Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
- Автор: Силверберг Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-017-0
- Переводчик: Helena Michalska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
Zaczął szukać sposobu przekazania wiadomości. Próbował przez całe popołudnie i wczesny wieczór, z drobnymi tylko przerwami. Ciemności zapadły szybko, a woda zaczęła świecić upiornym zielonkawym światłem. Żeby nie zsunąć się z desek w czasie snu, postanowili czuwać na zmianę. Kiedy przyszła kolej na Valentine'a, musiał staczać z ogarniającą go sennością ciężkie boje, a i tak od czasu do czasu tracił jasność umysłu. Różne morskie stworzenia wraz z zapadnięciem nocy stały się natomiast odważniejsze i nieustannie krążyły wokół rozbitków w długim korowodzie, znacząc świetlne ślady na połyskujących zimnym ogniem falach.
I znów od czasu do czasu Valentine próbował nadawać przesłania. Zdawał sobie jednak sprawę z bezcelowości swoich wysiłków.
Jesteśmy zgubieni, pomyślał.
Kiedy zbliżał się ranek, pozwolił sobie na sen poza kolejnością, podczas którego śniły mu się przykre sceny z tańczącymi na powierzchni morza węgorzami. Kiedy węgorze wreszcie odpłynęły, jeszcze raz spróbował połączyć swój umysł z jakimiś odległymi umysłami, ale sen nagle stał się bardzo głęboki i pozbawił go wszelkiej świadomości.
Obudziło go dotknięcie ręki Lisamon Hultin.
— Mój panie…
Spojrzał na nią nieprzytomnie.
— Mój panie, możesz już przestać wysyłać przesłania. Jesteśmy ocaleni!
— Co takiego?!
— Łódź, mój panie! Widzisz? Płynie ze wschodu.
Znużony ciężkim snem, z trudem podniósł głowę i podążył spojrzeniem za jej dłonią. Łódź, a raczej łódka, rzeczywiście płynęła w ich stronę. Widział nawet odbijające się w jej wiosłach słońce. Halucynacje, pomyślał jednak. Złuda. Fatamorgana.
Ale łódź na horyzoncie powiększała się z minuty na minutę, już była obok i już czyjeś ręce chwyciły go, uniosły do góry, położyły na dnie łodzi, a inne przykładały mu do ust butelkę z zimnym napojem, może winem, może wodą. Nim zdążył się odezwać, już ściągano z niego mokre, ubrudzone smoczą krwią ubranie, już zawijano go w coś suchego i czystego. Dwaj obcy mężczyźni, obca kobieta, wielkie grzywy wypłowiałych od słońca włosów, dziwne ubrania. I dobiegające gdzieś z daleka słowa Lisamon Hultin, niewyraźne, ale po co miałby je rozumieć? Czy to jego umysł wyczarował tych wybawców? Czy byli aniołami? Duchami? Nie dbał o odpowiedź. Był wyczerpany, było mu wszystko jedno. Chociaż nie. Krążył mglistą myślą wokół tego, by odciągnąć na bok olbrzymkę i zabronić wyjawiania prawdy o jego tożsamości, ale i ta myśl, jak i wszystkie inne, odpłynęła, zanim na dobre zdołała się w jego umyśle wykrystalizować. Pozostawała nadzieja, choć też mglista, że Lisamon Hultin sama ma dość zdrowego rozsądku, by nie powiększać absurdalności całej sytuacji. Chyba nie powie: “Patrzcie, oto Koronal Majipooru, tylko że w przebraniu" i nie doda: “połknął nas smok, ale nie zdążył strawić, bo wyrąbaliśmy przejście w jego brzuchu". Tak. Z pewnością ci ludzie uwierzyliby w takie bajki! Valentine uśmiechnął się do swoich myśli i zapadł w sen bez przesłań.
Pokój, w którym się obudził, był zalany słońcem, a jego okna wychodziły na złotą piaszczystą plażę. Carabella nie spuszczała oczu z niedawnego rozbitka.
— Mój panie… — powiedziała łagodnie. — Czy słyszysz mnie?
— Czyja śnię?
— Jesteś na Mardigile, jednej z wysp Archipelagu. Wyłowiono cię wczoraj, dryfującego razem z olbrzymką na odłupanym skrawku kadłuba. Ci wyspiarze są rybakami, którzy na wieść o zatonięciu statku wypłynęli w morze szukać rozbitków.
— Czy ktoś jeszcze przeżył? — spytał z niepokojem.
