Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Bursztynowa Luneta
Bursztynowa Luneta - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Bursztynowa Luneta

Электронная книга - «Bursztynowa Luneta». Краткое содержание книги:

Аннотация

Bursztynowa Luneta
1 ... 95 96 97 98 99 100 101 102 103 ... 112
Перейти на страницу:

Szli obok siebie, nagle onieśmieleni. Ale Will, niezrażony nieśmiałością, zapytał:

– Kiedy dajmon przybiera ostateczną postać?

– Około... chyba jakoś w twoim wieku albo trochę później. Może raczej później. Rozmawialiśmy z Panem o jego ostatecznej postaci. Zastanawialiśmy się, czym będzie...

– Ludzie tego nie wiedzą?

– Nie jako dzieci. Dorastając, zaczynają myśleć, no wiesz, że będą tym albo tamtym... I zwykle wybierają coś, co do nich pasuje. To znaczy, do ich prawdziwej natury. Na przykład jeśli twój dajmon jest psem, to znaczy, że lubisz robić, co ci każą, wiedzieć, kto jest szefem, wypełniać rozkazy i zadowalać ludzi mających władzę. Wielu służących to ludzie, których dajmony są psami. Więc to pomaga wiedzieć, jaki jesteś i co potrafisz najlepiej. Skąd ludzie w twoim świecie wiedzą, jacy są?

– Nie wiem. Niewiele wiem o moim świecie. Potrafię tylko dochować sekretu, kryć się i skradać, więc niewiele wiem o... dorosłych i przyjaciołach. Albo kochankach. Myślę, że trudno mieć dajmona, bo wszyscy tyle o tobie wiedzą od pierwszego spojrzenia. Wolę się nie ujawniać i nie rzucać w oczy.

– Więc może twoja dajmona byłaby zwierzęciem, które potrafi dobrze się ukrywać. Albo takim, które wygląda jak inne... na przykład motyl, który udaje osę. Na pewno macie takie stworzenia w waszym świecie, bo my mamy, a nasze światy są takie podobne.

Maszerowali razem w przyjaznym milczeniu. Wszędzie wokół nich królował kryształowo czysty poranek, przejrzysty w kotlinach i perłowobłękitny w górze. Jak okiem sięgnąć falowała rozległa sawanna, brązowa, złota, płowożółta, migotliwa i pusta aż po horyzont. Zupełnie jakby byli jedynymi ludźmi na świecie.

– Ale tak naprawdę nie jest pusta – zauważyła Lyra.

– Chodzi ci o tego mężczyznę?

– Nie. Wiesz, o co mi chodzi.

– Tak, wiem. Widzę cienie w trawie... może to ptaki – powiedział Will.

Śledził drobne, błyskawiczne poruszenia tu i tam. Odkrył, że łatwiej dostrzegał cienie, jeśli nie patrzył wprost. Chętniej się pokazywały na krawędzi pola widzenia i kiedy wyjaśnił to Lyrze, powiedziała:

– Negatywna zdolność.

– Co to znaczy?

– Pierwszy powiedział to poeta Keats. Doktor Malone wie. W ten sposób odczytuję aletheiometr. W ten sposób ty używasz noża, prawda?

– Tak, chyba tak. Ale właśnie pomyślałem, że to mogą być dajmony.

– Ja też, ale...

Przyłożyła mu palce do ust. Kiwnął głową.

– Patrz – powiedział. – Jeszcze jedno przewrócone drzewo.

Przed nimi leżało obserwacyjne drzewo Mary. Podeszli do niego ostrożnie, nie spuszczając oczu z zagajnika na wypadek, gdyby następne drzewo padało. W spokojny poranek, gdzie tylko lekki wiatr poruszał liśćmi, wydawało się niemożliwe, żeby taka potęga mogła upaść, a jednak upadła.

Ogromny pień górował nad nimi, wspierany w zagajniku przez rozerwane korzenie, a na trawie przez masę gałęzi. Niektóre gałęzie, połamane i zmiażdżone, dorównywały rozmiarom największym drzewom, jakie Will widział w życiu. Korona, pełna wciąż krzepkich konarów, gęsta od wciąż zielonych liści, wznosiła się wysoko w balsamicznym powietrzu niczym zrujnowany pałac.

Nagle Lyra chwyciła Willa za ramię.

– Ciii – szepnęła. – Nie patrz. One na pewno są tam na górze. Widziałam jakiś ruch i przysięgnę, że to był Pan...

Dłoń miała ciepłą. Bardziej absorbował go ten dotyk niż korona liści i gałęzi nad głową. Udawał, że spogląda bezmyślnie na horyzont, po czym jego spojrzenie zawędrowało w splątaną masę zieleni, brązu i błękitu i tam – Lyra miała rację! – tam odkryło coś, co nie było drzewem. A obok niego drugie coś...

