Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
- Автор: Силверберг Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-017-0
- Переводчик: Helena Michalska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
— Mieliście jakieś kłopoty? — spytał najniewinniej w świecie.
— Drobiazg, nie ma o czym mówić — odpowiedział chłodno Valentine — Cieszmy się, że jesteśmy razem, a poza tym powinniśmy pomyśleć o przyzwoitym noclegu.
Nie zwlekając podjęli dalszą podróż i znaleźli się w miejscu połączenia Steiche z Zimrem. Żeby uwierzyć w istnienie tak szerokiego zlewiska dwóch rzek, trzeba je było zobaczyć na własne oczy, ale mimo wszystko ta wiara przychodziła Valentine'owi z trudem. W mieście Nissimorn, na południowo-wschodnim brzegu połączonych rzek, zostawili Liimenów, a sami wsiedli na prom, który powiózł ich do Ni-moya, największego miasta kontynentu Zimroel, liczącego trzydzieści milionów mieszkańców.
W Ni-moya Zimr zmieniał kierunek ze wschodniego na południowo-wschodni. Rzeka i jej ostry zakręt nadawały olbrzymiej megalopolii swoisty kształt. Rozciągała się ona na przestrzeni kilkuset mil zarówno wzdłuż obu brzegów, jak i wzdłuż kilku północnych dopływów Zimru. Valentine i jego towarzysze przybyli od strony południowych przedmieść, gdzie przeważały dzielnice mieszkalne, które stopniowo przechodziły w tereny uprawne, sięgające w głąb doliny Steiche. Główna strefa miejska, ledwo jeszcze widoczna, leżała na północnych brzegach i opadała ku wodzie kolejnymi kondygnacjami białych wieżowców o płaskich dachach. Obie części miasta łączyły stałe linie promów i statków. Przepłynięcie przez Zimr zabrało podróżnym kilka godzin; zmierzchało już, kiedy zbliżali się do właściwego Ni-moya.
Miasto miało bajkowy wygląd. Zapalające się właśnie światła wydobywały z mroku zielone wzgórza i nieskazitelnie białe budowle. Wzdłuż portowych nabrzeży panował ożywiony ruch mniejszych i większych statków. Pidruid, które w pierwszych dniach wędrówki wydawało się Valentine'owi tak potężne, było małą mieściną w porównaniu z tym kolosem.
Tylko Skandarzy, Khun i Deliamber odwiedzili już kiedyś Ni-moya. Deliamber wykorzystał czas podróży promem, aby opowiedzieć o cudach tego miasta: o Muślinowej Galerii — handlowych arkadach zawieszonych nad ziemią na prawie niewidocznych linach; o Parku Legendarnych Zwierząt, gdzie w warunkach przypominających naturalne środowisko żyły najrzadsze okazy fauny, stworzenia, które cywilizacja doprowadziła do niemal całkowitej zagłady; o Kryształowym Bulwarze — ulicy zalewanej oślepiającym światłem obrotowych reflektorów; o Wielkim Bazarze, gdzie na piętnastu milach kwadratowych powierzchni, pod ciągiem żółto mieniących się dachów kłębił się labirynt uliczek z tysiącami maleńkich sklepików; o Muzeum Światów i Izbie Czarów, o Pałacu Książęcym rozbudowanym do gigantycznych rozmiarów, o którym mówiono, że tylko Zamek Lorda Valentine'a może go przewyższać urodą architektury, i o wielu innych niezwykłościach, których same nazwy brzmiały w uszach Valentine'a tak, jakby były wzięte z najbardziej fantastycznej baśni. Ale nie był to czas na baśnie. Orkiestra miejska składająca się z tysiąca instrumentów, szybujące w powietrzu restauracje, wypchane ptaki o oczach z brylantów musiały zaczekać do dnia, aż Valentine powróci tu w szatach Koronala.
Kiedy prom zbliżał się do przystani, Valentine zgromadził wszystkich wokół siebie i powiedział:
— Nadszedł czas, by każdy wybrał własną drogę. Ja zamierzam udać się do Piliploku, a potem na Wyspę. Ceniłbym sobie wasze towarzystwo w tej podróży, jak również w dalszej, ale nie mogę wam niczego obiecać poza nie kończącą się wędrówką, a może i przedwczesną śmiercią. Mam małą nadzieję na sukces, widzę natomiast przed sobą mnóstwo przeszkód. Czy mimo to ktokolwiek z was chce pójść ze mną?
— Choćby i na koniec świata! — krzyknął Shanamir. — Ja tak samo — powiedział Sleet, a za nim Vinorkis.
— Chyba nie wątpisz we mnie? — spytała Carabella. Valentine uśmiechnął się. Spojrzał na Deliambera.
— Tu wchodzi w grę świętość królestwa. Jakże mógłbym nie pójść za prawowitym Koronalem? — oświadczył czarodziej.
— Dla mnie to za trudne — powiedziała Lisamon Hultin. — Nie rozumiem, jak można pozbawić Koronala jego własnego ciała. Ale nie mam innego zajęcia, Valentine. Zostaję przy tobie.
