Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
- Автор: Силверберг Роберт
- Серия: Kroniki Majipooru #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-017-0
- Переводчик: Helena Michalska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
Zraniony potwór, który miał dziewięćdziesiąt stóp długości, walił ogonem, wznosząc fontanny wody i rozwijając skrzydła, jak gdyby chciał szukać ratunku w powietrzu. Związana z nim liną “Brangalyn” posłusznie poddawała się ruchom walczącego o życie zwierzęcia. Smocze matki rozłożyły opiekuńczo skrzydła, zgarnęły pod nie swoje oseski i zaczęły odpływać bijąc w wodę ogonami, podczas gdy największe sztuki w stadzie po prostu zniknęły, zanurzając się bez najmniejszego wysiłku w morską głębinę. Na polu walki pozostało kilkanaście smoków średniej wielkości. Zdawały sobie sprawę, że stało się coś niepokojącego, gdyż trzymając w pogotowiu na pół rozłożone skrzydła uderzały nimi o wodę i zataczały wokół rannego towarzysza szerokie kręgi, lecz wyraźnie nie były zdolne do podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Tymczasem harpunnik, nadal zachowując zimną krew, znowu dobierał broń i po chwili umieścił w ofierze dwa następne harpuny.
— Łodzie! — ryknął kapitan. — Sieci!
Rozpoczęła się dziwna batalia. Jeszcze raz spuszczono łodzie. Myśliwi, tym razem bez oszczepów, podpłynęli naprzód, a kiedy zbliżyli się do kręgu podnieconych smoków, zaczęli ciskać w wodę czymś, co przypominało granaty i co eksplodowało raz za razem z głośnym hukiem, zalewając przy tym wodę warstwą jasnożółtej farby. Nie wiadomo, co bardziej przeraziło smoki — eksplozje czy farba, w każdym razie zwierzęta z dzikim trzepotem skrzydeł i trzaskaniem ogonów szybko odpłynęły, gubiąc się gdzieś w przestrzeniach oceanu. Pozostała tylko ofiara, wciąż jednak żywa i wciąż silna. Ten smok też usiłował odpłynąć, ale ciągnąc za sobą ciężką “Brangalyn” słabł z minuty na minutę. Załoga łodzi skierowała ją w stronę statku, a kiedy zwierzę było tuż-tuż, wyrzucono za burtę belę grubej sieci, która z pomocą zamontowanego w niej mechanizmu rozwinęła się, po czym opadła na smoka, a kiedy się w nią zaplątał, złożyła się na nowo.
— Kołowroty! Dźwigi! — ryknął Gorzval i sieć uniosła się do góry.
Smok zawisł w powietrzu. Jego ogromna waga spowodowała, że statek przechylił się alarmująco. Wysoko w górze harpunnik podniósł się w swej niszy, aby dobić zwierzę. Chwycił katapultę wszystkimi czterema ramionami i uwolnił zabójczą broń. Jęknął z wysiłku, lecz nie był on daremny, gdyż po chwili powietrze rozdarł głuchy, wydany w śmiertelnej udręce krzyk smoka. Harpun przeszył jego czaszkę tuż za wybałuszonymi wielkimi zielonymi oczami. Potężne skrzydła zagarniały powietrze w ostatnich konwulsjach.
Reszta była zwykłą rzeźnią. Kołowroty zrobiły, co do nich należało, i smok został odtransportowany na miejsce uboju. Potem zaczęło się rozbieranie mięsa. Valentine przyglądał się temu przez chwilę, ale krwawy spektakl szybko wywołał w nim uczucie odrazy: krojenie smoka, troskliwe oddzielanie co cenniejszych organów, odrąbywanie skrzydeł i cała ta reszta. Miał dość. Zszedł na dolny pokład. Kiedy po kilku godzinach znów wzięła w nim górę ciekawość, zobaczył na górnym pokładzie, niczym na wystawie w muzeum, czysty szkielet — wielki biały łuk zwieńczony dziwacznym kolczastym grzbietem. Ale rzeźnikom wciąż było mało — nawet i ten szkielet rozbierali na części.
— Jesteś ponury — powiedziała Carabella.
— Nie mogę w sobie znaleźć zrozumienia i uznania dla tej sztuki.
Valentine zauważył, że w ładowni wystarczyłoby miejsca na całą ławicę smoków, kapitan jednak wybrał ze stada tylko kilka młodych, jednego dorosłego i to nawet nie największego, a reszcie pozwolił odpłynąć. Zalzan Kavol wyjaśnił mu, że przy połowie smoków obowiązują pewne normy zadekretowane przez Koronalów wiele tysięcy lat temu. Według tych norm stada mogą być przerzedzane, ale nie wyniszczane, a kapitan statku, który wraca zbyt prędko z połowów, musi się gęsto tłumaczyć i może zostać poddany surowym sankcjom. Poza tym należy wydobyć smoka z morza przed pojawieniem się innych drapieżników, no i szybko sprawić mięso. Załoga, która poluje zbyt zachłannie, nie jest zdolna przerobić własnego połowu w skuteczny, to znaczy przynoszący zyski sposób.
Zdawało się, że pierwsza zdobycz sezonu rozweseliła nieco załogę Gorzvala. Zaczęto wreszcie dostrzegać pasażerów, a nawet uśmiechać się do nich. Zwolna topniała lodowa bariera milczenia. Morskie wilki wykonywały teraz codzienne obowiązki z mniejszym napięciem i — można rzec — śpiewająco, gdyż oprócz żartów tu i tam podchwytywano słowa marynarskich piosenek.
Valentine i Carabella, słysząc piosenkę, wyszli na rufę. Śpiewali nowicjusze w rybackim zawodzie, ładujący właśnie do beczek smoczy tran. Carabella szybko podchwyciła prostą melodię i zaczęła przebierać palcami po maleńkiej harfie, dodając między wierszami zabawne kadencje.
— Spójrz na Zalzana Karola — powiedziała Carabella. Valentine przebiegł wzrokiem wzdłuż pokładu. W odległym jego końcu, oparty o reling, ze skrzyżowanymi na piersi wszystkimi czterema ramionami, z głębokim cieniem na twarzy stał Skandar. Chyba nie znajdował upodobania w słowach piosenki. Co się z nim działo?