Zielona Mila
- Автор: Кинг Стивен Эдвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zielona Mila». Краткое содержание книги:
Nikt nie wydaje się bardziej zasługiwać na śmierć niż John Coffey, czarny olbrzym, skazany za przerażającą zbrodnię, której dopuścił się na dwóch małych dziewczynkach. Nie mogłem nic pomóc, powtarzał, gdy go schwytano. Próbowałem to cofnąć, ale było już za późno… Ten, kto sądzi, że wymierzenie sprawiedliwości okaże się łatwe i proste, jest w wielkim błędzie – o czym przekona się podejmując z Johnem Coffeyem koszmarną podróż przez Zieloną Milę…
– A Janice?
– Nie jestem jeszcze na to gotów – odparłem. – Opowiem ci innym razem.
– Słowo?
– Słowo.
Nie dotrzymałem jednak tej obietnicy. Trzy miesiące po naszym wspólnym spacerze do lasu (wziąłbym ją za rękę, gdybym nie bał się urazić spuchniętych i poskręcanych palców) Elaine Connelly zmarła we śnie. Podobnie jak w przypadku Melindy Moores przyczyną zgonu był atak serca. Pielęgniarz, który ją znalazł, twierdził, że miała spokojną twarz, tak jakby śmierć przyszła szybko i bezboleśnie. Mam nadzieję, że się nie mylił. Kochałem Elaine. I brakuje mi jej. Jej, Janice, Brutala i ich wszystkich.
Doszliśmy do drugiego szałasu, tego przy murze. Stał kilka jardów od ścieżki, w sosnowym zagajniku. Na walący się dach i zabite deskami okna padały cętki cienia. Skręciłem w stronę drzwi. Elaine na chwilę się zatrzymała. Na jej twarzy malował się strach.
– Wszystko w porządku – powiedziałem. – Naprawdę. Chodź.
W drzwiach nie było skobla – kiedyś tam wisiał, ale ktoś go zabrał – do zamykania ich używałem więc kawałka złożonej tektury. Wyciągnąłem ją teraz i wszedłem do środka. Zostawiłem drzwi otwarte na oścież, ponieważ wewnątrz było ciemno.
– Paul, co to…? Och. Och! – To drugie “och” graniczyło z krzykiem.
Na przysuniętym do ściany stole leżała latarka i brązowa papierowa torba. Na brudnej podłodze stało pudełko po cygarach Hav-A-Tampa, które dostałem od koncesjonera automatów z napojami i słodyczami. Specjalnie o nie poprosiłem, a ponieważ jego firma sprzedaje również wyroby tytoniowe, nietrudno było mu je zdobyć. Zaproponowałem, że mu zapłacę – jak już chyba wspomniałem, w czasie gdy pracowałem w Cold Mountain, takie rzeczy miały swoją wartość – ale on tylko mnie wyśmiał.
Znad skraju pudełka wyzierała para lśniących jak paciorki oczu.
– Chodź tutaj, Panie Dzwoneczku – powiedziałem cicho. – Chodź tutaj, staruszku, i przywitaj się z panią.
Przykucnąłem na piętach – zabolało, ale jakoś dałem sobie radę – i wyciągnąłem rękę. Z początku nie sądziłem, że Pan Dzwoneczek będzie w stanie wydostać się z pudełka, ale w końcu wyskoczył. Wylądował na boku, stanął z powrotem na czterech łapach i zbliżył się do mnie. Biegnąc utykał na jedną z tylnych łapek; rana, którą zadał mu kiedyś Percy, odnowiła się w podeszłym wieku. W bardzo podeszłym wieku. Z wyjątkiem czubka głowy i koniuszka ogona był cały siwy.
Skoczył na moją otwartą dłoń, a potem, kiedy go podniosłem, odchylił do tyłu łepek i powąchał mój oddech, kładąc uszka po sobie i wpatrując się we mnie spragnionymi ślepkami. Wyciągnąłem rękę do Elaine, która otworzyła usta ze zdumienia.
– To niemożliwe – stwierdziła, podnosząc ku mnie wzrok. – Och, Paul, to nie jest… to nie może być…
– Popatrz – odparłem – i dopiero potem powiedz, że to niemożliwe.
Z torby, która leżała na stole, wyjąłem szpulkę, którą sam pokolorowałem – nie kredkami marki Crayola, lecz flamastrami Magic Markers, wynalazkiem, o którym nikomu nie śniło się w trzydziestym drugim roku. Była tak samo barwna jak szpulka Dela, a może nawet bardziej. Messieurs et mesdames, pomyślałem. Bienvenue au cirque du mousie!