— Dziękuję wam wszystkim — rzekł Valentine. — I podziękuję jeszcze raz, i to bardziej godnie, kiedy znajdziemy się w paradnej sali na Górze Zamkowej.
— A czy nie potrzebujesz Skandarów, panie? — spytał Zalzan Kavol.
Tego Valentine się nie spodziewał. — Wy też chcecie iść ze mną?
— Straciliśmy wóz. Śmierć rozerwała nasze braterskie więzi. Nie mamy czym żonglować. Przyznaję, że nie pociąga mnie pielgrzymka, ale chcę ci towarzyszyć na Wyspę i dalej, tak jak i moi bracia. Jeśli, oczywiście, nas potrzebujesz.
— I to bardzo, Zalzanie Kavolu. Czy na królewskim dworze jest stanowisko żonglera? Będziesz je miał, obiecuję ci!
— Dziękuję, mój panie — odpowiedział z powagą Skandar, bardzo wzruszony.
— Jest jeszcze jeden ochotnik — odezwał się Khun.
— Ty też? — spytał zdumiony Valentine.
— Nie dbam o to, kto rządzi planetą, na której wiedzie mi się nie najlepiej. Dbam natomiast o swój honor. Tylko dzięki tobie nie zginąłem w Fontannie Piurifayne. Zawdzięczam ci życie i chcę ci służyć najlepiej, jak potrafię.
Valentine potrząsnął głową.
— Zrobiliśmy dla ciebie to, co na naszym miejscu zrobiłaby każda cywilizowana istota. Nie ma mowy o żadnym długu.
— Ja patrzę na to inaczej — odparł Khun. — Poza tym moje życie aż do teraz było banalne i płytkie. Opuściłem ojczysty Kianimot bez istotnego powodu. Tutaj postępowałem niezbyt mądrze, za co omal nie zapłaciłem głową. Muszę to zmienić. Poświęcę się twojej sprawie i w końcu może sam uwierzę w jej słuszność. A jeśli nawet zginę, abyś ty został królem, nasze rachunki się wyrównają. Godną śmiercią spłaciłbym też dług wobec wszechświata za roztrwonione życie. Powiedz, przydam ci się do czegoś?
— Witam cię z całego serca — rzekł Valentine.
Prom zagwizdał przeciągle i przycumował do przystani.
Tę noc spędzili w najtańszym, jaki mogli znaleźć, starym hoteliku portowym, w którym była, co prawda, tylko jedna łazienka, ale gdzie dbano o czystość, a ściany zostały świeżo pobielone wapnem. W pobliskiej gospodzie zjedli dość obfity obiad, po którym Valentine zaapelował o założenie wspólnej kasy, a jej prowadzenie powierzył Shanamirowi i Zalzanowi Karolowi, ponieważ to oni zdawali się mieć najlepsze z całego towarzystwa rozeznanie w wartości pieniądza. Valentine'owi zostało sporo funduszy jeszcze z czasów Pidruid, a Zalzan Kavol, ku zdziwieniu wszystkich, wysupłał z głęboko schowanej sakiewki całą stertę dziesięciorojalówek. Razem byli wystarczająco bogaci, aby dopłynąć na Wyspę Snu.
Następnego ranka wykupili bilety na statek rzeczny, podobny do tego, który ich wiózł z Khyntoru do Verfu, i rozpoczęli podróż do Piliploku, wielkiego portu przy ujściu Zimru do morza.
Przewędrowali już przez Zimroel ładny szmat drogi, ale od wschodnich wybrzeży kontynentu nadal dzieliły ich tysiące mil. Podróż po szerokiej, spławnej rzece mogłaby być szybsza, gdyby nie to, że statek zatrzymywał się w niezliczonych miastach i miasteczkach, takich jak Larnimisculus, Belka, Clarischanz, Flegit, Hiskuret, Centriun, Obliorn Yale, Salvamot, Gourkaine, Semirod, Cerinor, Haunfort Wielki, Impemond, Orgeliuse, Dambemuir i w wielu innych. Wciąż zawijali do niemal identycznych przystani. W każdej miejscowości nad brzegiem rzeki biegła promenada z nieodłącznym szpalerem palm i alabandyn, w każdej sklepy były jaskrawo pomalowane, w każdej po wąskich uliczkach rozległych bazarów przepychały się tłumy ludzi i w każdej nowi pasażerowie, ściskając w garści bilety, przypuszczali szturm na trap. Żonglerzy nie zapomnieli jeszcze, że są żonglerami. Sleet wystrugał maczugi z wyproszonego u załogi drewna, Carabella zdobyła piłki, a Skandarzy nie zaniedbywali po każdym posiłku wynieść ukradkiem kilku naczyń. W ten sposób trupa skompletowała sprzęt i już na trzeci dzień dała podróżnym niezłe przedstawienie. Do wspólnej kasy wpadło parę koron. Zalzan Kavol z dnia na dzień odzyskiwał dawną pewność siebie, chociaż w sytuacjach, w których niegdyś płonąc gniewem rozpętałby potworną awanturę, teraz zachowywał się bardzo powściągliwie.