Wszystko czerwone
- Автор: Хмелевская Иоанна
- Год: 2013
- Язык: польский
- Жанр: Иронические детективы
Электронная книга - «Wszystko czerwone». Краткое содержание книги:
– Nie jest tak źle, zdarłam sobie trochę skуrę, nic takiego…
– No i widzisz, zachciało ci się napadu – powiedziałam nerwowo. – Masz napad…
– Jechał ostro, tam się skądś pokazał i skręcił zaraz za nią! Specjalnie! – upierał się Paweł. – Potem odbił z powrotem na prawo i prysnął jak świnia! Myślałem, że to Alicja…
– Czym cię uderzył? – spytała gwałtownie Zosia. – Pokaż tę nogę… Pokaż ten łokieć! Możesz iść? To trzeba natychmiast opatrzyć! To cud, że trafiłaś w te miękkie krzaki!
– Średnio miękkie – poprawiła Elżbieta z lekkim niesmakiem. – Usłyszałam go i obejrzałam się, możliwe, że się trochę cofnęłam i dlatego pchnął mnie bokiem. Błotnikiem albo zderzakiem, nie wiem. Aha, jeszcze tu mnie coś boli… Zaraz, kapelusz…!
Podniosłam kapelusz i znalazłam w zaroślach jej torebkę i torbę na zakupy.
– Oczywiście, znуw czerwone! – powiedziała Zosia ze wstrętem, oglądając się na kapelusz. – Znienawidzę ten kolor!… Powinnyśmy były wczoraj przewidzieć… Zostaw to świństwo!
– Wykluczone! – zaprotestowała Elżbieta z niezwykłą, jak na nią, gwałtownością. – Mało, że mam siniaki, to jeszcze mam stracić kapelusz?
W godzinę pуźniej, kiedy wrуciła Alicja, Elżbieta siedziała na kanapie, już opatrzona, obandażowana, oklejona plastrami, z okładem na nodze. Gdzieniegdzie spuchła, gdzieniegdzie zaczynała sinieć, ale w gruncie rzeczy nie stało jej się nic poważnego. O kartoflach zapomniałyśmy kompletnie i rozgotowały się na miazgę, a w rozrzuconą na podłodze rybę wlazł Paweł. Obiad trzeba było zaczynać od zera.
– A więc jednak to Anita! – zawyrokowała Alicja stanowczo. – Wszystko przez ten cholerny kapelusz! Oprуcz was tylko ona wiedziała, zobaczyła kapelusz i myślała, że to ja!
– A właśnie, że nie!!! – wrzasnęła nagle Zosia jakimś okropnym głosem i wyrżnęła patelnią w kuchnię. – Tuż przedtem dzwoniła Ewa!!! Szlag może trafić!!! Pytała, czy Alicja chodzi w tym cudownym kapeluszu, żeby to jasny piorun trafił!!!
– Jak to, Ewa,..? – spytałyśmy, nieco zbaraniałe. Zosia uspokoiła się nieco i odstawiła patelnię. Okazało się, że Anita po wyjściu od nas wpadła na chwilę do Ewy do szpitala i opowiedziała jej o kapeluszu Alicji, opisując go z najdrobniejszymi szczegуłami. Była tak przejęta jego urodą i urodą Alicji w nim, że zaraziła i Ewę, ktуra zadzwoniła z ciekawości.
– One to chyba robią specjalnie – zakończyła z goryczą.
– Przy kierownicy siedział facet – wtrąciła Elżbieta.
– Co za facet? Widziałaś go? Słuchaj, obejrzałaś się przecież, może coś pamiętasz?!
– Owszem, pamiętam – odparła Elżbieta ze spokojem. – Rękawiczki.
– Jakie rękawiczki?
– Jego. Trzymał ręce na kierownicy i jedyne, co dostrzegłam, to rękawiczki. Mogę wam je opisać.
– No to opisz, na litość boską! Nareszcie jakiś ślad mordercy!…
– Bardzo ciemnoszare, nawet marengo. Samochodowe, takie z dziurą na grzbiecie i z małymi dziurkami dookoła. Z grubymi szwami, szytymi czarną nitką, z bardzo krуtkim mankietem, zapięte na czarne guziczki. W razie potrzeby mogę rozpoznać guziczki.
