Zielona Mila
- Автор: Кинг Стивен Эдвин
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Zielona Mila». Краткое содержание книги:
Nikt nie wydaje się bardziej zasługiwać na śmierć niż John Coffey, czarny olbrzym, skazany za przerażającą zbrodnię, której dopuścił się na dwóch małych dziewczynkach. Nie mogłem nic pomóc, powtarzał, gdy go schwytano. Próbowałem to cofnąć, ale było już za późno… Ten, kto sądzi, że wymierzenie sprawiedliwości okaże się łatwe i proste, jest w wielkim błędzie – o czym przekona się podejmując z Johnem Coffeyem koszmarną podróż przez Zieloną Milę…
Ostatnimi łzami Johna Coffeya.
11
Trzymałem się jakoś aż do powrotu do domu. Świtało już wtedy i śpiewały ptaki. Zaparkowałem swojego grata, obszedłem dom i nagle ogarnął mnie największy, jakiego doznałem do tej pory, smutek. Przypomniałem sobie, jak bardzo bał się ciemności. Jak w trakcie naszego pierwszego spotkania pytał, czy zostawiamy w nocy zapalone światło.
Ugięły się pode mną nogi. Przysiadłem na schodach, oparłem głowę o kolana i wybuchnąłem płaczem. Nie użalałem się nad Johnem; raczej nad nami wszystkimi.
Janice wyszła z domu, usiadła obok i objęła mnie ramieniem.
– Nie przysporzyliście mu więcej bólu, niż to było absolutnie konieczne, prawda?
Potrząsnąłem głową.
– A on chciał odejść?
Pokiwałem głową.
– Chodź do domu – powiedziała i pomogła mi wstać. W tym momencie przypomniałem sobie, jak John pomógł mi podnieść się po wspólnej modlitwie. – Chodź i napij się kawy.
Posłuchałem jej. Minął pierwszy ranek, a potem pierwsze popołudnie i pierwszy dyżur na bloku. Czas leczy wszystkie rany, czy tego chcemy, czy nie. Czas oddala od nas to wszystko, a na samym końcu czeka nas wyłącznie mrok. Czasami odnajdujemy w nim innych, a czasami znów ich tam gubimy. Nie wiem nic więcej oprócz tego, że zdarzyło się to w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym drugim, kiedy stanowe więzienie wciąż mieściło się w Cold Mountain.
I kiedy było tam oczywiście krzesło elektryczne.
12
Kwadrans po drugiej po południu moja przyjaciółka Elaine Connelly przyszła na werandę, gdzie siedziałem, złożywszy schludnie przed sobą ostatnie kartki mojej opowieści. Miała bladą twarz i podkrążone oczy. Chyba płakała.
Ja natomiast wyglądałem przez okno. Po prostu. Patrzyłem na stojące na wschodzie wzgórza i krew pulsowała mi w nadgarstku prawej ręki. Byłem pusty niczym wyłuskany orzech. Uczucie jednocześnie straszne i wspaniałe.
Niełatwo było spojrzeć Elaine prosto w oczy – bałem się nienawiści i pogardy, jakie mógłbym tam zobaczyć – ale moje obawy okazały się płonne. Nie było w nich nienawiści, nie było pogardy i nie było niedowierzania.
– Masz ochotę przeczytać resztę?- zapytałem, dotykając obolałą ręką niewielkiego pliku kartek. – Skończyłem pisać, lecz nie zdziwię się, jeśli nie będziesz chciała tak szybko…
– Nie chodzi o to, czy chcę – przerwała mi. – Ja muszę wiedzieć, jak to się skończyło, chociaż domyślam się, że chyba go straciłeś. Moim zdaniem poważnie przecenia się interwencję Opatrzności przez duże O w życiu zwykłych śmiertelników. Zanim jednak zabiorę te kartki, Paul…
Urwała, jakby nie wiedziała, co powiedzieć. Czekałem bez słowa. Czasami można komuś pomóc w takiej sytuacji. Czasami nie warto nawet próbować.
– Z tego, co tu piszesz, Paul, wynika, że w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym drugim miałeś dwoje dorosłych dzieci… nie jedno, ale dwoje. Jeśli nie ożeniłeś się ze swoją Janice, powiedzmy, kiedy ty miałeś dwanaście, a ona jedenaście lat…
Uśmiechnąłem się lekko.
– Ożeniliśmy się młodo… w górach ludzie biorą wcześnie ślub, moja matka też wyszła wcześnie za mąż… Ale nie aż tak młodo.
– W takim razie ile ty masz lat? Zawsze myślałam, że skończyłeś osiemdziesiątkę i jesteś albo w moim wieku, albo trochę młodszy, ale z tego wynika, że…
– Miałem czterdzieści lat, kiedy John przeszedł Zieloną Milę – odparłem. – Urodziłem się w roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym drugim. Co oznacza, że mam teraz sto cztery lata, chyba że pomyliłem się w rachunkach.
Elaine wpatrywała się we mnie w milczeniu.
