Jeszcze może załopotać
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Год: 2019
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788366178175
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Jeszcze może załopotać». Краткое содержание книги:
Awener zaciągnął się do armii i służył w stopniu kapitana w Trzydziestym Dziewiątym. Subren-kul-Marres wykorzystał wszystkie kontakty, jakie miał, by umieścić syna w pułku stojącym w Dolinie Saweryjskiej, bo twierdzono, że tam te dzikusy nie zaatakują. Przeniósł go tam dosłownie kilka dni przed bitwą, nie żałując żadnego z wydanych orgów.
Czuł jak trzeźwieje.
Czuł, jakby nigdy nie był pijany.
Przenigdy.
— Wyjdź. Natychmiast wyjdź!
Tak. Teraz brzmiał wystarczająco groźnie. Na tyle, że główny lokaj znikł, jakby nagle nabył umiejętność magicznej teleportacji.
A Subren-kul-Marres, książę Wschodniej Satrii, upadł na posadzkę w komnacie i po raz drugi w ciągu ostatnich trzydziestu lat, zapłakał. W ciągu niespełna dwóch dni los odebrał mu wszystko – honor, poważanie, tytuł Strażnika Chorągwi… a teraz i syna. Jedynego syna, ostatnią gałązkę, którą wypuściło z siebie prastare drzewo rodu kul-Marres.
Nie miał już nic.
Absolutnie nic.
Lecz w miarę jak łzy spływały mu po twarzy, rozpacz i desperacja zdawały się maleć, za to pierś wypełniały uczucia, które – jak mu się zdawało – już zapomniał. Duma i gniew. Duma z rodu, który nosił tytuł książęcy, zanim jeszcze Meekhan przekroczył Góry Krzemienne i gniew na tych wszystkich, którzy przywiedli go do upadku. Na Omlesa-kop-Gewrasera, Innewa-tyr-Tyrrena, Henera Starszego i resztę, którzy wykorzystali go niczym tępego pachołka, i na cesarza, dla którego najwyraźniej liczący kilkaset lat ród książęcy nie znaczył więcej niż łajno przyklejone do buta.
Od siedmiu pokoleń każdy kul-Marres umierał z tytułem Strażnika Chorągwi. Każdy.
I jeszcze jedna rzecz, ostatnia.
Wielka Chorągiew nie należy do cesarza, lecz do Imperium.
A Imperium to z całą pewnością nie cesarz.
Więc zachowa ją dla godniejszego władcy.
* * *
W pałacu panował gwar i rozgardiasz, jak nie przymierzając na wiejskim targowisku. Gońcy wchodzili i, zgodnie z hierarchią przekazywanych wieści, kierowali się do odpowiednich stołów. Raporty dotyczyły rezerw, morale, ruchów nieprzyjaciela i stanu umocnień. Minęła już północ i walki zamarły, choć ruch po obu stronach bynajmniej nie. Koczownicy ryli w ziemi szeregi kolejnych szańców wokół miasta, umacniali zajęte pozycje, a nawet podciągali bliżej katapulty i balisty. Ich okopy połyskiwały tysiącami pochodni i żelaznych koszy wypełnionych płonącymi szczapami. Wyglądało to prawie tak, jakby szykowali się do wielomiesięcznego oblężenia.
Po drugiej stronie ruch również nie ustawał. Tam, gdzie nieprzyjaciel wznosił szczególnie wysokie szańce, podwyższano wały i pogłębiano fosy. Szykowano bele mokrych tkanin do pokrycia dachów, zamurowywano lub zabijano deskami okna i drzwi w budynkach, które miały stanowić kolejne punkty oporu, gdyby padły zewnętrzne wały. Wozy, wyładowane po brzegi, czekały w gotowości, by barykadować ulice.
Niemniej, jak donosili agenci Nory, Meekhan znosił początek oblężenia nadzwyczaj dobrze. Poza kilkoma próbnymi atakami, koczownicy nie uderzyli jeszcze na miasto, a wieści o upadku Wału Kregana, choć przesadzone i mogące wzbudzić popłoch, szybko zostały skontrowane plotką, że wszystko to jest pułapką zastawioną na wschodnich dzikusów przez cesarza. Na ulicach panował spokój i tylko świątynie rozbrzmiewały śpiewem i modłami, a bijąca przez ich otwarte drzwi łuna przeganiała w cienie szczury i opryszków.
Najwyraźniej agenci Nory działali tak jak trzeba, by podtrzymać morale.
Ale w cesarskich komnatach nastroje były znacznie mniej optymistyczne. Kregan-ber-Arlens siedział na rzeźbionym krześle i wysłuchiwał kolejnego już raportu.
