Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 141
Перейти на страницу:

Popatrzyła na niego niezbyt przekonana, ale nie podtrzymała rozmowy. Valentine pocałował ją w zmarszczone czoło.

— Rozchmurz się i zaśpiewaj mi coś. Zaśpiewaj piosenkę, którą nuciłaś pod krzakiem w parku Pidruid, w noc festynu. O tym, jak to żadne skarby Góry Zamkowej nie są warte czyjejś miłości. Dobrze?

— Znam inną. podobną — powiedziała biorąc do rąk maleńką harfę.

Miły mój przywdział pielgrzyma strój

I pożeglował na morze,

Mój miły odpłynął na Wyspę snu

Hen, na uśpione morze.

Miły mój, piękny jak jasny świt,

Odpłynął ode mnie na morze,

Na górskiej wyspie on teraz śpi

Hen, na uśpionym morzu.

Pani łaskawa samotnej Wyspy

Hen, na dalekich morzach

Uśmiechem miłego rozjaśnij me sny,

Promiennym jak ranna zorza.

— Nie chcę tej — rzeki Valentine. — Jest smutna. Zaśpiewaj mi tamtą, kochanie.

— Innym razem.

— Proszę cię. To jest czas radości, czas odzyskania siebie, Carabello. Proszę!

Carabella uśmiechnęła się, westchnęła lekko i ponownie wzięła harfę do ręki.

Mój miły jest jasny jak wiosenny dzionek,

Mój miły jest cichy jak pogodna noc,

Mój miły jest słodki jak owoc skradziony…

Tak, pomyślał, ta jest o wiele lepsza. Otoczył Carabellę ramieniem i idąc po piaszczystej plaży, delikatnie przytulił do siebie. Wyspa tchnęła spokojem. Była zadziwiająco piękna. Przybrzeżne sękate drzewa mieniły się od kolorowych ptaków. Przezroczyste morze łagodnie lizało czysty piasek. Powietrze, świeże i delikatne, przenikał zapach nieznanych kwiatów. Ktoś gdzieś się zaśmiał. Ktoś mu zawtórował. Popłynęły dźwięki pogodnej muzyki. Jak kusząca była myśl, by porzucić mrzonki o Górze Zamkowej, osiąść na Mardigile, o świcie wychodzić w morze na połów, a wieczory spędzać na piaszczystej plaży.

Przeznaczenie jednak szybko dało znać o sobie. Już wczesnym popołudniem przyszli do Valentine'a Autifon Deliamber i Zalzan Kavol, obaj zdrowi, wypoczęci i pełni zapału do dalszej podróży.

Zalzan Kavol, jak zwykle zapobiegliwy, w chwili zatonięcia “Brangalyn" miał sakiewkę przy sobie, więc jeśli nawet Shanamir stracił przechowywane pieniądze, to przynajmniej połowa ich skarbu przetrwała. Skandar wysupłał kilka błyszczących monet.

— Za to — powiedział — powinniśmy dopłynąć aż na Wyspę Snu. Archipelag ma dziewięćset mil długości i liczy trzy tysiące wysp, z tego więcej niż osiemset zamieszkanych. Chyba nietrudno będzie znaleźć na nich chętnych do podróży. Nasi gospodarze nie chcą wypływać daleko, ale za kilka rojali możemy wynająć wielki trimaran, który dowiezie nas do Rodamaunt Graun, wyspy leżącej pośrodku całego łańcucha, a tam prawdopodobnie znajdziemy przewoźnika na resztę drogi.

— Kiedy możemy odpłynąć? — spytał Valentine.

— Natychmiast po tym — odpowiedział Deliamber — jak wszyscy się odnajdziemy. Mówiono mi, że kilkoro naszych ludzi jest już w drodze do nas z pobliskiej wyspy Burbont.

— Wiesz, którzy to?

— Khun, Vinorkis i Shanamir — odpowiedział Zalzan Kavol. — I moi bracia Erfon i Rovorn. Jest też z nimi kapitan Gorzval. Mój trzeci brat, Gibor Haern, zginął na morzu. Sam widziałem jego śmierć, kiedy uderzony przez strzaskaną belkę poszedł na dno. Nie mamy tylko żadnych wiadomości o Sleecie.

Valentine dotknął delikatnie kudłatego ramienia Skandara.

— Współczuję ci z powodu tej straty.

— Cieszmy się raczej, że inni przeżyli, mój panie — powiedział spokojnym głosem Zalzan Karol, wyraźnie starając się opanować uczucia.

Po niecałej godzinie łódź z Burbontu przywiozła innych rozbitków. Nie było końca uściskom. Valentine popatrzył na Gorzvala, który przystanął na uboczu i w zakłopotaniu pocierał kikut ramienia. Kapitan chyba wciąż przeżywał szok po stracie statku. Valentine w przypływie czułości chciał go uścisnąć i pocieszyć, ale gdy się do niego zbliżył, Gorzval padł na kolana, dotknął głową piasku i drżąc na całym ciele wyciągnął dłonie w geście gwiazdy.

— Mój panie! — wyrwał mu się z gardła chrapliwy głos. — Mój panie…

Valentine rozejrzał się wokół gniewnie.

— Kto to rozgadał?

Zaległo milczenie. To Shanamir je przerwał.

— Mój panie, nie miałem na myśli nic złego. Skandar był tak dotknięty nieszczęściem, że musiałem go jakoś pocieszyć. Powiedziałem mu więc, kim był jego pasażer i że teraz przejdzie do historii Majipooru razem z zatopioną “Brangalyn". Nie wiedziałem, że przeżyłeś. — Usta chłopca zadrżały. — Mój panie, nie miałem złych zamiarów!

