Magom wszystko wolno
- Автор: Дяченко Марина и Сергей
- Язык: польский
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Magom wszystko wolno». Краткое содержание книги:
Zapłaciłem; godzina, którą dysponowaliśmy, zeszła na pakowanie i pożegnanie z właścicielem hotelu; ubzdurał sobie, że okantuje mnie na srebrną monetę. A ja dopiero co zostawiłem u młodzieńca całą górkę złota i tym bardziej bezwstydnym wydało mi się oszustwo oberżysty.
Zarówno służba jak i goście zbiegli się, by przyjrzeć się naszej rozmowie. Odszedłem, będąc pewnym, że oberżyście nie przyjdzie już do głowy oszukiwanie gości. Teraz już dobrze wie, że każdy złoczyńca wcześniej czy później zostanie ukarany.
Rozprawą z oberżystą podświadomie odwlekałem pożegnanie z Orą. Nie znoszę bowiem sentymentów. Nie mogłem też jednak odejść sucho i chłodno, jak ktoś obcy.
Na progu wielkiego, mrocznego budynku - „Dalekie przewozy. Terminowo. Drogo. Wyłącznie dla magów” - zatrzymałem się, dając do zrozumienia, że dalej Ora nie ma po co iść; jej podbródek, który od chwili, gdy poinformowałem ją o swojej decyzji, zadarty był nienaturalnie wysoko, uniósł się jeszcze wyżej.
- Proszę czekać na mnie w Północnej Stolicy - rzekłem łagodnie. - Spotkamy się w klubie. Jeśli nadarzy się okazja, skontaktuję się z panią wcześniej. Chciałbym w każdym razie, by o ukaraniu Preparatora dowiedziała się pani z pierwszych ust.
Jej uparty podbródek zadrżał; nie wyniośle, raczej żałośnie. Nie odezwała się jednak.
Obok przejechał, stukając kołami, odkryty powóz; dwie szykowne damy przyglądały się nam bez najmniejszego wyobrażenia o delikatności. Ulica nie była szczególnie tłoczna, nie była też jednak wyludniona; gapiono się na nas. Poczułem przez skórę, że stojąc tak naprzeciw siebie w milczeniu, przyciągamy większą uwagę niż jarmarczny żongler, który zwalił się z nieba.
Wściekając się nie wiadomo na kogo, narzuciłem welon ochronny. Wścibskie spojrzenia przestały nas niepokoić, uczucie niezręczności jednak nie mijało, wręcz przeciwnie. Jakbym odgradzając nas welonem przyznał, że mamy z Orą coś do ukrycia.
Patrzyła przeze mnie. Zagubiona, ze wszystkich sił czepiając się ostatków wyniosłości. Wyglądała żałośnie. W niczym nie przypominała damy, którą niegdyś poznałem w Klubie Kary.
- Uważam, że powinna pani wystąpić z Klubu - rzekłem, patrząc na wysoki kołnierz czarnego płaszcza Ory. - Po powrocie od Preparatora zajmę się pani krzywdzicielem. I nie będę do tego potrzebował glinianej maszkary.
Milczała.
- Nie wątpi pani, mam nadzieję, że wrócę bardzo szybko. Ufam, że pani zaczeka?
- Niech pan będzie przeklęty, Hort - odparła Ora ochryple.
- Niech będzie przeklęty dzień, w którym pana poznałam. Przynosi pan same kłopoty. I co ja mam teraz robić - siedzieć z założonymi rękoma, czekać... wiedząc, czym jest Preparator i jakie ma możliwości...
- Przecież mam Karę - rzekłem łagodnie. - Warto też zauważyć, że sam jestem ponad rangą.
- Mart zi Gorof też jest ponad rangą - rzekła Ora z goryczą. - Mimo to posiekali go, jak żabę.
- Nie wierzy pani we mnie, Oro? - zapytałem. - Nie ma pani do mnie zaufania?
Niezręcznie chwyciła mnie za rękę. Przytrzymała, ściskając mi dłoń twardymi, chłodnymi palcami. Puściła i mocno, wręcz grubiańsko odepchnęła.
- Gdyby miał pan sowę, Hort... Życzyłabym jej zdrowia.
W wyziębłej, łukowato sklepionej piwnicy było zupełnie ciemno. Niemal całą przestrzeń pokoju zajmował stół z nierównym blatem, w kącie znajdowała się lniana zasłona i dwa fotele, w jednym z nich siedział zgarbiony, niemłody mag. Ujrzany nocnym wzrokiem, nie miał szans, by wzbudzić moją sympatię.
- Pan zi Tabor? Jak zdrowie pańskiej sowy?
- Sowa ma się świetnie, dziękuję - odparłem automatycznie.
