Jeszcze może załopotać
- Автор: Вегнер Роберт М.
- Год: 2019
- Язык: польский
- Год: Powergraph
- ISBN: 9788366178175
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Jeszcze może załopotać». Краткое содержание книги:
Mężczyzna westchnął, zirytowany tym, w którą stronę zdryfowały jego myśli i sięgnął po pióro.
„Sześćdziesiąty Siódmy obsadził te wzgórza w sile około dwóch tysięcy stu ludzi. Ponad trzystu żołnierzy zostało pod wałem Kregana, kilkudziesięciu straciliśmy wycofując się, gdy lekka jazda wsiadła nam na plecy. Ale większość dotarła na miejsce, a gdy weszliśmy w cień wiśniowych drzew, okazało się, że ich gęste, posplatane i porośnięte kwiatami gałęzie doskonale chronią nas przed strzałami. Każdy pocisk grzązł w tej gęstwinie”.
Piszący cmoknął, poirytowany, i skreślił „gęste”. Tak brzmiało to lepiej.
„Za wzgórzami otwierała się wolna droga do Nowego Miasta i ci, którzy stali z tyłu, mogli obejrzeć się, by zobaczyć kamienice i pałacyki najbliższej dzielnicy. Między nami a miastem było tylko kilka parków i niewielki staw. Właściwie prawym skrzydłem opieraliśmy się o jej pierwsze zabudowania, lewe, nieco cofnięte, osłaniał nam Dwudziesty Piąty, który ruszył na pomoc, by załatać dziurę w obronie. Wtedy jeszcze myślałem, że to oni mają się gorzej, bo stali na otwartym terenie, niechronieni przez nic, poza murem tarcz. Zatykali własnymi ciałami kawałek trasy Wielkiej Cesarskiej Gonitwy i wszyscy spodziewaliśmy się, że koczownicy tam właśnie skierują cały impet natarcia. Na stojący pod gołym niebem Dwudziesty Piąty Pułk Czarnej Pustułki.
Lecz gdyby wróg zawsze robił to, czego się spodziewamy, Meekhan zdołałby wygrać każdą wojnę. Podbilibyśmy już cały pieprzony świat”.
* * *
Kregan-ber-Arlens osadził konia krótkim, niecierpliwym szarpnięciem wodzy, a towarzyszący mu oddział gwardii raz-dwa otoczył go pancernym kordonem. Ogier cesarza zarżał wyzywająco i zadrobił w miejscu kopytami, a jego jeździec poklepał zwierzę uspokajająco po szyi. Na czas bitwy Kregan-ber-Arlens dosiadał wierzchowców wybranych przez samego Laskolnyka, długonogich, szybkich i wytrzymałych, ale były one także szkolone do walki, więc czasem miał wrażenie, że rumak chętnie by pogalopował tam, skąd dochodziły odgłosy starcia.
Uśmiechnął się pod nosem. Tu byli zgodni. On i koń. Gdybyż była to walna bitwa na szerokiej równinie, którą wygrywa się decydującą, ostateczną szarżą na wroga, sam by tę szarżę poprowadził. I nawet Wielka Matka by go nie powstrzymała.
Zamiast tego musiał obronić miasto. Olbrzymie, rozlane po wielu wzgórzach, obwarowane w większości ziemno-drewnianymi umocnieniami. Zgromadził do tego starcia czterdzieści sześć tysięcy piechoty i prawie czterdzieści tysięcy jazdy przeciw, jak donosili szpiedzy, co najmniej dziewięćdziesięciu a może i stu tysiącom koczowników. Ale konna armia Laskolnyka czekała w odwodzie na chwilę, gdy Yawenyr zaangażuje większość swych sił w szturm, więc w tym momencie cały ciężar bitwy spoczywał na piechocie.
A on nie miał jej pod dostatkiem. Co prawda piechotę broniącą zewnętrznych dzielnic wspierali ochotnicy, oddziały złożone z rzemieślników, kupców, a nawet miejskiej biedoty, ale to i tak było za mało, bo łączna długość trzech linii wałów wokół stolicy sięgała czterdziestu mil. Plany, jakie układali przez ostatnie miesiąca zakładały, że zmuszą Se-kohlandczyków do szturmu, oddadzą pierwszą, może nawet drugą linię obrony, wciągną w walkę między budynkami, a tymczasem konna armia Laskolnyka obejdzie stolicę i zaatakuje Yawenyra od tyłu. W tej chwili większość meekhańskiej kawalerii znajdowała się dziesięć mil na wschód od miasta, ukryta w dwóch górskich dolinach. Zgodnie z planem mieli wyruszyć dziś w nocy, by rankiem wyjść na plecy wroga zajętego atakowaniem miasta.
Tylko że, zgodnie z najnowszymi raportami, koczownicy niezbyt kwapili się do szturmowania zewnętrznych wałów. Rozłożyli się już wokół stolicy obozem, sypali szańce, gdzieniegdzie rozstawiali machiny, lecz jak na razie jedyne natarcie przypuścili na wejście do doliny.
