Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
- Автор: Силверберг Роберт
- Год: 2008
- Язык: польский
- Год: Solaris
- ISBN: 978-83-7590-017-0
- Переводчик: Helena Michalska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
Przez półtora dnia ścinali rosnące nad rzeką młode drzewka, obciosywali je, dopasowywali jedne do drugich i wiązali mocnymi witkami łoziny. Tratwy, choć toporne, sprawiały wrażenie, że poradzą sobie nawet z tak rwącą rzeką. Pierwsza była przeznaczona dla czterech Skandarów, druga dla Khuna, Vinorkisa, Lisamon Hultin i Sleeta, a na trzeciej mieli płynąć Valentine, Carabella, Shanamir i Deliamber.
— Spływ rzeką prawdopodobnie nas rozdzieli — powiedział Sleet. — Powinniśmy wyznaczyć sobie miejsce spotkania w Ni-moya.
Deliamber, który wiedział wszystko, pośpieszył z odpowiedzią. — Steiche i Zimr łączą się w miejscu zwanym Nissimorn. Jest tam szeroka, piaszczysta plaża. Spotkajmy się zatem na plaży w Nissimornie.
— Tak, na plaży w Nissimornie — potwierdził Valentine.
Odwiązał linę łączącą ich z brzegiem i natychmiast tratwa wypłynęła na środek nurtu.
Pierwszy dzień spływu nie obfitował w szczególne wydarzenia. Owszem, były progi, ale odpychając się żerdziami pokonali je bez większych trudności. Okazało się przy tym, że Carabella świetnie sobie radzi z kierowaniem tratwą i potrafi zręcznie wymijać napotykane na drodze skaliste przeszkody.
Po pewnym czasie tratwy zaczęły się rozdzielać. Ta, na której płynął Valentine, wyniesiona podwodnym prądem gwałtownie przyśpieszyła i zostawiła dwie pozostałe daleko w tyle. Valentine miał nadzieję, że pozostali ich dogonią, ale kiedy ranek mijał, a tamtych wciąż nie było widać, zdecydował dłużej nie czekać i dalej płynąć samodzielnie.
Dalej, wciąż dalej. Na ogół płynęli spokojnie, poza krótkimi momentami grozy przy pokonywaniu białych kipieli. Po południu drugiego dnia, kiedy Zimr był już niedaleko, rzeka pokonując spadzisty teren gwałtownie ruszyła do przodu. Valentine przewidywał trudności przy pokonywaniu wodospadów. Nie mieli map, nie znali miejsca ani rozmiarów niebezpieczeństwa. Nie pozostawało zatem nic innego, jak zdać się na los i ufać, że ta szalona woda doniesie ich do Ni-moya bezpiecznie.
A potem? Potem statkiem do Piliploku i okrętem pielgrzymów na Wyspę Snu. Następnie zabiegi o audiencję u Pani, jego matki. A potem? Jak można zgłaszać pretensje do tronu Koronala nie mając twarzy Lorda Valentine'a, legalnego władcy? W imię jakich praw? On, Valentine, sięgał chyba po rzeczy niemożliwe. Lepiej by zrobił pozostając pośród lasów i rządząc swoją małą grupą. Ci tutaj poddali mu się łatwo, ale w wielkim świecie, zamieszkanym przez miliardy obcych istot, w olbrzymim imperium gigantycznych miast, które leżały gdzieś za horyzontem, jak miał przekonać niewiernych, że on, Valentine żongler…
Nie. Nie powinien myśleć w ten sposób. Nigdy, od kiedy znalazł się na górującej nad miastem Pidruid grani, nie czuł potrzeby rządzenia innymi, a przywódcą tej małej grupy stał się jedynie dzięki swoim wrodzonym zdolnościom i niedostatkom charakteru Zalzana Kavola, a nie ze świadomej żądzy władzy. Niemniej wydawał rozkazy, choć od niedawna. Więc niech władza zostanie w jego rękach podczas dalszej podróży przez Majipoor. Powinien posuwać się krok za krokiem i robić to, co wydaje mu się słuszne i właściwe, a jeśli Pani nim pokieruje, a bogowie pozwolą, to znów stanie na Górze Zamkowej, jeśli zaś nie, jeśli los przewiduje dla niego inne miejsce we wszechświecie, wówczas pogodzi się z tym werdyktem. Nie powinien lękać się przyszłości. Ona i tak potoczy się własnym torem, zgodnie z tym, co zaczęło się na nadmorskiej grani tamtego złocistego popołudnia. A on…
— Valentine! — krzyknęła Carabella.
Rzeka nagle zjeżyła się olbrzymimi kamiennymi kłami. Zewsząd sterczały głazy. Tratwę otaczały potworne białe wiry. Z zawrotną prędkością zbliżali się do miejsca, w którym Steiche wyrzucała swe wody w powietrze i pokonując z hukiem i łoskotem liczne progi opadała w dół. Valentine mocniej ścisnął żerdź, ale woda była silniejsza i natychmiast mu ją wyrwała. Chwilę później rozległ się przeraźliwy trzask łamiącego się drewna i krucha tratwa, uderzywszy w podwodną skałę, zakręciła się wokół własnej osi, przechyliła i rozpadła. Valentine został rzucony w lodowate odmęty razem z Carabellą, ale woda natychmiast ich rozdzieliła i na nic się zdały jego wysiłki, by przytrzymać dziewczynę. Zalewany kolejnymi falami poszedł na dno, a gdy wypłynął, krztusząc się i łapiąc powietrze, był już sam na sam z żywiołem. W pobliżu nie było ani Carabelli, ani resztek tratwy, ani pozostałych rozbitków.