– Chodźmy – mruknął Will zniżonym głosem. – Odejdziemy stąd i zobaczymy, czy pójdą za nami.

– A jeśli nie pójdą... Ale dobrze, zgoda – odszepnęła Lyra.

Udali, że się rozglądają; oparli ręce na najbliższym konarze, jakby zamierzali się wspinać. Udali, że się rozmyślili, pokręcili głowami i odeszli.

– Szkoda, że nie możemy się obejrzeć – powiedziała Lyra, kiedy oddalili się kilkaset metrów.

– Idź dalej. One nas widzą i nie zabłądzą. Przyjdą do nas, kiedy same zechcą.

Zeszli z czarnej drogi w trawę wysoką do kolan, rozgarniali nogami szeleszczące źdźbła, obserwowali owady fruwające, trzepoczące, śmigające, unoszące się w miejscu, słuchali chóralnego ćwierkania i bzyczenia miliona głosów.

– Co teraz zrobisz, Will? – zapytała cicho Lyra po chwili milczenia.

– No, muszę wrócić do domu – odparł.

Pomyślała, że mówił bez przekonania. Miała nadzieję, że mówił bez przekonania.

– Ale oni pewnie jeszcze cię ścigają – ostrzegła. – Tamci ludzie.

– Widzieliśmy przecież gorsze rzeczy.

– Tak, chyba tak... Ale chciałam ci pokazać Kolegium Jordana i Żuławy. Chciałam, żebyśmy...

– Tak – przyznał. – A ja chciałem... Dobrze by było znowu zobaczyć... nawet Cittagazze. To piękne miejsce i jeśli wszystkie upiory odeszły... Ale mam matkę. Muszę wrócić i opiekować się nią. Zostawiłem ją z panią Cooper, to niedobre dla nich obu.

– Ale to niesprawiedliwe dla ciebie, że musisz to robić.

– Nie – odparł – ale to inny rodzaj niesprawiedliwości. Coś jak burza albo trzęsienie ziemi. Może to niesprawiedliwe, jednak to niczyja wina. Lecz gdybym po prostu zostawił matkę ze staruszką, która sama nie za dobrze się trzyma, to byłoby nie w porządku. To byłoby złe. Muszę wracać do domu. Ale pewnie trudno nam będzie wrócić do dawnego życia. Chyba sekret już się wydał. Wątpię, czy pani Cooper dała radę zaopiekować się moją matką, zwłaszcza w tych okresach, kiedy matka miała napady strachu. Więc pewnie musiała poszukać pomocy, a kiedy wrócę, zamkną mnie w jakiejś instytucji.

– Nie! W sierocińcu?

– Pewnie coś w tym rodzaju. Nie wiem dokładnie. Nienawidzę takich miejsc.

– Możesz uciec z pomocą noża, Will! Możesz uciec do mojego świata!

– Moje miejsce jest tam, gdzie mogę być z nią. Kiedy dorosnę, będę mógł opiekować się nią jak należy, w moim własnym domu. Wtedy nikt nie będzie się wtrącał.

– Myślisz, że się ożenisz?

Milczał przez długi czas. Wiedziała, że szukał odpowiedzi.

– Nie wybiegam tak daleko w przyszłość – odparł. – To musiałby być ktoś, kto rozumie... Wątpię, czy jest ktoś taki w moim świecie. A ty wyjdziesz za mąż?

– Ja też chyba nie – wyznała niezbyt pewnym głosem. – Za nikogo z mojego świata.

Powoli szli dalej w stronę horyzontu. Mieli dla siebie cały czas tego świata; cały czas, jaki pozostał temu światu.

Po chwili Lyra odezwała się:

– Zatrzymasz ten nóż, prawda? Żebyś mógł odwiedzić mój świat?

– Oczywiście. Z pewnością nie oddam go nigdy i nikomu.

– Nie patrz – ostrzegła, nie zmieniając kroku. – Znowu tam są. Po lewej.

– Więc idą za nami – ucieszył się Will.

– Cii!

– Tak myślałem, że pójdą. OK, po prostu będziemy udawać, pójdziemy dalej i będziemy ich szukać w różnych głupich miejscach.

To zmieniło się w zabawę. Natrafili na staw i szukali w mule i wśród trzcin, wołając głośno, że dajmony pewnie przybrały postacie żab, nartników albo ślimaków; zerwali korę z dawno przewróconego drzewa na skraju zagajnika drzew sznurkowych, udając, że widzieli dwa dajmony wpełzające tam pod postacią skorków; Lyra narobiła wielkiego zamieszania wokół mrówki, na którą rzekomo nadepnęła. Ubolewała nad jej siniakami, twierdziła, że jej twarz wygląda całkiem jak twarz Pana, pytała z fałszywym smutkiem, dlaczego mrówka nie chce z nią rozmawiać.

1 ... 95 96 97 98 99 100 101 102 103 ... 112
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)