Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 141
Перейти на страницу:

Skandarzy wracali w rodzinne strony. Widać było, jak są podnieceni, kiedy stojąc przy relingu patrzyli na przesuwające się przed ich oczami wypłowiałe od słońca wzgórza czy zadbane mieściny o schludnych uliczkach i drewnianych domach. Zalzan Kavol drobiazgowo opowiadał o początkach swojej kariery, o jej wzlotach i, nielicznych oczywiście, upadkach, o tym, jak początkowo krążyli po okolicznych wsiach i miasteczkach, zapuszczając się powoli coraz dalej w głąb kontynentu, a raz nawet dotarli do Stenwamp i do Portu Saikforge, miast leżących w górnym biegu Zimru, tysiące mil od wybrzeża. Wspomniał też, jakby mimochodem, o sporze z impresariern, co spowodowało, że musieli szukać szczęścia na drugim końcu Zimroelu. Valentine podejrzewał, że ten spór nie był zbyt łagodny i że wynikły z niego jakieś kłopoty z prawem, ale nie zadawał Skandarowi żadnych pytań.

Pewnego wieczoru, po większej ilości wina, Skandarzy zaintonowali pieśń — pierwszy raz, od kiedy Valentine ich poznał — pieśń Skandarów, ponurą, wisielczą, z monotonnie powtarzającym się refrenem, na modłę maszerujących wojaków, którym ciążą już ramiona, a nogi odmawiają posłuszeństwa:

Strachu cień

W sercu mrok

Smutek łzami

Zaćmił wzrok.

Śmierć i łzy,

Śmierć i łzy,

Idą w trop

Tam gdzie my.

Niejeden kraj

Przeszedłem daleki

Obce wzgórza

I domowe rzeki.

Śmierć i łzy,

Śmierć i łzy,

Idą w trop

Tam gdzie my.

Smocze morza,

Lądy płaczu,

Już ja domu

Nie zobaczę.

Śmierć i łzy,

Śmierć i łzy,

Idą w trop

Tam gdzie my.

Pieśń tchnęła bezdennym żalem i bezgranicznym bólem, ale kołyszący się w jej rytm śpiewacy mieli tak przekomiczny wygląd, że Valentine i Carabella z trudem powstrzymywali się od śmiechu. Jednak w miarę powtarzania refrenu Valentine poważniał, aż w końcu ogarnęło go głębokie współczucie dla Skandarów. Oni rzeczywiście spotkali na swej drodze śmierć i niedolę, i choć teraz zbliżali się do domu, to znaczną część życia spędzili poza nim. A może, pomyślał Valentine, to nie jest takie proste być Skandarem na Majipoorze, wielkim kudłatym stworem górującym nad tłumem mniejszych i gładkoskórych istot.

Lato skończyło się i na wschodzie Zimroelu nastała pora suszy, podczas której wieją południowe wiatry, roślinność zapada w zimowy sen aż do wiosennych deszczy, a w ludziach, jak mówił Zalzan Karol, wyzwalają się mroczne namiętności, popychając ich do najgorszych zbrodni. Valentine początkowo uważał ten region za mniej interesujący od śródkontynentalnych dżungli lub porośniętego bujną podzwrotnikową roślinnością zachodniego wybrzeża., lecz powoli zaczęła mu się podobać jego powściągliwa, surowa uroda. Odetchnął jednak z ulgą, kiedy po wielu dniach spędzonych na rzece, która zdawała się nie mieć końca, Zalzan Karol obwieścił, że widać już przedmieścia Piliploku.

Rozdział 3

Port Piliplok był tak samo stary i tak samo rozległy jak jego bliźniaczy brat na przeciwległym krańcu kontynentu, port Pidruid, ale na tym kończyło się podobieństwo obu miast. Pidruid było budowane bez planu i stanowiło gmatwaninę ulic, alei i bulwarów przeplatających się ze sobą przypadkowo, zgodnie z fantazją kolejnych budowniczych, podczas gdy Piliplok zaprojektowano niezliczone tysiące lat temu z niemal maniakalną precyzją.

