Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]
- Автор: Силверберг Роберт
- Серия: Kroniki Majipooru #1
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-017-0
- Переводчик: Helena Michalska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle - pl]». Краткое содержание книги:
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
— To, na przykład, jest smocze mleko — powiedział Gorzval podając swoim gościom butelkę niebieskawego, prawie przezroczystego płynu. — Za butelkę czegoś takiego w Ni-moya albo w Khyntorze płacą dziesięć koron. Spróbujcie, proszę.
Lisamon Hultin pociągnęła mały łyk i splunęła na podłogę.
— Smocze mleko czy smocze siuśki? — spytała. Kapitan uśmiechnął się lodowato.
— W Dulornie — powiedział — to, co wyplułaś, kosztowałoby cię przynajmniej koronę, a i tak miałabyś szczęście, jeśli w ogóle byś je dostała. — Pchnął butelkę do Sleeta, lecz ten potrząsnął głową przecząco. Pchnął do Valentine'a. Po chwili wahania Valentine podniósł ją do ust.
— Gorzkie — powiedział — i czuć je pleśnią, ale nie takie złe. Do czego służy?
Skandar poklepał się po udach.
— Afrodyzjak! — zagrzmiał. — Pobudza witalność! Rozpala krew! Przedłuża życie! -Wskazał jowialnie na Zalzana Kavola, który, nie zapraszany, pociągnął duży haust płynu. — Widzicie? Każdy Skandar dobrze o tym wie! Mężczyzny z Piliploku nie trzeba namawiać do wypicia smoczego mleka!
— Smocze mleko? — zdziwiła się Carabella. — A więc one są ssakami?
— Tak, oczywiście. Młode wylęgają się z jaj jeszcze w brzuchu matki. W jednym miocie bywa dziesięć, dwanaście sztuk. Po ujrzeniu światła dziennego natychmiast rzucają się do ssania sutków, które samice mają wzdłuż całego podbrzusza. Dziwi cię smocze mleko?
— Myślałam, że smoki są gadami, a gady nie dają mleka.
— Smoki to smoki, i tyle. Napijesz się?
— Nie, dziękuję — odpowiedziała. — Moje siły witalne nie potrzebują żadnych podniet.
Posiłki w kajucie kapitana stanowiły najmilszą część podróży — jak ocenił po pewnym czasie Valentine. Gorzval był dobroduszny i otwarty, jak na Skandara, no i jadał smaczne posiłki z winem i mięsem, różnego rodzaju rybami, a także z doskonale przyrządzanymi potrawami ze smoka. Lecz sam statek, dość niedbale skonstruowany, poskrzypujący i ciasny, nie zapewniał ani odrobiny komfortu, a załoga, w skład której wchodziło kilkunastu Skandarów, jacyś Hjortowie i ludzie, była niekomunikatywna i wręcz wrogo nastawiona do pasażerów. Wyniośli łowcy smoków — nawet taka banda o niezbyt szerokich horyzontach jak załoga “Brangalyn”, statku o zaszarganej opinii — wyraźnie dawali do zrozumienia, że nie są zadowoleni z obcych, plączących się tu i tam i wciskających nos w ich zawodowe tajemnice. Jeden Gorzval cieszył się z niecodziennych towarzyszy podróży, ale może w jego wypadku w grę wchodziła wdzięczność, gdyż to ich pieniądze pozwoliły statkowi raz jeszcze wyjść w morze.
Znajdowali się teraz daleko od lądu, znużeni monotonią zlewającego się morza i nieba, obu jednakowo szarych, jednakowo niebieskich, niezmiennie rozmywających wszelkie poczucie czasu i przestrzeni. Statek trzymał kurs południowo-wschodni a im bardziej oddalał się od Piliploku, tym niebezpieczniejszy i gorętszy stawał się wiatr, z którym przyszło mu się zmagać.
— Nazywam go naszym przesłaniem — powiedział Gorzval — gdyż wieje prosto z Suwaelu. To taki mały prezent od Króla Snów, oczywiście równie wyszukany, jak wszystko inne, co ten władca rozdaje.
Morze było puste; ani wyspy na horyzoncie, ani dryfujących pni, a przede wszystkim żadnego smoka. Tym razem, jak widać, potwory oddaliły się od wybrzeży Zimroelu; teraz pławiły się zapewne w tropikalnych wodach wokół Archipelagu. Tylko ptaki gihorna przeciągały od czasu do czasu nad “Brangalyn”, przemierzając szlak jesiennej wędrówki z wysp na Bagna Zimr. Owe bagna nie miały nic wspólnego z rzeką o tej samej nazwie, gdyż leżały na południowo-wschodnich krańcach kontynentu, o pięćset mil od jej ujścia koło Piliploku. Długonogie, majestatycznie lecące ptaki były niewątpliwie kuszącym celem, nikt się jednak nie składał do strzału: morze musiało być bezpieczne dla wszystkich podróżnych.
Pierwsze smoki pojawiły się w pobliżu statku podczas drugiego tygodnia podróży. Gorzval wyśnił je dzień wcześniej.