— Wojska Yawenyra postawiły już prawie dwanaście mil szańców, całkowicie odcinając nas od północy. Budują właśnie drugą i trzecią linię, jakby spodziewali się, że to my będziemy atakować. — Głos Blunreha Omnawella, Drugiego Ogara Imperium rozbrzmiewał donośnie i rześko, jakby skurczybyk opowiadał właśnie jakąś zabawną anegdotę na gwarnym przyjęciu. — Za szańcami mają trzy olbrzymie tabory, również okopane i umocnione. Tabuny koni wypędzili na okoliczne łąki, choć z tego co wiem, większość rumaków bojowych trzymają pod ręką. Na pierwszej linii stoją na razie plemiona niese-kohlandzkie. Kowenhowie, koalicja Luw’haeri, Wehrengowie, oddziały Myngonów i silny korpus Sahrendey. To oni właśnie zdobyli wał Kregana. Rdzenni Se-kohlandczycy, najlepsi Źrebiarze oraz wszyscy Jeźdźcy Burzy na razie nie ruszyli do walki.
Cesarz przerwał mu, unosząc dłoń.
— A gdzie stoją?
— Chorągiew z Czarnym Jastrzębiem wznosi się nad środkowym taborem. Tam też rozbito Złoty Namiot. Zresztą wokół tego taboru kręci się większość…
— A środkowy tabor stoi…? — cesarz uśmiechnął się uprzejmie, choć oczy miał zimne, a spojrzenie chmurne.
Ogar zamrugał, przełknął ślinę i szybko wyjaśnił:
— Naprzeciw Owczej Bramy, Wasza Wysokość.
Czyli niemal na środku nieprzyjacielskich okopów. Kregan-ber-Arlens zgrzytnął zębami i zaklął cicho. Był zmęczony, cholernie zmęczony, a pobudzające napary, które pił od wielu dni, by zmniejszyć potrzebę snu, przestawały działać. Powinien się przespać choć kilka godzin, bo nie było wątpliwości, że skoro świt Yawenyr wykona swój ruch.
Tylko jaki? To, że od północy otoczył Meekhan szańcami, nie miało przecież większego sensu. Od południa stolica opierała się o Góry Krzemienne, przez które biegły dwie wielkie imperialne drogi oraz kilka mniejszych szlaków, co pozwalało dostarczać do miasta żywność, ewakuować ludność, a nawet ściągać posiłki, gdyby Imperium jeszcze miało je skąd ściągnąć. Osiem wielkich i sześć mniejszych akweduktów zapewniało stały dopływ świeżej wody dla obrońców. Oblężenie w celu zagłodzenia stolicy nie miało sensu, jedyną opcją dla koczowników było zdobycie jej i zatknięcie głowy cesarza na włóczni.
Na dodatek Laskolnyk już dwa razy posyłał do niego gońców. Dowódcę imperialnej kawalerii szczególnie niepokoiło to okopywanie się Se-kohlandczyków. Jeśli bardziej rozbudują umocnienia, atak jazdy może się okazać zbyt kosztowny.
Czy imperialni kawalerzyści mogą zaatakować jako pierwsi?
Nie – cesarz odrzucił ten pomysł – plan pozostawał bez zmian, choć wymagał poprawek. Wciągnie Se-kohlandczyków do miasta. Każe większości zawodowej piechoty opuścić pierwszą linię wałów, zostawiając tam tylko garść żołnierzy i oddziały ochotników. Jeśli koczownicy zaatakują tak zawzięcie, jak uderzyli na pozycje Piątego Regimentu, powinni je zająć w godzinę albo dwie. Na drugiej linii staną zaprawione w bojach pułki, które po kolejnych dwóch godzinach dadzą się „zepchnąć” w tył. I jeśli w tym momencie Yawenyr nie rzuci do ataku swoich najlepszych sił, by dobić miasto, to znaczy, że czyta mu w myślach.
Jeśli je zaś rzuci, Laskolnyk z całą imperialną jazdą wsiądzie mu na plecy, a reszta piechoty będzie kontratakować od strony stolicy.
— Wasza Wysokość? Wasza Wysokość?
Dopiero w tej chwili zorientował się, że Drugi Ogar mówił coś do niego i najwyraźniej oczekuje odpowiedzi.
— Powtórz pytanie.
— Pytałem, czy masz, panie, jeszcze jakieś rozkazy.
— Nie. — Machnięcie ręki nie było nawet w połowie tak energiczne, jakby tego chciał. — Na razie jesteś wolny. I przekaż reszcie, że mają mnie obudzić godzinę przed świtem, chyba że Yawenyr ruszy wcześniej do ataku.
Łóżko stojące w sąsiedniej komnacie powitało go obezwładniającą miękkością.
* * *
Noc była spokojna. Bardzo spokojna, a to w czasie bitwy jest zawsze powód do niepokoju. Tylko nocne owady dawały dziki koncert, jakby zapach krwi zmieszany z zapachem kwiatów wiśni pobudzał je do brzęczenia. Samgeris-ols-Tersa też nie spał, wędrując wzdłuż linii obrony swojego pułku. Jego trzy kolejne prośby o wsparcie zostały odrzucone. Nie będzie posiłków dla Sześćdziesiątego Siódmego. Musicie się utrzymać sami. W końcu siedzicie na wzgórzach i macie do obrony niespełna pięćset jardów.