— Carabello! — krzyczał ile tchu w piersiach. — Shanamirze! Deliamberze! Hej tam! Hej!
Powtarzał wołania aż do zachrypnięcia i w końcu zdał sobie sprawę, że nie słyszy już sam siebie. Duszę wypełnił mu mrok i ból. A więc wszyscy zginęli? Ukochana Carabella, przebiegły mały Vroon, bystry, zadziorny chłopiec, wszystkich w jednej chwili zabrała śmierć? Nie. To niemożliwe. Nie do pomyślenia. To byłaby znacznie gorsza katastrofa niż ten cały zgiełk wokół strącenia jego, Koronala, z wyżyn Góry Zamkowej. Jakże bowiem można w ogóle porównać utratę drogich istot, istot z krwi i kości, z utratą tytułu i władzy, choćby ten tytuł nie był pusty, a władza iluzoryczna? Rzeka miotała nim na wszystkie strony, a on nie przestawał, wbrew rozsądkowi, wołać w rozpaczy imion swoich przyjaciół.
— Carabello! — przekrzykiwał żywioł. — Shanamirze!
Jeszcze próbował się zatrzymać, jeszcze wczepiał się paznokciami w mijane skały, ale już prąd go porwał między największe progi i miotał nim o wszystkie znajdujące się na drodze głazy. Wyczerpany, z oczami zalewanymi wodą, sparaliżowany żalem po stracie najdroższych, w końcu przestał walczyć, poddał się rzece. Niech go niesie wedle swojej woli w dół gigantycznej katarakty, niczym bezwolną zabawkę, śmieszny, wirujący i podskakujący bąk. Podciągnął kolana do piersi i wtulił głowę w ramiona, by zmniejszyć do minimum powierzchnię wystawionego na uderzenia ciała. Rzeka była żywiołem, którego pokonać nie potrafił. Oto, pomyślał, taki jest koniec wielkiej przygody Valentine'a, niegdyś Koronala, władcy Majipooru, dziś wędrownego żonglera, który za chwilę zostanie roztrzaskany przez bezosobowe i bezduszne siły natury. Polecił się Pani, jak sądził — swojej matce, głęboko zaczerpnął powietrza i poszedł na dno. Głowa, pięty, głowa, pięty, w dół, w dół, w dół, aż uderzył o coś z potworną siłą, koniec, pomyślał, ale nie, to jeszcze nie był koniec, przyszło jeszcze jedno uderzenie, a po nim rozdzierający ból w żebrach, brak tchu i… już nie było bólu. Nie było niczego. Stracił przytomność.
Obudził się na kamienistym brzegu, w jakimś spokojnym zakolu rzeki. Zdawało mu się, że ktoś potrząsa nim, tak jak się potrząsa kubkiem z kośćmi do gry, i że wreszcie ten ktoś zdecydował się rzucić nim na oślep, byle gdzie, niczym zużytą, niepotrzebną nikomu rzecz. Bolało go całe ciało. Powietrze wydobywające się z płuc pachniało wilgocią. Trząsł się. Skórę miał pokrytą guzami wielkości kurzego jaja. Był sam, pod olbrzymią kopułą bezchmurnego nieba, na odludziu, daleko od cywilizowanego świata, sam, bo jego przyjaciele leżeli gdzieś roztrzaskani.
On jednak żył. To nie ulegało wątpliwości. Był samotny, poobijany, bezradny, złamany smutkiem, zagubiony, ale żywy. Zatem nie taki miał być koniec jego przygody. Powoli, z ogromnym wysiłkiem, Valentine wstał z podmywanych wodą kamieni i powlókł się nad wielką rzekę, gdzie zdrętwiałymi palcami ściągnął z siebie ubranie i położył się na płaskim kamieniu, by obeschnąć i ogrzać się w promieniach przyjaznego słońca. Spojrzał na rwące fale, mając nadzieję, że może jednak zobaczy przepływającą obok Carabellę albo Shanamira z przykucniętym na jego ramionach czarodziejem. Nikt nie płynął. Ale to jeszcze nie znaczy, że zginęli, powiedział sam do siebie. Może rzeka poniosła ich dalej. Odpocznę tu jakiś czas, zdecydował, a potem pójdę poszukać reszty, a jeszcze potem, z nimi czy bez nich, ruszę naprzód, ku Ni-moya, ku Piliplokowi, ku Wyspie Snu, naprzód, wciąż naprzód, ku Górze Zamkowej, a jeśli nie ku niej, to na spotkanie tego, co będzie przede mną. Naprzód. Naprzód. Naprzód.