— O smokach śni każdy kapitan — wyjaśnił. — Nasze umysły dostrajają się do impulsów wysyłanych przez te zwierzęta. Wyczuwamy je z dość znacznej odległości. Jest taka kobieta, widzieliście ją pewnie w porcie, bez kilku zębów, nazywa się Guidrag, której smoki śnią się już na tydzień przed zbliżeniem się do nich, a czasem nawet wcześniej. Bierze kurs na miejsce widziane we śnie i zawsze trafia na całą ławicę. Jeśli o mnie chodzi, wyczuwam je tylko na jeden dzień naprzód. Nie mam się zresztą czego wstydzić, żaden kapitan nie jest tak dobry jak ta Guidrag. Teraz jednak mogę wam zagwarantować, że będziemy mieli smoki przed dziobem za jakieś dziesięć — dwanaście godzin.
Valentine nie miał wiele zaufania do gwarancji składanych przez Skandara. Jednak w połowie następnego ranka majtek z bocianiego gniazda zawołał:
— Ahoj! Smoki, ahoj!
Przed dziobem “Brangalyn” zaroiło się od dzikich bestii. Trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt, może więcej. Były ogromne i nie miały odrobiny wdzięku: brzuchate, szersze od statku, który na nie polował, o długich tłustych szyjach, ciężkich trójkątnych łbach, krótkich płaskich ogonach z wyraźnie zaznaczoną linią kręgosłupa, biegnącą wzdłuż wysoko sklepionych, niemal garbatych grzbietów. Największą osobliwość stanowiły jednak smocze skrzydła, przypominające czarne jak noc skrzydła nietoperzy. Wyrastały z masywnych karków i sięgały do połowy olbrzymich cielsk. Większość smoków spowijała się w nie niczym w płaszcze, ale niektóre rozpościerały je na całą okazałą długość i wachlowały się nimi jak kruchymi, kościstymi, złączonymi błoną palcami, rzucając cień na wielkie połacie wody. Oczywiście, tylko nazywano je skrzydłami — w rzeczywistości były to płetwy, bo te olbrzymie stwory nie mogłyby wszak unieść się w powietrze.
W smoczej hordzie przeważała młodzież, mierząca od dwunastu do piętnastu stóp, ale były tam też dopiero co urodzone maluchy, mniej więcej sześciostopowe, swawolące obok matek albo przyssane do ich podbrzuszy. Matki nie były zbyt wielkie w porównaniu z kilkoma ospale poruszającymi się olbrzymami. Te ostatnie, na pół zanurzone, wystawiały na powierzchnię wody wysokie garby grzbietów, sprawiając wrażenie pływających górzystych wysp. Były niewyobrażalnie grube, natomiast nie wiadomo, jak długie, gdyż ich ogony prawie zawsze pozostawały pod wodą; jednak dwa albo trzy okazy, które raczyły się w pełni zaprezentować, były przynajmniej tak duże jak statek.
— Chyba nie mamy do czynienia ze smokiem Lorda Kinnikena? — spytał Valentine przechodzącego obok Gorzvala.
Kapitan zaśmiał się pobłażliwie.
— O czym ty mówisz! Ten Kinnikena jest co najmniej trzy razy większy. Trzy? Co ja mówię! Więcej niż trzy. Te mają ledwo sto pięćdziesiąt stóp. Widziałem całe mnóstwo większych. Ty też je zobaczysz, przyjacielu, już niedługo.
Valentine usiłował wyobrazić sobie smoki trzy razy większe od tych tutaj, ale na myśl o tym jego umysł się buntował. Z równym skutkiem mógłby chcieć zobaczyć wyłaniającą się z morza Górę Zamkową.
Statek ruszył na łowy. Operacja była z góry zaplanowana i każdy z członków załogi doskonale znał swoje obowiązki. Spuszczono łodzie. Na dziobie każdej z nich stał Skandar z oszczepem w ręku, zabezpieczony pasami. Oszczepy pracowały szybko, tak rozdzielając śmiertelne ciosy, by żadna z matek nie straciła całego potomstwa. Młode zabite smoki przywiązywano za ogony do lodzi, a kiedy te wracały do statku, spuszczano zeń sieci i podnoszono połów na pokład. Po załadowaniu kilkunastu sztuk nastąpiły przygotowania do ataku na grubszą zwierzynę. Łodzie wycofano, a harpunnik, olbrzymi Skandar połyskujący na piersiach niebieskawą golizną w miejscu, gdzie od ciężkiej pracy futro dawno się wytarło, zajął stanowisko przy wyrzutni na górnym pokładzie. Nie śpiesząc się dobierał broń i osadzał ją w katapulcie, podczas gdy Gorzval tak manewrował statkiem, by przygotować odpowiednie pole ostrzału. Harpunnik wycelował. Nieświadome zagrażającego niebezpieczeństwa smoki harcowały w wodzie. Valentine ścisnął rękę Carabelli i wstrzymał oddech. Śmignęła niosąca śmierć błyskawica i ostrze harpuna zagłębiło się w grubym karku. Morze ożyło.