— Deliamber i Zalzan Kavol są tutaj ze mną. Ludzie z Mardigile mówią, że Khuria, Shanamira, Vinorkisa i kilku Skandarów, choć nie wiem, czy naszych, wyłowiły łodzie z sąsiednich wysp. Niektórzy z tych, którzy w czasie ataku smoka polowali w łodziach, również dotarli bezpiecznie do brzegu.
— A Sleet? Co ze Sleetem?
W oczach Carabelli pojawiła się niepewność granicząca z lękiem.
— O nim nie ma żadnych wieści — odpowiedziała po chwili. — Ale łodzie nadal przepatrują morze. Miejmy nadzieję, że jest już na którejś z wysp. Bogowie chronili nas tak długo, więc i teraz nam dopomogą. — Zaśmiała się, zmieniając temat. — Lisamon Hultin opowiadała wspaniałą historię o tym, jak połknął was smok i jak wycięliście w jego boku drogę na wolność. Wyspiarze uznali, że bajka olbrzymki jest wspanialsza od opowieści o Lordzie Stiamocie.
— To, o czym ona mówi, zdarzyło się naprawdę.
— Mój panie…
— Smok nas połknął. Olbrzymka nie kłamie.
Carabella parsknęła śmiechem.
— Kiedy podczas snu dowiedziałam się, kim jesteś naprawdę, uwierzyłam we wszystko bez cienia wątpliwości. Jeśli mi jednak móc
— W smoku — przerwał jej Valentine — były wielkie filary podtrzymujące sklepienie żołądka, był otwór, przez który co kilka minut napływała woda, a z nią cała ławica ryb, były wici, które napędzały ryby o zielonego stawu, w stawie był sok trawienny, a w nim rozkładające ryby, co i nas by czekało, gdybyśmy mieli mniej szczęścia. Czy o tym opowiadała olbrzymka? A może myślisz, że spędzaliśmy czas na morzu wymyślając bajki, które miałyby zabawiać potomnych? i Carabella otworzyła szeroko oczy.
— Olbrzymka opowiadała to samo. Ale my myśleliśmy…
— Zapewniam cię, że mówiła prawdę, Carabello.
— A zatem jest to cud, a wy będziecie sławni po wsze czasy.
— Ja już jestem sławny — powiedział Valentine, uśmiechając się, kwaśno. — Jako Koronal, który stracił tron i z braku królewskiego zajęcia stał się żonglerem. Będzie się o mnie niebawem śpiewać ballady, jak śpiewa się o Pontifexie Arioku, który stał się Panią Wyspy. Smok to tylko drobne upiększenie legendy, jaką sam wokół siebie stworzyłem. — Nagle zachmurzył się. — Mam nadzieję, że nikomu tych ludzi nie powiedziałaś, kim jestem?
— Ani słowa, mój panie.
— W porządku. Zatrzymaj to w tajemnicy. Już i tak każemy im wierzyć w zbyt wiele niepojętych spraw.
Ogorzały od słońca wyspiarz, z wielką szopą jasnych włosów na głowie, co wydawało się tutaj obowiązującą modą, przyniósł Valentine'owi tacę pełną jedzenia — gorący bulion, kawałek kruchej pieczonej ryby i kilka trójkątnych plastrów owocu o miąższu w kolorze indygo, poznaczonym delikatnymi szkarłatnymi pestkami. Valentine dopiero teraz zdał sobie sprawę, jak bardzo jest głodny.
Po posiłku wyszedł z Carabella na spacer brzegiem morza.
— Znowu myślałem, że straciłem cię na zawsze — odezwał się cicho. — Że już nigdy nie usłyszę radości w twoim glosie.
— Czy znaczę dla ciebie tak wiele, mój panie? — Więcej, niż potrafiłbym wyrazić — zapewnił ją gorliwie. Carabella uśmiechnęła się smutno.
— To tylko takie miłe słówka, prawda, Valentine? Mówię do ciebie Valentine, choć stale pamiętam, że jesteś Lordem Valentinem. Ile wspaniałych kobiet oczekuje cię na Górze Zamkowej?
Myślał już o tym niejednokrotnie. Czy zostawił tam kogoś, kogo kochał? Czy miał wybraną narzeczoną? Ile jeszcze tajemnic kryje przed nim przeszłość? A jeśli zdobędzie Zamek, a naprzeciw wyjdzie kobieta, która dochowała mu wierności?
— Nie — rzekł stanowczo. — Jesteś moja, Carabello, a ja jestem twój i cokolwiek się kiedyś wydarzyło, niech na zawsze pozostanie przeszłością. Teraz mam inną twarz. Mam inną duszę.