, szalony, wypełniony strachem tak samo, jak pełne strachu były łzy tego dziesiętnika, na którego nawrzeszczał pułkownik, ale stało się wtedy ze mną coś dziwnego.
Ja… przestałem się bać.
Umrzemy? Tak, umrzemy, ale właściwie, co z tego? Umrzemy, ale nie na kolanach. Będziemy stać, walić Se-kohlandczyków z całych sił, dźgać, siec, tłuc i gryźć, ale umrzemy, stojąc.
Nie na kolanach.
Tak to pamiętam ja, jeden z ostatnich żyjących obrońców wzgórza ols-Tersa. I być może moi towarzysze zapamiętali to inaczej, być może ich sercami targały wtedy inne emocje, lecz moje wspomnienia są właśnie takie – jedyną rzeczą, która się wtedy dla mnie liczyła było to, by nie umrzeć na kolanach”.
* * *
Gdy przyszli po Chorągiew i insygnia jej Strażnika, zastali opustoszałą, cichą jak grób rezydencję, ale nie zdziwiło ich to. Wiedzieli już, że Subren-kul-Marres zwolnił wszystkich, wypłacając każdemu z trzydziestu dziewięciu sług, którzy przy nim pozostali, nadzwyczaj sutą odprawę – rzecz niebywała, jak na takiego skąpca. Sam książę czekał na ludzi Szczurzej Nory w sali balowej, gdzie na środku marmurowej posadzki stała wielka, długa na piętnaście, a szeroka i wysoka na trzy stopy skrzynia, przeznaczona do przechowywania Wielkiej Chorągwi. Książę leżał na skrzyni, przepasany szarfą, z ceremonialnym mieczem u boku i pudłem pieczęci przyciśniętych do piersi. Martwy. Jego twarz miała obrzydliwą, fioletową barwę i straszyła przeraźliwym grymasem, co sugerowało, że trucizna, której książę użył, nie była tak szybka i łagodna, jak zapewne się spodziewał, oraz że ktoś później ułożył jego zwłoki na skrzyni z Chorągwią.
Dowódca drużyny Szczurów wskazał na kartkę leżącą obok zwłok księcia.
— Ewwan, sprawdź, co tam jest napisane.
Jego zastępca rozłożył papier, przebiegł wzrokiem, skrzywił się.
— Zawsze na straży, zawsze bez zmazy — przeczytał na głos. — Co to za rymowanka?
— Sentencja Strażników Chorągwi. — Dowódcę drużyny przepełniły nagle złe przeczucia. — Ściągnijcie go i otwórzcie skrzynię.
Byli Szczurami i mieli dla martwych książąt taki sam szacunek, jak dla każdego innego trupa, więc po chwili ostatni Strażnik Chorągwi leżał na posadzce, a wieko skrzyni uniesiono z cichym zgrzytem.
— Ewwan. Pójdziesz do Pierwszego. Natychmiast. Opowiesz, co zastaliśmy.
— Nie wiadomo…
— To go odszukaj! Albo odszukaj cesarza i powiedz mu, że nie mamy Wielkiej Chorągwi, mimo że kazał nam ją dostarczyć. Reszta sprawdzić posiadłość, a ty, Korel, ściągnij jeszcze dwie drużyny i zacznijcie przepytywać okolicznych mieszkańców. Jeśli wynieśli stąd chorągiew, ktoś musiał widzieć ludzi z olbrzymim pakunkiem. I dziesięć orgów dla tego, kto znajdzie kogoś ze służby. Kogokolwiek.
* * *
Psiarka osadziła konia ostrzej, niż zamierzała i wymachując pismem przewiązanym szkarłatną wstążką, ruszyła ku cesarskiemu namiotowi. Strażnicy rozpoznawali ją już z daleka, bo przez pół dnia latała na Łabędzie Wzgórze i z powrotem, więc przepuścili dziewczynę bez słowa. Wokół panował ruch, sugerujący, że w najbliższym czasie wydarzy się coś ważnego, gońcy latali tam i powrotem, nieopodal zespół budowniczych stawiał wysoki na kilkadziesiąt łokci maszt, a grupa mężczyzn i kobiet w ciemnych kapturach musiała coś czarować, bo powietrze wokół nich na zmianę skrzyło się lodowymi kryształkami i buchało parą.
Więc tak wyglądają przygotowania do decydującego starcia.
Była zmęczona, ale też z jakiegoś niewyjaśnionego powodu czuła się szczęśliwa i podniecona, jakby udzielił jej się nastrój chwili. Wszyscy szykowali się na coś dużego i najwyraźniej miała to być wspaniała rzecz.
Dobrze było być jej częścią, a to, że po raz pierwszy przenosiła pismo przewiązane czerwoną wstążką, które osobiście wręczył jej naczelnik Wywiadu Wewnętrznego, wzbudzało w niej dodatkową dumę. Czerwona wstążka znaczyła bowiem – wiadomość pierwszej wagi, oddać cesarzowi do rąk własnych.
Ta duma puchła w niej do chwili, gdy Kregan-ber-Arlens złamał pieczęć i przeczytał kartkę.
Omal nie zemdlała, widząc, jak zmienia się twarz władcy.
— Czy on powiedział ci, co tu jest napisane? — Cesarz nie podniósł na nią wzroku, więc dopiero po chwili zorientowała się, że pytanie jest skierowane do niej.
Dygnęła. Cholera, dygnęła tak, jak uczyła ją tego matka.
— Nie, Najjaśniejszy Panie.
— Dobrze, napiszę ci… Nie, lepiej powiem i przekażesz to Getrowerowi osobiście. Trzeba zachować sekret… żadnych pism, a im mniej ludzi będzie wiedzieć, co się stało, tym lepiej…