Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
- Автор: Силверберг Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-017-0
- Переводчик: Helena Michalska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
Ale tym razem nic nie zakłóciło pielgrzymom podróży. Zatrzymali się po drodze w czterech portach — Hellirache, Sempifiore, Dimmid i Guadeloom — po wodę i po wiktuały; spokojnie minęli Rodamaunt Ounze, ostatnią wyspę Archipelagu, i weszli w Kanał Ungehoyer, który oddzielał Archipelag od Wyspy Snu. Był to szeroki i płytki szlak morski, obfitujący w ryby wszelkiego rodzaju i inne nadające się do odłowu stworzenia. Wyspiarze łowili na całych jego wodach, nie zapuszczali się jednak na najbardziej położone na wschód pięćset mil, które wchodziły w zasięg uświęconej strefy Wyspy. W tych wodach żyły nieszkodliwe stwory zwane wolewantami, wielkie i baloniaste, na stałe zakotwiczone do podwodnych skał. Odżywiały się przesączanym przez skrzela planktonem i stale wydzielały strumień odżywczej substancji wykorzystywanej z kolei przez olbrzymią ilość żyjących w pobliżu drobnych organizmów. W ciągu kilku dni Valentine zdążył się dokładnie przyjrzeć tym nabrzmiałym, kulistym worom o ciemnokarminowej barwie, mierzącym w poprzek mniej więcej pięćdziesiąt do osiemdziesięciu stóp. Valentine wyobraził sobie, że ciemne półkoliste plamy, które miały na skórze, to są ich oczy, usta i nos, i z zadumą spoglądał w poważne, melancholijne twarze stworów, które musiały z wielką mądrością i filozoficznym spokojem podchodzić do tego, co działo się wokół ich unieruchomionych ciał. Morze przypływało, morze odpływało, a w ich życiu nie zachodziły żadne zmiany.
— One napawają mnie smutkiem — zwierzył się Carabelli. — Na zawsze uwiązane do podwodnych głazów, kołysane kapryśnymi prądami, ubezwłasnowolnione. Co myślą o swoim losie?
— A co mają myśleć? Przecież to są jakieś prymitywne balony, nie mądrzejsze od gąbek!
— Przyjrzyj się im uważnie, Carabello. One się wyrywają, chcą fruwać, wznosić się ku wyżynom — patrzą w niebo i na cały napowietrzny świat i tęsknią, by wyjść mu naprzeciw. Niestety, mogą tylko wisieć pod powierzchnią wody i kołysać się, i napełniać swe brzuchy niewidzialnymi żyjątkami. Inny świat leży tuż przed nimi, ale gdyby weń wstąpiły, pewnie spotkałaby je śmierć. Czy nie czujesz się poruszona ich losem?
— Miałabym się przejmować takimi głupstwami? — skwitowała całe te rozważania Carabella.
Następnego dnia po tej rozmowie “Królowa Rodamaunt" spotkała w kanale pięć łodzi rybackich, których załogi były zajęte odrywaniem wolewantów od skał. Następnie wyciągano je na powierzchnię morza, potem rozcinano, dzielono na drobne kawałki i składano na pokładach w stosy, niczym płaty skóry. Valentine był przerażony. Kiedy będę Koronalem, pomyślał, zakażę zabijania tych stworzeń. Jednak po chwili zapytał sam siebie, czy aby na pewno przy stanowieniu praw należy kierować się samym tylko współczuciem. Może trzeba najpierw poznać istotę rzeczy? Zapytał Namurintę, do czego się używa powłok wolewantów.
— Mają właściwości lecznicze — odpowiedziała zapytana. — Pomagają starcom, kiedy w ich żyłach krew powoli zastyga. Lekarstwo zrobione z powłoki jednego zaledwie stworzenia wystarcza starszemu pokoleniu ze wszystkich wysp na rok albo i dłużej.
Kiedy znowu będę Koronalem, przyrzekł sobie Valentine, powstrzymam się od wypowiadania sądów, póki nie poznam całej prawdy, o ile poznanie całej prawdy jest w ogóle możliwe.
Niemniej jednak obraz głębokiej zadumy wolewantów prześladował go jeszcze długo. Odetchnął z ulgą, kiedy minęli zamieszkiwaną przez nie strefę i wypłynęli na chłodne, niebieskie wody obmywające Wyspę Snu.