Ponownie przykucnąłem i Pan Dzwoneczek zeskoczył z mojej dłoni. Był stary, ale tak samo chętny jak zawsze. Od chwili gdy wyjąłem szpulkę z torby, nie patrzył na nic innego. Potoczyłem ją po nierównej popękanej podłodze szałasu, a on natychmiast za nią ruszył. Nie biegł ze swoją dawną prędkością i żal było patrzeć, jak utyka, ale dlaczego miał być szybki i zwinny? Jak już powiedziałem, był starcem, prawdziwym mysim Matuzalemem. Liczył co najmniej sześćdziesiąt cztery lata.
Dogonił szpulkę, która odbiła się od ściany, okrążył ją i nagle przewrócił się na bok. Elaine chciała do niego podejść, ale powstrzymałem ją. Pan Dzwoneczek podniósł się i powoli, bardzo powoli, zaczął popychać nosem szpulkę w moim kierunku. Kiedy tu przybył – znalazłem go leżącego na stopniach do kuchni, jakby pokonał wielką odległość i skrajnie go to wyczerpało – wciąż był w stanie popychać szpulkę łapkami, jak czynił to wiele lat temu na Zielonej Mili. Ten czas już minął; jego tylne łapki były zbyt słabe, by mógł się na nich utrzymać. Nos miał jednak tak samo wyćwiczony jak zawsze. Żeby utrzymać szpulkę na kursie, musiał po prostu popychać ją raz z jednej, raz z drugiej strony. Kiedy do mnie podbiegł, wziąłem go do jednej ręki – nie ważył więcej jak piórko – a szpulkę do drugiej. Jego ciemne oczka nawet na chwilę się od niej nie odrywały.
– Nie rób tego po raz drugi, Paul – szepnęła drżącym głosem Elaine. – Nie mogę na to patrzeć.
Rozumiałem, co czuje, lecz moim zdaniem nie miała racji. Pan Dzwoneczek lubił gonić i popychać przed sobą szpulkę; po wszystkich tych latach wciąż bardzo to lubił. Wszyscy powinniśmy tak wytrwale dochowywać wierności naszym pasjom.
– W torbie są również miętówki – powiedziałem. – Canada Mints. Myślę, że w dalszym ciągu je lubi: nie przestaje węszyć, kiedy mu je podsuwam, ale jego system trawienny nie pozwala mu już ich jeść. Przyniosłem mu zamiast tego grzankę.
Ponownie ukucnąłem, odłamałem mały kawałek grzanki, którą zabrałem z werandy, i położyłem go na podłodze. Pan Dzwoneczek obwąchał go, a potem wziął w łapki i zaczął chrupać. Ogonek zawinął elegancko wokół siebie. Skończywszy, podniósł z oczekiwaniem wzrok.
– My, stare pryki, mamy czasem zadziwiająco zdrowy apetyt – oznajmiłem i podałem Elaine grzankę. – Spróbuj ty.
Odłamała kolejny kawałek i rzuciła go na podłogę. Pan Dzwoneczek obwąchał go, popatrzył na Elaine… i podniósł i zaczął jeść.
– Widzisz? – powiedziałem. – On wie, że nie jesteś nowicjuszką.
– Skąd on się tu wziął, Paul?
– Nie mam pojęcia. Któregoś dnia, wracając z porannego spaceru, zobaczyłem go na kuchennych schodach. Od razu go poznałem, ale żeby się upewnić, wziąłem szpulkę z kosza w pralni. Załatwiłem dla niego pudełko po cygarach i wyłożyłem je najbardziej miękką podściółką, jaką mogłem dostać. Myślę, że jest podobny do nas, Ellie: przez większość czasu wszystko go boli. Ale nie stracił woli życia. Wciąż lubi swoją szpulkę i wciąż lubi, kiedy odwiedza go stary kumpel z bloku. Sześćdziesiąt lat trzymałem w tajemnicy historię Johna Coffeya, sześćdziesiąt lat i jeszcze kilka, a teraz ją opowiedziałem. Wydaje mi się, że chyba wiem, dlaczego wrócił. Chciał przypomnieć, żebym się pośpieszył i zrobił to, póki jest jeszcze czas. Ponieważ, podobnie jak on, niedługo się tam wybieram.
– Gdzie się wybierasz?
– Och, wiesz – odparłem i przez dłuższą chwilę obserwowałem Pana Dzwoneczka. A potem, sam nie wiem dlaczego, ponownie rzuciłem szpulkę, mimo że Elaine prosiła, żebym tego nie robił. Może dlatego, że jego zabawa przypominała mi uprawianą przez starszych ludzi powolną i ostrożną wersję seksu; ci z was, którzy są młodzi i przekonani, że gdy się zestarzeją, zostanie dla nich uczyniony wyjątek, mogą nie chcieć jej oglądać, ale oni w dalszym ciągu chcą ją uprawiać.
Pan Dzwoneczek puścił się w pogoń za toczącą się szpulką, biegnąc z wyraźnym bólem i równie wyraźną (przynajmniej dla mnie) dawną obsesyjną radością.
– Okna z krzemowego szkła – szepnęła, patrząc na niego.