Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
Obfite piersi, pełne biodra - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Obfite piersi, pełne biodra

Электронная книга - «Obfite piersi, pełne biodra». Краткое содержание книги:

Obfitymi piersiami i pełnymi biodrami natura obdarza kobiety z rodziny Shangguan, mieszkającej w małej chińskiej wiosce, w prowincji Shandong. Od obfitych piersi i matczynego mleka uzależniony jest narrator powieści, długo wyczekiwany syn, brat ośmiu starszych sióstr. Losy rodziny ukazane są na tle wydarzeń historycznych, począwszy od Powstania Bokserów w 1900 roku, poprzez upadek dynastii Qing, inwazję japońską, walki Kuomintangu z komunistami, „rewolucję kulturalną”, aż do reform gospodarczych. Na prowincji życie toczy się jednak obok wielkich przemian, rządzą tam najprostsze instynkty, a podstawową wartością jest przetrwanie.
W powieści Obfite piersi, pełne biodra wszystko jest trochę oderwane od rzeczywistości, pełne makabrycznych zdarzeń i wynaturzonych postaci, ocierające się o magię – a jednocześnie opisane prostym, niezwykle obrazowym językiem, przesycone ironią i czarnym humorem. Zręczność stylistyczna i wybujała fantazja Mo Yana powodują, że lektura wciąga na długo – jest to jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, mimo że ogłuszają, wyprowadzają z równowagi.
1 ... 75 76 77 78 79 80 81 82 83 ... 185
Перейти на страницу:

Spory, cytrynowy wąż posuwał się w dół po jednym ze świerkowych bali. Miał płaską głowę, przypominającą łopatkę do nakładania ryżu i purpurowy, ruchliwy język, który raz po raz wystawiał na zewnątrz. Ilekroć dosięgał głową granicy kamienia, zginał się pod kątem prostym i płynnie zakręcał, kierując się w stronę szczurów pośrodku. Zwierzaki wystawiały pazury, piszcząc przeraźliwie. Gdy głowa węża posuwała się naprzód w linii prostej, owinięte wokół pręta grube ciało sunęło po spirali, jakby to nie wąż, lecz pręt wykonywał ruch obrotowy. W pobliżu środka kamienia głowa węża uniosła się gwałtownie, co najmniej na stopę w górę; zwierzę wygięło się niczym unoszona dłoń, jego szyja skróciła się, rozpłaszczyła i rozszerzyła, ukazując gęsty, siateczkowaty wzór. Wąż wystawiał i chował język coraz szybciej, co wyglądało naprawdę złowrogo, z jego pyska wydobył się mrożący krew w żyłach syk. Szczury skuliły się, popiskując i poskrzekując; skurczyły się co najmniej o połowę. Jeden z nich stanął słupka i wystawił przednie łapy, uzbrojone w pazury, tak jakby trzymał w nich książkę; sprężył się i wyskoczył w górę, prosto w szeroko rozwartą paszczę w kształcie rombu. Wąż zamknął pysk – połowa szczura pozostała na zewnątrz, komicznie machając długim sztywnym ogonem.

Sima Ku siedział na porzuconym na ziemi świerkowym balu, niemiłosiernie potargany, z głową zwieszoną na piersi. Trzymał na kolanach Drugą Siostrę; przewieszona przez jego łokieć szyja żony była mocno naciągnięta; otwarte szeroko usta tworzyły czarną czeluść na tle bladej twarzy. Druga Siostra była martwa. Babbitt siedział tuż obok; jego młodzieńcze oblicze miało wyraz twarzy starca. Szósta Siostra opierała się górną połową ciała na jego kolanach, dygocząc, a Babbitt gładził jej ramiona opuchniętymi od wilgoci dłońmi. Przy spróchniałych drzwiach jakiś chudy człowiek usiłował popełnić samobójstwo. Spodnie zsunęły mu się na uda; szarawe slipy miał uwalane błotem. Próbował przymocować bawełniany pasek do framugi nad wrotami, ale nie mógł jej dosięgnąć – podskakiwał raz po raz, lecz nie wystarczało mu sił. Żałosny widok. Rozpoznałem go po wydatnej potylicy – był to wuj Simy Lianga, Sima Ting. W końcu zmęczył się, podciągnął spodnie i przepasał się z powrotem, odwrócił się do ludzi z zawstydzonym uśmiechem, usiadł w błocie i rozpłakał się.

Od strony pól zawiał poranny wiatr, rozbijając się bezczelnie po blaszanym dachu, niczym zmokły kocur z lśniącym karpiem w pysku. Krwistoczerwone słońce wypełzło z zalanych wodą dolin, mokre i wyczerpane. Rzeka Wodnego Smoka groziła wylaniem; pędzące fale grzmiały ogłuszająco w porannej ciszy. Siedzieliśmy na kamieniu, nasze spojrzenia krzyżowały się z czerwonymi, mglistymi promieniami. Na wymytych całonocnym deszczem szybach okien nie było ani jednej plamki; dach ani drzewa nie zasłaniały nam widoku na sierpniowe pola. Strumienie deszczu zmyły kurz z ulicy przed młynem, odsłaniając twardą warstwę orzechowobrunatnej ziemi, która lśniła jak pociągnięta lakierem. Dwa na wpół martwe, duże srebrne karpie leżały porzucone na ulicy, niczym statki, które osiadły na mieliźnie, trzepocząc ogonami. Dwóch mężczyzn w szarych mundurach, wysoki chudzielec i niski grubas, wlokło się ulicą, niosąc bambusowy kosz z kilkunastoma wielkimi rybami – były wśród nich karpie, karpie trawiaste, a nawet srebrnoszary węgorz. Zauważywszy leżące na ulicy ryby, popędzili z entuzjazmem w ich stronę, nie wypuszczając kosza – poruszali się bardzo niezdarnie, jak żuraw i kaczka związane sznurkiem.