Mag kiwnął głową.
- Mam na imię Lot zi Korszun i jestem gotów, by wysłać pana choćby do Marmurowej Jaskini, choćby sowie pod ogon.
- Sowiego ogona umowa nie obejmowała - oznajmiłem chłodno.
Te wszystkie maniery dobrodusznego bosmana były starannie wyreżyserowane. Niewątpliwie taki właśnie styl powinien wywołać zaufanie u panów, którzy postanowili wybrać się w projekcyjną podróż. Być może ja, po rozgryzieniu triku, też poczułbym takie zaufanie, gdybym pierwsze spojrzenie rzucił na Lota zi Korszuna w dziennym świetle, a nie w zdradzieckiej ciemności.
Korszun wyczuł me skrywane rozdrażnienie. I od razu zmienił taktykę; jego prostacki ton zamieniła przesadna akuratność.
- Ma pan przed sobą wielką projekcję swej podróży, panie zi Tabor. A oto mała projekcja. - Poszedłem za ruchem jego palca i zobaczyłem szklaną szkatułkę na brzegu stołu, a w niej dużą mrówkę.
- To jest Hort zi Tabor - krótki palec Korszuna postukał w daszek szkatułki. - Gdy tylko będzie pan gotowy, by rozpocząć podróż, ten mały jegomość rozpocznie swoją. Dopóki będzie on znosił niedogodności drogi, może pan odpoczywać w dowolnym z tych foteli. Kiedy podróż zostanie zakończona, na moją komendę wstanie pan i wejdzie za portierę. Na razie niczego tam nie ma - niedbale odsunął lnianą kotarę, ukazując ukrytą za nią kamienną ścianę.
Przyjrzałem się dokładniej.
Cała powierzchnia stołu nie była niczym innym, jak mapą. Wznosiły się niewielkie pagórki, rzeki błyszczały jak szkło. Na drugim końcu stołu znajdowało się coś w rodzaju mrowiska; mój cel, Marmurowe Jaskinie, punkt końcowy, do którego wyruszy zaraz mrówka nosząca moje imię.
Uważnie popatrzyłem na starszego Korszuna - zdaje się, że nie był ponad rangą. Miał pierwszy stopień, nie więcej. Nieźle się urządził.
- Nasza rodzina już od pokoleń zajmuje się magią podróżną - z ukrywaną dumą rzekł młodszy Korszun zza moich pleców. - To, co pan widzi, jest wynikiem wieloletnich wysiłków, realizacją tajemnic, przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Cały system podróżnych zaklęć jest zasługą rodziny Korszunów!
Ty głupolu, pomyślałem. Twoi pradziadowie zdecydowali za ciebie, czym się będziesz, zajmował. A gdybyś chciał zostać, na przykład, artystą albo wojownikiem?
- Panie zi Tabor - z naciskiem rzekł starszy Korszun. - Kiedy projekcja będzie w podróży, cały czas musi się pan tu znajdować. Pod żadnym pozorem nie może pan opuścić przestrzeni projekcyjnej. Dlatego proszę wcześniej załatwić wszystkie potrzeby.
- Minutę temu wyszedłem z toalety - rzekłem znacząco. - Jestem w pełni gotowy. Proszę zaczynać.
* * *
Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego, niż przesiedzenie godziny w fotelu. Nic podobnego. Ciągle musiałem ze sobą walczyć; powstrzymywać nerwowe napięcie, starać się nie bębnić palcami, nie mrugać nerwowo i nie stukać zębami.
Mrówka o moim imieniu sunęła po cienkiej niczym włos drodze; zatrzymując się na rozdrożach, za każdym razem jednak znajdując właściwy kierunek.
Oczy mi łzawiły. Od czasu do czasu musiałem wyciągać chusteczkę i przykładać do powiek.
Za stołem stał, wznosząc ręce, Korszun starszy. Myliłem się, biorąc go za darmozjada, żyjącego na koszt solidnej spuścizny; po twarzy maga pierwszego stopnia ściekały, goniąc się ze sobą, mętne krople potu. Żółta, świecąca kula wielkości pięści - projekcja Słońca - z szaloną prędkością wirował wokół stołu; dla mrówki mijały dni i noce, nie odpoczywała ona jednak, ciągle szła, z każdą minutą zbliżając mnie do Marmurowych Jaskiń.
Przyciskałem do piersi swój dobytek, atrapę Kary, sakiewkę z kamykami i klatkę z sabają.
Migotały, następując jedno po drugim, żółte światło i całkowity mrok. Mrówka parła przed siebie. Każdy nowy „świt” zastawał ją w nowym miejscu; do umownego „mrowiska” zostało mniej, niż jedna trzecia podróży.