– O rany, genialne! – westchnął z zachwytem Paweł.
– Jakim cudem tak je zapamiętałaś? – zdziwiła się Alicja.
– W ogуle nie widziałam nic innego. Miałam wrażenie, że wjeżdżają na mnie rękawiczki i utkwiły mi w oczach. Cały czas je widzę. Obie ręce trzymał z lewej strony kierownicy. Jeśli koniecznie wam na tym zależy, mogę złożyć zeznania.
– Pan Muldgaard! – krzyknęła Alicja i zerwała się z miejsca. – Niech tu natychmiast przyjeżdża!…
Dopiero po odjeździe pana Muldgaarda, ktуry przybył w pуł godziny w towarzystwie dwуch specjalistуw, zebrał informacje, obejrzał miejsce wypadku, wydedukował rodzaj uszkodzeń na samochodzie, pokiwał głową i odjechał, przypomniałyśmy sobie o paczce Herberta.
– Zostawił ją w biurze – powiedziała Alicja beznadziejnie. – Zabrał z samochodu, ktуry zabrała żona, i zostawił w biurze, a ja się z nim spotkałam u adwokata. Nie chciało mi się jeszcze potem jechać do jego biura, zwłaszcza, że on się śpieszył. Umуwiłam się, że mi jutro podrzuci.
– Ja do was nie mam zdrowia – stwierdziła Zosia ponuro i nagle odwrуciła się do Pawła. – Dlaczego krzyknąłeś przez okno, że Alicja idzie?
– No jak to, przez ten kapelusz – odparł, nieco wystraszony, bo Zosia zadała mu pytanie wręcz napastliwie. – Wczoraj, jak szedłem spać, zostało uzgodnione, że go będzie nosić. W ogуle nie mogłem zrozumieć w pierwszej chwili, dlaczego ta ofiara to nie Alicja, tylko Elżbieta. Byłem pewien…
– Morderca też był pewien – mruknęła Alicja z nietaktowną satysfakcją.
Elżbieta czuła się nieco rozbita. Chodzić wprawdzie mogła, ale z największym trudem, zdecydowała się więc zostać na noc. Problem, gdzie ją położyć, żeby nie narazić na następny zamach, zajął nam resztę czasu. Prawdopodobnie zgłupiałyśmy już z tego wszystkiego do reszty, bo wiadomo było przecież, że zbrodniarz posiedzi spokojnie, dopуki się nie przekona, że znуw trafił kogoś niewłaściwego. Ulokowaliśmy ją w końcu w pokoju po Włodziu, Marianne, Agnieszce i Bobusiu, na łуżku Alicji zostawiłyśmy kukłę, Alicja zaś przygotowała sobie posłanie na kanapie. Pozamykałyśmy starannie wszystkie drzwi i okna i uznałyśmy, że powinno być bezpiecznie.
Umyłam się, jak zwykle, ostatnia, pogasiłam światła i zamierzałam iść spać, ale po krуtkim namyśle zdecydowałam się zrobić sobie jeszcze trochę herbaty. Od emocji zaschło mi w gardle. Zasunęłam zasłonę, żeby światłem nie obudzić Alicji, ktуra już pochrapywała, i sięgnęłam ręką do kontaktu. Sięgnęłam od gуry, macając po ścianie, i trafiłam prosto w przymocowany nad kuchnią słуj z solą. Okropnie nie lubię wkładać ręki do soli, bo mi włazi za paznokcie, wzdrygnęłam się zatem i wyszarpnęłam ją nieco zbyt gwałtownie. Słуj wyskoczył z podstawki i runął na kuchnię, a z niej na podłogę, zrzucając przy okazji patelnię.
W pięć sekund pуźniej w kuchni byli wszyscy, z wyjątkiem Elżbiety. Zosia i Paweł wypadli z korytarzyka. Alicja zaplątała się w zasłonę. Nie mając już przeszkody w postaci soli, znalazłam kontakt i zapaliłam światło.