Magom wszystko wolno
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Magom wszystko wolno». Краткое содержание книги:
Roześmiałem się, czując jak koszula obrzydliwie lepi mi się do pleców.
- Nie strzęp języka, Ondra. Wyjdź, porozmawiamy... Na przykład o tym, kto wytrzebił twoją rodzinę. I komu, prawem silniejszego, odebrałeś zaklęcie Ochrony...
- Ochrony nie można odebrać - odparł głos po chwili. - Dlatego jest ona Ochroną. Ale gdy dwie osoby posiadają Rdzenne zaklęcie, zwycięża silniejszy. Prawda?
W pytaniu zabrzmiała groźba.
Byłem głodny i chciało mi się pić. Chciałem się wydostać na światło dzienne. Żółtobrunatny obraz świata sprzyja depresji.
- Jeśli chcesz, opowiem ci - powiedział głos niemal beznamiętnie. - Nigdy nie miałem tak wdzięcznego słuchacza. Nigdy do mnie nie podchodzili tak blisko; wszystkich zabijałem, nie pytając o imię.
Rozległ się odgłos, który w przybliżeniu można by nazwać śmiechem.
- Pokaż się - zaproponowałem.
- Nie - stwierdził głos. - Chcesz mnie zabić, a ja mogę się tylko chować. Poczekam więc, aż skończy się ważność twojej Kary, a potem cię zabiję. Razem z sekretami, które poznałeś.
- Potrzebne mi twoje sekrety - powiedziałem ze złością.
- To nieistotne - cicho oznajmił głos. - Nie ma żadnego znaczenia, czy są ci one potrzebne, czy nie.
* * *
Jego pradziad miał dwóch synów, obaj byli magami ponad rangą. Obaj pretendowali do odziedziczenia zamku, tytułu i Rdzennego zaklęcia Ochrony.
Pod ochroną Rdzennego zaklęcia pradziad żył długo i szczęśliwie. I umarł ze starości w wieku stu jeden lat. W tym czasie obaj jego synowie też mieli już swoje lata. I każdy był głową licznego klanu synów, córek, zięciów, wnuków, wnuczek i prawnuków.
Dopóki patriarcha żył, oba klany znajdowały się w stanie wojny partyzanckiej. Bez przerwy komuś przydarzały się nieszczęścia; wywracała się karoca, albo spadał na głowę jakiś głaz, niektórzy z krewnych po prostu znikali bez śladu. Wczesne wspomnienia Ondry wypełnione były nieoczekiwanymi pogrzebami, nagłymi nocnymi alarmami i strachem, strachem, strachem.
Ondra pamiętał, że jako pięcioletni smarkacz przyszedł podpuszczony przez jednego z wujków do pokoju „starego dziadka” i wysokim, naiwnym głosem zapytał: „Kiedy wreszcie zdechniesz, dziadku?”.
„Po tobie, wnuczku”, pieszczotliwie odpowiedział patriarcha.
Nikt nie jest jednak wieczny i starzec się przeliczył. Właściciel Ochrony, który nigdy nie zdejmował z głowy żółtej obręczy, mimo wszystko ustąpił żądaniom nieprzekupnej kostuchy. Wtedy sytuacja stała się bardziej interesująca, gdyż okazało się, że rdzennego zaklęcia nie może przejąć nikt, prócz jedynego dziedzica.
Klany zwarły się ze sobą w walce, jednak żaden z nich nie był w stanie odnieść ostatecznego zwycięstwa. Szale wciąż się przechylały; królujący w ojcowskim zamku chwilowy faworyt losu przemieniał wrogie rodziny - niebędących magami kobiety i dzieci - w krety. Pozostawali oni podziemnymi stworzeniami, dopóki któryś z magów ich klanu nie wdarł się siłą lub podstępem do zamku. Wówczas szale losu przechylały się znowu i odwracała sytuacja. Zwycięzcy osiedlali się w zamku, a pokonani ryli nory pod ogrodami okolicznych chłopów.
Przez cały ten czas niepogrzebany trup patriarchy leżał na stole w salonie i żółta obręcz wciąż pozostawała przy nim. Dziedzictwo było dla braci niedostępne. Czekało na koniec wojny klanów.
Ondra żył pod ziemia od piątego do siódmego, od dziesiątego do dwunastego i od czternastego do piętnastego roku życia. Mając lat piętnaście znalazł w sobie dość sił, by samodzielnie przemienić się z kreta w człowieka. Rzadkowłosy, bardzo wysoki i chudy, nienawidzący całego świata wyrostek jako pierwszy zrozumiał, że sojuszników w wojnie o dziedzictwo nie ma i być nie może.