Valentine skinął głową.

— Nie stało się nic złego. Przebaczam ci. Gorzvalu…

Wciąż drżący ze strachu, kapitan smoczego statku skulił się u stóp Valentine'a.

— Spójrz na mnie, Gorzvalu. Nie mogę rozmawiać z tobą, kiedy nie widzę twojej twarzy.

— Mój panie…

— Stań na nogi.

— Mój panie…

— Prosię, Gorzvalu, podnieś się.

Zdumiony Skandar zerknął ukradkiem na Valentine'a.

— Proszę? Powiedziałeś, proszę? Valentine zaśmiał się głośno.

— Chyba zapomniałem o zwyczajach władcy. W porządku. Podnieś się! Rozkazuję ci!

Gorzval wstał, lecz nadal cały się trząsł. Ten mały Skandar, z trzema zaledwie ramionami, ze zmatowiałym, powycieranym futrem, uszargany w mokrym piasku, z przekrwionymi oczami, ze zgnębioną twarzą mógłby wzbudzić litość w najtwardszym sercu.

— Przyniosłem ci nieszczęście — rzekł Valentine — choć i tak nie wiodło ci się najlepiej. Przyjmij teraz moje przeprosiny, a jeśli któregoś dnia los się do mnie uśmiechnie, naprawię ci wszystkie wyrządzone szkody. Obiecuję. Co chcesz teraz zrobić? Zebrać załogę i wrócić do Piliploku?

Gorzval gwałtownie zaprotestował.

— Nie wrócę tam za nic w świecie! Nie mam statku, nie cieszę się dobrą sławą, nie mam pieniędzy. Nie mam nic i być może już nigdy nie potrafię stanąć na nogi. Moi ludzie zostali zwolnieni z umowy z chwilą, kiedy “Brangalyn" poszła na dno. Jestem sam. Jestem zrujnowany.

— W takim razie płyń z nami na Wyspę, Gorzvalu. — Mój panie…

— Tu zostać nie możesz, bo ani wyspiarze nie potrzebują nowych osiedleńców, ani tutejszy klimat nie jest odpowiedni dla Skandarów. Nie wyobrażam też sobie, żeby łowca smoków stał się rybakiem, nie płacząc przy każdej zarzucanej sieci. Przystań do nas. Jeśli nie dotrzemy dalej niż na Wyspę, może znajdziesz ukojenie w służbie dla Pani, ale jeśli nasze plany się powiodą, spotka cię niewątpliwie honor wejścia na Górę Zamkową. Co ty na to, Gorzvalu?

— Już samo przebywanie w pobliżu ciebie przyprawia mnie o lęk, mój panie.

— Czy jestem aż tak odrażający? Czy mam smoczą paszczę? Czy widzisz, żeby ci ludzie mieli pozieleniałe ze strachu twarze? — Valentine klepnął Skandara po ramieniu i przeniósł wzrok na Zalzana Kavola. — Wiem, że nikt nie zastąpi ci utraconych braci, ale przyjmij na pociechę kogoś z twojej rasy. A teraz zakrzątnijmy się wokół odjazdu, dobrze? Wyspa wciąż jest o kilka dni drogi przed nami.

Zalzan Karol szybko dogadał się z rybakiem, który wczesnym rankiem miał popłynąć z nimi na wschód. Jeszcze tego wieczoru wyspiarze przygotowali dla gości wspaniałą biesiadę. Stoły uginały się pod butelkami chłodnego zielonego wina, soczystymi słodkimi owocami i świeżym, na tutejszy sposób przyrządzonym mięsem ze smoka. Widok tego ostatniego przyprawił Valentine'a o mdłości. W pierwszym odruchu chciał je odsunąć, ale kiedy zobaczył, że Lisamon Hultin pochłania podstawioną jej pod nos porcję, jakby się nie spodziewała, że będzie jeszcze kiedykolwiek jadła, postanowił wziąć się w garść i przełknął jeden kęs. Musiał przyznać, że mięso było niezwykle delikatne i pachniało wręcz rozkosznie, wobec czego odsunął na bok wspomnienia. Podczas uczty, o wczesnej jeszcze godzinie, mieli okazję obejrzeć wspaniały zachód słońca, niebo mieniło się wszelkimi odcieniami bursztynu, fioletu, karmazynu i złota. Z pewnością, pomyślał Valentine, jest to błogosławiona wyspa, cudowny zakątek nawet jak na świat, na którym nie brak miejsc szczęśliwych. Mieszkańcy wyspy wywodzili się z ludzkiej rasy i byli do siebie podobni jak dwie krople wody — urodziwi, długonodzy, z bujnymi jasnymi włosami i gładką skórą w kolorze miodu. Podobno mieszkała tu tylko garstka Vroonów i Ghayrogów, ale Deliamber już zdążył się dowiedzieć, że na innych wyspach Archipelagu rasy są tak samo przemieszane jak na całym Majipoorze. Zgodnie z tym, co mówił mały czarodziej, który kręcił się wciąż między wyspiarzami, wyspy były poza zasięgiem wpływów głównych kontynentów i urządzały sobie życie po swojemu, za nic mając sprawy postrzegane przez wielki świat. Kiedy Valentine spytał kobietę, która udzieliła mu gościny pod swoim dachem, czy Koronal Lord Valentine przejeżdżał tędy w czasie swojej podróży, spytała obojętnym tonem:

1 ... 74 75 76 77 78 79 80 81 82 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)