Ten największy wschodni port kontynentu rozłożył się po południowej stronie ujścia Zimru do Morza Wewnętrznego. Rzeka osiągnęła tu nieprawdopodobną szerokość sześćdziesięciu czy siedemdziesięciu mil i całą tą szerokością wlewała do morza muł i kamienie niesione przez siedem tysięcy mil, mącąc olbrzymie niebieskozielone wodne przestworza. Północna strona ujścia ograniczona była kredowym urwiskiem, na milę wysokim i kilka mil szerokim, widocznym nawet z Piliploku, kiedy poranne słońce odbijało się w jego białych ścianach. Nie było tam warunków do założenia portu ani miasta, toteż urwisko przeznaczono na pustelnię. Przebywali w niej ci, którzy poświęcili się Pani i już od stu lat nie chcieli mieć nic wspólnego ze światem zewnętrznym, który zresztą odpłacał im pięknym za nadobne i żył swoim życiem. Miasto, którego jedenaście milionów mieszkańców utrzymywało się ze wspaniałego portu, podporządkowało mu wszystkie swoje mechanizmy i jeśli port był sterem, ono było rufą statku, który nazywał się Piliplok. Najbliżej portowego nabrzeża leżało centrum handlowe, za nim szedł przemysł, potem rozrywki i na końcu dzielnice mieszkalne, wyraźnie podzielone między sobą pod względem zamożności, nie przestrzegające natomiast zbytnio podziałów rasowych. Miasto było wielkim skupiskiem Skandarów — Valentine'owi zdawało się, że co trzecia osoba na ulicy należy do rodziny Zalzana Kavola — i ta wielka liczba rozpychających się owłosionych ramion mogła każdego przybysza wprawić w lekkie zakłopotanie. Mieszkało tu także sporo wyniosłych, arystokratycznych, dwugłowych Su-Suherów, kupców handlujących luksusowymi towarami: najdelikatniejszymi tkaninami, biżuterią i najrzadszymi okazami rękodzieła sprowadzanego z różnych prowincji. Valentine, czując na policzkach gorące tchnienie południowego wiatru, zaczynał rozumieć, co Zalzan Kavol miał na myśli mówiąc o wyzwalanych przez ten wiatr namiętnościach.

— Czy on kiedykolwiek przestanie wiać? — spytał.

— Z pierwszym dniem wiosny — odpowiedział Zalzan Kavol. Valentine pomyślał, że wtedy będzie już daleko, ale szybko się okazało, że wcale nie jest to takie pewne. Razem z Zalzanem Kavolem i Deliamberem udał się do przystani Shkunibor, leżącej we wschodniej części portu, aby załatwić formalności związane z podróżą na Wyspę. Całymi miesiącami wyobrażał sobie tę przystań jako miejsce o baśniowym blasku i pełnej splendoru, majestatycznej architekturze, jednak rzeczywistość nijak się miała do marzeń. Nabrzeże portowe, z którego odpływały statki z pielgrzymami, nie miało w sobie niczego z baśni czy legendy: pusta, goła przestrzeń z walącym się budynkiem o łuszczących się, dawno nie malowanych ścianach, z powiewającymi na wietrze strzępami bander. Nigdzie nie było żywej duszy.

Po dłuższych poszukiwaniach Zalzan Kavol znalazł rozkład rejsów, wywieszony w jakimś ciemnym kącie walącego się budynku. Według niego statki z pielgrzymami odpływały na Wyspę pierwszego dnia każdego miesiąca — z wyjątkiem jesieni. Ostatni wyszedł w morze tydzień temu, w Dzień Gwiazdy. Następny wypływał za trzy miesiące. — Trzy miesiące! — krzyknął Valentine. — Co będziemy tu robić przez trzy miesiące? Żonglować na ulicach? Żebrać? Kraść? Czytaj rozkład jeszcze raz!

— Nic innego nie wyczytam — odpowiedział krzywiąc się Skandar. — Wszystko przez te wiatry! Jestem zaślepiony miłością do tego miasta, ale nie cierpię go w porze wiatrów. Parszywe szczęście!

— Czy w tym sezonie nie wychodzą w morze żadne statki? — spytał Valentine.

1 ... 64 65 66 67 68 69 70 71 72 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)