Klany w tym czasie solidnie się przerzedziły. Oczywiście, krety mnożyły się także pod ziemią, jednak ich potomstwo nigdy nie stawało się ludźmi. W chwili, kiedy Ondra dokonał wyboru, przy życiu pozostało troje jego kuzynów, wujek (ten sam, który kiedyś zaproponował pięcioletniemu chłopcu, aby wszedł do sypialni dziadka z nieskromnym pytaniem) i jakaś ni to kuzynka, ni przyrodnia siostra, z którą Ondra przeżył pierwsze miłosne doświadczenie w kreciej postaci, w norze pod ziemią.
Po stronie przeciwnej żywych było jeszcze pięciu mężczyzn, Ondra jednak nie orientował się w ich statusie rodzinnym.
Dwa lata później Ondra był już jedynym potomkiem swojego pradziada; jedynym żywym i pełnoletnim potomkiem płci męskiej. Po wejściu do salonu, bez przeszkód zdjął z czerepu pradziadka budzącą zawiść żółtą obręcz i stał się właścicielem Rdzennego zaklęcia Obrony; dożywotnim zwycięzcą.
Pozostałych krewnych, którzy jeszcze pozostali przy życiu - kobiety i dzieci - bez wahania pozamieniał w krety. Na zawsze. I zaczął królować na wysokim tronie pradziadka.
Miał siedemnaście lat. Życie dopiero się dlań zaczynało.
Bardzo szybko pojął, że nie podoba mu się życie na zamku, gdzie na biesiadnym stole przez dwanaście lat leżał niepochowany trup, a cała okolica zryta jest krecimi norami. I zaczął podróżować Bano się go. Z własnego doświadczenia wiedział, że ten, kto wzbudza strach, powinien sprawdzić zawsze swój kielich, czy ktoś nie wsypał do niego trucizny. Zaczął lękać się własnego cienia; wszędzie widział osoby z dzieciństwa i najemnych zabójców ze sztyletami, zaklęcie Ochrony nie zmniejszało rosnącego w nim strachu.
Zabijał sługi, którym zdarzyło się zajść go od tyłu.
Zabijał osy krążące nad jego talerzem.
Zabijał wszystkich, którzy patrzyli na niego ze strachem. Przed zemstą chroniło go zaklęcie Ochrony.
Zdawał sobie sprawę, że musi jakoś powstrzymać tę rosnącą górę trupów, nic jednak nie był w stanie zrobić.
Gdy zrozumiał, że nie powinien dłużej żyć wśród ludzi, znalazł Marmurową Jaskinię i zaszył się w niej. Tu żył przez długie lata. Podziemne nory przypominały mu najlepsze lata młodości. Był wtedy kretem, lecz żyła wówczas jego matka i młodsza siostrzyczka, kompan zabaw.
Nudził się. Jego jedyną rozrywką było doskonalenie się w magii. Dużo czytał. Marzył o zdobyciu sabai. Wówczas cała informacja świata przyszłaby do niego pod ziemię sama, bez przymusu.
Jakiś czas temu uznał, że dojrzał do powrotu na łono społeczeństwa i że nadszedł koniec odosobnienia. Opuścił jaskinię, doprowadził się do w miarę przyzwoitego wyglądu i udał na poszukiwanie Prawdziwej Sprawy.
Dawna podejrzliwość dawała o sobie znać, jednak liczba trupów znaczących drogę Ondry znacznie się zmniejszyła. Z wiekiem nauczył się panować nad sobą. A że włosy na jego czaszce nie chciały rosnąć, szybko przylgnął do niego przydomek Naga Iglica.
Zdobywając świat, dotarł do Stepowego Księstwa i szybko zorientował się, że książę Driwegocjus ma wielu wrogów, nie mając jednocześnie dostatecznej ochrony.
Żółta obręcz pozwalała Ondrze tworzyć ochronne zaklęcia dowolnej siły. Ondra złożył księciu wizytę, wybrał pierwszego z brzegu lokaja, otoczył go ochronnym kokonem i zaproponował Driwegocjusowi, by zarąbał biedaka mieczem.
Książę, nie zastanawiając się ani sekundy, zdjął ze ściany najcięższy topór bojowy. Lokaj ze strachu stracił przytomność, nie został jednak nawet draśnięty, choć książę siekł go bez najmniejszej litości.
Całkowicie zadowolony z Ondry Driwegocjus wyznaczył mu królewskie wynagrodzenie. Naga Iglica przebrał się w atłasy i jedwabie, w głębi duszy pozostał jednak kretem, synem podziemia, któremu za każdą portierą jawi się zatruty sztylet.
Im cieplej i z większym poważaniem Driwegocjus traktował swego maga, tym bardziej podejrzliwy stawał się Ondra. Książę był dumny z nowego mistrza obrony, a ten węszył w tym jakiś podstęp. Książę klepał Ondrę po ramieniu, a ten doszukiwał się słabych punktów w swej Ochronie. Z obliczeń wynikało, że Rdzenne zaklęcie można obejść tylko za pomocą innego Rdzennego zaklęcia. Taki zbieg okoliczności był mało prawdopodobny, okazało się jednak, że Ondra nie jest nietykalny. To tylko wzmogło jego strach.