Po drodze spotkali trzech kolejnych gońców, a z ich raportów wyłonił się w miarę spójny obraz walki. Oba pułki broniące wałów zdołały się wycofać, ponosząc straty, lecz zachowując zdolność bojową. Dwudziesty Piąty Pułk, będący tak naprawdę jedyną rezerwą w dolinie, ruszył i zajął pozycję ćwierć mili za zdobytym przez Se-kohlanczyków kopcem, zatykając dziurę między oddziałami wypchniętymi z wałów. W tej chwili wszystkie trzy pułki tworzyły wklęsłą linię obrony, dość płytką, ale koczownicy nie wykonali jeszcze zdecydowanego ruchu, zupełnie jakby szybkość, z jaką zajęli kopiec z flagami sygnałowymi, zaskoczyła ich samych i nie bardzo wiedzieli, co teraz zrobić.
Cesarz uśmiechnął się pod nosem. I co, Yawenyrze, synu oparszywiałej kobyły, zastanawiasz się, czy to nie jest przypadkiem podstęp? Nie spodziewałeś się, że wedrzesz się do doliny pierwszym szturmem, tak jak ja nie spodziewałem się, że uderzysz z taką siłą w tym właśnie miejscu. Podejrzewasz, że za plecami tych trzech pułków ukryłem całą armię? Gdybym ją miał, czekałbym na ciebie przed miastem, kutasie. I po co właściwie się tu pchasz?
Cesarski oddział zatrzymał się na Wzgórzu Łabędzi, w miejscu, skąd rozciągał się widok na trasę Wielkiej Cesarskiej Gonitwy, długiego na kilka mil, bardzo trudnego wyścigu konnego, który odbywał się w dolinie kilka razy do roku. I dzięki temu roztaczała się stąd też wspaniała panorama całej Doliny Saweradzkiej. Wejście odległe o nieco ponad dwie mile było już zdobyte, nawet z tej odległości widział szerokie wyrwy w wałach. Kopiec Weh-Rannina, wzniesienie, z którego miano flagami przekazywać rozkazy oddziałom w dolinie, był w tej chwili w rękach se-kohlandzkiej piechoty. Zwiadowcy zdążyli mu już donieść, że ten ruch widoczny na jego szczycie to balisty i katapulty, które koczownicy tam instalują. Jak skończą, będą mieli ostrzał na trzysta, może czterysta jardów wokół. Tłumaczyło to zwłokę w natarciu, najwyraźniej Ojciec Wojny również wiedział, że to najważniejsza bitwa, jaką stacza od pierwszego dnia najazdu i nie zamierzał niczego oddać w ręce przypadku.
Cesarz przeniósł wzrok na kopiec.
— Co ty planujesz, sukinsynu? — mruknął pod nosem, mając na myśli Yawenyra.
Do tej pory wódz Se-kohlandczyków raz po raz zaskakiwał ich szybkością, manewrem albo dzikością i nieprzewidywalnością swoich ataków. W każdej bitwie uderzał, cofał się nagle, dokonywał pozorowanych odwrotów, szukał luki w meekhańskiej obronie, a gdy ją znalazł, walił tam z całej siły. Tu jednak atakował tak, jakby był imperialnym generałem, tak… matematycznie.
Młody władca zacisnął pięści. O to ci chodzi? O walkę na wyczerpanie?
Wyraźnie zobaczył, jak zza linii zdobytych wałów wyłoniły się karne szeregi se-kohlandzkiej jazdy. Mijały obsadzony artylerią kopiec, po czym jeźdźcy zsiadali z koni i formowali równe czworoboki. Może, jeśli chodzi o wyszkolenie i uzbrojenie, musieli oddać pierwszeństwo meekhańskiej piechocie, ale dyscypliną z pewnością jej nie ustępowali.
Cesarz pokiwał głową, gdy spłynęło na niego nagłe zrozumienie.
Więc wiesz, ile mam piechoty, co, sukinsynu? Wiesz dobrze, więc nie atakujesz miasta, bo i po co? W jednej chwili wykrwawimy cię tam jak prosiaka. Ale jeśli zmusisz nas do bitwy w tej dolinie, jeśli wypełnisz ją wojskiem, będziemy musieli przesunąć tu oddziały z miasta, osłabić wały wokół niego. A wtedy uderzysz na nie z całej siły. Masz dość ludzi, by stoczyć dwie bitwy, jedną tu, a drugą szturmując zewnętrzne umocnienia.
Niedoczekanie, koniojebco. Nie zabiorę nawet jednego żołnierza z głównych wałów, Piąty Regiment musi sobie poradzić sam.
Przywołał ręką najbliższych gońców.
— Rozkazy dla dowódców Dwudziestego Piątego, Trzydziestego Dziewiątego i Sześćdziesiątego Siódmego. Mają się utrzymać za wszelką cenę. Ani kroku wstecz.