Rozdział 7
Majacząca na wschodzie Wyspa powiększała się z każdą godziną. Valentine widywał ją jedynie w snach albo wtedy, kiedy puszczał wodze fantazji, opierając swoje wyobrażenia na nikłych wspomnieniach z przeszłości. Zupełnie nie był przygotowany na to, co zastanie na miejscu.
Była ogromna. Bezkresna. Co prawda, na planecie o tak gigantycznych rozmiarach również rozmiary Wyspy dla nikogo nie powinny być zaskoczeniem, ale Valentine przyzwyczaił się do myśli, że musi to być miejsce, na które łatwo się dostać, i spodziewał się czegoś, co będzie dwa, no, może trzy razy większe niż Rodamaunt Graun. Jakże się mylił! Wyspa Snu, widział to jak na dłoni, zajmowała cały horyzont i wyglądała jak wybrzeże Zimroelu, wówczas, gdy “Brangalyn" znajdowała się o dzień czy dwa dni drogi od Piłiploku. Jeśli to była wyspa, to również wyspami były Zimroel, Alhanroel i Suwael. I chyba tylko dlatego Wyspa była wyspą, że kiedyś nie nazywano jej kontynentem. No, może jeszcze dlatego, że kontynenty Majipooru były kolosalne, a ona zaledwie ogromna.
Oślepiała blaskiem. Podobnie jak północny cypel u ujścia rzeki Zimr w Piliploku, tak i ona kończyła się białym kredowym urwiskiem i właśnie teraz to urwisko płonęło, odbijając promienie popołudniowego słońca. Białe ściany wznosiły się na setki stóp w niebo, a zachodnie brzegi Wyspy ciągnęły się na przestrzeni kilkuset mil. Z bielą urwiska kontrastowała wieńcząca je ciemnozielona korona lasu, z której, jak się zdawało, wyrastała następna biała ściana, również obrzeżona zielenią, a potem trzecie urwisko, jeszcze bardziej oddalone od morza, przez co Wyspa sprawiała wrażenie kolosalnych schodów przeplatanych zielonymi podestami, schodów, które wiodły do jakiejś tajemniczej i niedostępnej twierdzy. Valentine słyszał o tarasach Wyspy, ale sądził, że były starą, może nawet rozsypującą się już sztuczną konstrukcją, symbolicznymi stopniami prowadzącymi do kolejnych wtajemniczeń. Okazało się, że Wyspa i tarasy to jedność, że są one naturalne i że dodają jej tajemniczości. A więc tak wyglądała siedziba świętej mocy Majipooru!
— Za tamtym przesmykiem — powiedziała Namurinta wskazując ręką przed siebie — leży port Taleis, do którego zawijają statki z pielgrzymami. Wyspa ma jeszcze drugi port, Numinor, po przeciwnej stronie, na wprost Alhanroelu, ale skoro jesteście pielgrzymami, chyba musicie o tym wszystkim wiedzieć.
— Nie mieliśmy dużo czasu na naukę — rzekł Valentine. — Ta pielgrzymka zaskoczyła nas znienacka.
— Czy zamierzacie spędzić resztę życia w służbie u Pani? — spytała. — Chcemy jej służyć, to prawda, myślę jednak, że nie tutaj. Dla niektórych z nas Wyspa jest tylko przystankiem na dłuższej drodze.
Namurintę chyba zaskoczyła odpowiedź Valentine'a, ale powstrzymała się od dalszych pytań.
“Królowa Rodamaunt" szybko zbliżała się do Taleis popychana rześkim wiatrem wiejącym z południowego zachodu. Wkrótce wielka kredowa ściana w całości wypełniła przestrzeń między niebem a ziemią, między wschodem a zachodem, a przesmyk okazał się wielką przystanią u podnóży urwiska. Trimaran wchodził do portu pod pełnymi żaglami. Valentine stał na dziobie, z włosami rozwiewanymi przez wiatr. Był wstrząśnięty wyglądem miejsca, do którego przybijali: urwisko opadało niemal pionowo, a od morza dzielił je zaledwie wąski skrawek lądu obrzeżony szeroką białą plażą. Po jednej stronie zatoczki rozłożyły się przystanie i doki, dziwnie małe i przykurczone na tle gigantycznego amfiteatru. Trudno było sobie wyobrazić, jak można dostać się z tego przycupniętego u stóp urwiska portu do wnętrza Wyspy. To miejsce stanowiło naturalną fortecę.