– Wielki karp! – oznajmił mały grubas.

– Dwa karpie! – dodał wysoki chudzielec.

Gdy schylali się po ryby, niemal rozpoznałem ich twarze – prawdopodobnie byli to kelnerzy, którzy usługiwali na przyjęciu weselnym Szóstej Siostry i Babbitta. Szpiedzy Niezależnego Batalionu… Przypatrywali im się strażnicy stojący u wrót młyna. Dowódca straży ziewnął i zbliżył się do nich.

– Hej, Gruby Liu i Chudy Hou! Jest takie powiedzonko: „Znaleźć jaja w jego spodniach to tak, jakby łowić ryby na suchej ziemi" – zaśmiał się dowódca.

– Panie komendancie Ma – rzekł Chudy Hou – pewnie jesteście nieźle zmordowani…

– Zmordowani jak zmordowani, ale głodni jak psy…

– Proszę wpaść na zupę rybną – zaproponował Gruby Liu – po tak wielkim zwycięstwie armię należy nakarmić i napoić.

– Tych parę rybek… Na armię nie wystarczy, ale dla was, chłopaki, będzie w sam raz – odrzekł komendant Ma.

– Panie komendancie, jest pan oficerem, wyższej czy niższej rangi, wszystko jedno. Oficer powinien umieć poprzeć dowodami wszystko, co mówi, a krytykując – zważać na względy polityczne. Nie powinien pozwalać sobie na nieodpowiedzialne wypowiedzi – oznajmił Chudy Hou.

– Żartowałem tylko. Nie bierzcie tego tak serio! – odparł Ma. – Nie widziałem cię parę miesięcy, zrobiłeś się bardzo wymowny!

Gdy tak się przekomarzali, na tle czerwonej zorzy poranka zobaczyłem matkę. Szła ulicą bardzo powoli i ciężko, lecz zdecydowanie.

– Mamo! – zaszlochałem, zeskakując z kamienia. Chciałem pofrunąć jej na spotkanie, lecz upadłem ciężko w błoto.

Kiedy oprzytomniałem, zobaczyłem zaniepokojoną twarz Szóstej Siostry. Sima Ku, Sima Ting, Babbitt, Sima Liang – wszyscy stali wokół mnie.

– Mama przyszła – powiedziałem do Szóstej Siostry. – Na własne oczy widziałem, mama tu była!

Wyrwałem się z objęć siostry i ruszyłem biegiem w stronę wrót, wpadając po drodze głową na czyjąś rękę. Zachwiałem się, lecz pobiegłem dalej, przedzierając się z wysiłkiem przez tłum. W końcu wyrosły przede mną spróchniałe wrota. Waląc pięściami w drewno, krzyczałem:

– Mamo! Mamo!

Jakiś żołnierz wetknął czarną lufę pistoletu maszynowego w dziurę w desce.

– Spokój tam, po śniadaniu was wypuścimy! – usłyszeliśmy surowy głos.

Matka także usłyszała moje wołania i przyśpieszyła kroku. Przebrnęła przez rów na poboczu drogi i skierowała się prosto do wrót młyna.

– Wstęp wzbroniony, cioteczko! – próbował ją zatrzymać dowódca straży.

Matka wyciągnęła ręce przed siebie, odepchnęła go bez słowa i poszła dalej. Jej twarz lśniła czerwoną poświatą, jakby była zalana krwią; usta wykrzywiał gniewny grymas.

Strażnicy pośpiesznie zwarli szyki, ustawiając się w kordon przypominający czarny mur.

– Stać! Proszę się zatrzymać, proszę pani! – Dowódca straży złapał matkę za ramię, zatrzymując ją w miejscu.

Matka próbowała strząsnąć z ramienia jego dłoń.

– Kim pani jest? Co pani tu robi? – spytał stanowczo, po czym mocno ją odepchnął, aż cofnęła się o parę kroków, omal się nie przewracając.

– Mamo! – płakałem za drzwiami.

Oczy matki miotały niebieskie błyskawice, jej wykrzywione usta nagle się otworzyły, z gardła wydobył się charkot. Ruszyła w stronę wrót, nie zważając na otoczenie.

Dowódca straży Ma pchnął matkę z całej siły. Wylądowała w rowie, chlapiąc wokoło, przeturlała się w wodzie i natychmiast stanęła na nogi. Woda sięgała jej aż po pępek. Wygramoliła się z rowu, kompletnie przemoczona; do jej włosów przylgnęła brudna piana. Zgubiła jeden but, lecz pokuśtykała z powrotem w stronę bramy, kroczek za kroczkiem, na swoich maleńkich, okaleczonych krępowaniem stopach.

1 ... 75 76 77 78 79 80 81 82 83 ... 185
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)