Podałem jej manuskrypt, przypominając sobie, jak John dotknął mnie tam, w swojej celi. Nie wybuchnie pan, powiedział, rozbawiony tym, że mogło mi w ogóle przyjść coś takiego do głowy, i rzeczywiście nie wybuchłem, coś jednak się ze mną stało. Coś trwałego.
– Przeczytaj resztę – powiedziałem. – Znajdziesz tam odpowiedź na wszystkie pytania.
– Dobrze – odparła prawie szeptem. – Prawdę mówiąc, trochę boję się ją poznać, ale dobrze. Gdzie będziesz?
Wstałem i przeciągnąłem się, aż zatrzeszczało mi w kręgosłupie. Jedno wiedziałem na pewno: miałem serdecznie dosyć tej werandy.
– Na polu do krokieta. – Jest jeszcze coś, co chciałbym ci pokazać.
– Czy to… coś strasznego?
W jej nieśmiałym spojrzeniu zobaczyłem małą dziewczynkę, którą była, kiedy mężczyźni nosili w lecie słomkowe kapelusze, a zimą futra z szopów.
– Nie – odpowiedziałem z uśmiechem. – Nic strasznego.
– Dobrze. Zabieram to na dół, do mojego pokoju – stwierdziła, biorąc do ręki kartki. – Spotkamy się na polu do krokieta, powiedzmy… – urwała i przekartkowała manuskrypt, oceniając, ile zajmie jej czasu lektura. – Koło czwartej. Pasuje ci?
– Znakomicie – powiedziałem, pamiętając o chorobliwie ciekawym Bradzie Dolanie. Wtedy już go nie będzie.
Elaine uścisnęła mnie lekko za ramię i wyszła. Przez chwilę stałem w miejscu, wpatrując się w stół i uświadamiając sobie, że jest znowu pusty, jeśli nie liczyć tacy, na której Elaine przyniosła mi rano śniadanie. Porozrzucane kartki nareszcie zniknęły. Nie mogłem jakoś uwierzyć, że to koniec… a ponieważ domyślacie się, że piszę to, co teraz czytacie, już po oddaniu Elaine ostatniego pliku kartek, to rzeczywiście nie mógł być koniec. Już wtedy zdawałem sobie z tego sprawę i wiedziałem, o czym nie napisałem.
O Alabamie.
Wziąłem do ręki ostatni kawałek leżącej na tacy zimnej grzanki, po czym wyszedłem na dwór i ruszyłem w stronę pola do krokieta. Tam usiadłem w słońcu i obserwowałem wymachujących młotkami graczy, snując moje stare myśli i grzejąc moje stare kości. Za kwadrans trzecia od strony parkingu zaczęli nadchodzić pracownicy drugiej zmiany, a o trzeciej wyszła dzienna zmiana. Trzymali się w większości razem, ale zobaczyłem, że Brad Dolan idzie sam. Był to krzepiący widok; może świat nie zszedł jednak tak bardzo na psy. Z tylnej kieszeni spodni wystawała mu książka z dowcipami. Ścieżka na parking biegnie obok pola do krokieta, w związku z czym zobaczył mnie, lecz ani nie pomachał, ani nie popatrzył spode łba. Specjalnie mnie to nie zmartwiło. Wsiadł do swojego starego chevroleta z przylepionym do zderzaka napisem WIDZIAŁEM BOGA. NAZYWA SIĘ NEWT i pojechał tam, gdzie jeździ, gdy go tu nie ma, zostawiając za sobą smród taniego oleju kupionego na wyprzedaży.
Koło czwartej, dokładnie tak jak obiecała, przyszła do mnie Elaine. Sądząc po jej oczach, jeszcze sobie trochę popłakała. Objęła mnie ramieniem i przytuliła.
– Biedny John Coffey – powiedziała. – I biedny Paul Edgecombe.
Biedny Paul, przypomniałem sobie słowa Janice. Biedny stary Paul.
Elaine zaczęła znowu płakać. Obejmowałem ją, stojąc na polu do krokieta w promieniach popołudniowego słońca. Nasze cienie wyglądały, jakbyśmy tańczyli. Być może robiliśmy to w Magicznej Sali Balowej, z której audycji słuchaliśmy kiedyś w dawnych czasach w radiu.
W końcu odzyskała panowanie nad sobą. Znalazła w kieszonce bluzki kleenex i wytarła nim załzawione oczy.
– Jakie były losy żony dyrektora, Paul? Co się stało z Melly? – zapytała.
– Jej powrót do zdrowia lekarze z Indianoli uznali za cud natury – odparłem. Wziąłem ją pod ramię i ruszyliśmy w stronę ścieżki, która odchodziła od parkingu dla pracowników i biegła w głąb lasu. W stronę szałasu stojącego przy murze, który oddzielał Georgia Pines od świata ludzi młodszych. – Zmarła jedenaście lat później, nie z powodu guza mózgu, lecz na atak serca – powiedziałem. – Chyba w czterdziestym trzecim. Hal zmarł na wylew, z tego co pamiętam, chyba dokładnie tego samego dnia, kiedy dokonano ataku na Pearl Harbour. Przeżyła go więc o dwa lata. Jest w tym swoista ironia losu.