Бесплатная библиотека
Читайте книгу на сайте или телефоне
READ-E-BOOK » Фэнтези » Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]
Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle] - Читать Любимую Русскую Полную Книгу 👉 Read-E-Book.com

Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]

Электронная книга - «Zamek Lorda Valentine'a [Lord Valentine's Castle]». Краткое содержание книги:

Pierwszy tom jednego z nasłynniejszych cykli fantasy/science fiction.
Majipoor to olbrzymia planeta, zamieszkana przez wiele ras napływowych, wśród których ludzie są rasą dominującą. Na Majipoor żyją też tubylcy, dziwna i wyobcowana rasa zmiennokształtnych, których wszyscy się boją.
Z racji braku surowców cywilizacja na planecie jest raczej słabo rozwinięta, ale nie brak i zaawansowanych technologii.
Bohaterem jest wędrowiec, zatrudniony jako żongler w objazdowej trupie. Ale sny, które na Majipoor mają niezwykłą moc, ujawniają, że jest on w rzeczywistości Lordem Valentine, władcą planety, w podły sposób pozbawionym władzy.
Wraz z Valentinem przemierzamy kontynenty Majipooru w kierunku ośrodka władzy, jakim jest Zamek.
1 ... 65 66 67 68 69 70 71 72 73 ... 141
Перейти на страницу:

— Tylko smocze — rzekł Skandar.

— Co to za statki?

— Rybackie, polują na smoki morskie, które o tej porze roku odbywają gody i łatwo je można podejść. Wiele tych statków już na pewno wypłynęło. Ale co nam po nich?

— A jak daleko się zapuszczają? — pytał dalej Valentine.

— Aż trafią na łowiska. Czasami nawet docierają do Archipelagu Rodamaunt.

— Gdzie to jest?

— Archipelag Rodamaunt to długi łańcuch wysp na Morzu Wewnętrznym, gdzieś w połowie drogi między nami a Wyspą Snu — pośpieszył z wyczerpującą odpowiedzią Deliamber.

— Czy te wyspy są zamieszkałe?

— Tak, i to gęsto.

— Świetnie. Z pewnością między wyspami kwitnie jakiś handel. Co wy na to, żebyśmy wynajęli jeden z tych smoczych statków i dopłynęli nim aż do Archipelagu, a tam zlecimy miejscowemu kapitanowi, aby nas przewiózł na Wyspę?

— Czemu nie — rzekł Deliamber.

— Chyba nie ma przepisu zabraniającego pielgrzymom podróżowania na innych statkach poza specjalnie dla nich przeznaczonymi?

— O niczym takim nie słyszałem — zapewnił go Vroon.

Zalzan Kavol miał jednak zastrzeżenia co do tego pomysłu. — Rybacy polujący na smoki z pewnością nie zechcą zawracać sobie głowy pasażerami — powiedział. — Oni nie zajmują się takim procederem.

— Może zaczną, kiedy zobaczą parę rojali.

— Nie byłbym tego pewny. Ich zajęcie daje im niezły dochód. Mogą się bać, że przyniesiemy pecha albo że będziemy się naprzykrzać i przeszkadzać. No i jeśli wcześniej natkną się na łowiska, nie zechcą nas zawieźć na Archipelag. A jeżeli nawet zawiozą, to skąd można wiedzieć, że znajdzie się tam ktoś, kto popłynie z nami dalej?

— Może masz rację — zgodził się Valentine — ale z drugiej strony to wszystko da się łatwo zorganizować. Zamiast przez trzy najbliższe miesiące przejadać pieniądze w Piliploku, można ich użyć jako argumentu w rozmowie z kapitanem statku. Idziemy szukać rybaków!

Przystanie, jedna za drugą, ciągnęły się wzdłuż wybrzeża przez kilka mil. Stały w nich dziesiątki statków przygotowywanych do nowego, właśnie rozpoczynającego się sezonu. Te, które łowiły smoki morskie, miały identyczne kształty i podobnie złowieszczy wygląd. Były to kolosy o opasłych kadłubach i wysokich, fantazyjnych, potrójnie rozwidlonych masztach. Na dziobach straszyły zębiaste paszcze, a rufy wieńczyły długie wiechcie kolczastych ogonów. Na zdobionych malowidłami burtach bielały rzędy zębów i groźnie łypały żółte i purpurowe oczy. Górne pokłady były najeżone wyrzutniami harpunów i kołowrotami do sieci, a splamione krwią pokłady świadczyły o tym, że odbywały się na nich rzezie. Valentine nie sądził, aby statki-rzeźnie były najwłaściwszym środkiem lokomocji na pokojową, świętą Wyspę, ale nie miał wyboru.

Zresztą i ów wybór wkrótce okazał się wielce wątpliwy.

Szli od statku do statku, od nabrzeża do nabrzeża, od suchego doku do suchego doku, a specjaliści od mordowania smoków wysłuchiwali ich propozycji bez jakiegokolwiek zainteresowania. Do pertraktacji Valentine wyznaczył Zalzana Kavola, ponieważ kapitanami byli głównie Skandarzy, więc istniała większa szansa, że przychylnie potraktują jednego ze swoich. Niestety, kapitanowie okazali się niepodatni na wszelkie perswazje.

— Wasz pobyt na pokładzie będzie rozpraszać załogę — powiedział pierwszy. — Będziecie się o wszystko potykać i zaraz dostaniecie choroby morskiej. Będziecie żądać specjalnych posług…

— Nie przewozimy pasażerów — uciął krótko drugi. — Takie są przepisy.

— Archipelag leży za daleko na południe. Niechętnie tam się zapuszczamy — oświadczył trzeci.

— Mówi się — powiedział czwarty — że smoczy statek, który zabiera na pokład obcych, nie wraca z morza. Wolałbym nie sprawdzać, czy to tylko przesąd. Może jeszcze nie w tym roku.

— Nie interesują mnie pielgrzymi — rzekł piąty. — Niech was Pani sama przeniesie, jeśli ma taką wolę. Na moim statku na pewno nie popłyniecie.

Szósty też odmówił, dodając, że tracą tylko czas. Siódmy to potwierdził. Ósmy, dowiedziawszy się już, że wycieczka szczurów lądowych plącze się po dokach i szuka naiwnego, nawet się im nie pokazał.

Dziewiąty kapitan, stara, siwa, szczerbata, z wytartym futrem Skandarka, mimo że też nie chciała ich zabrać, okazała się jednak dość rozmowna i coś im poradziła.

— Na przystani Prestimiona — powiedziała — znajdziecie kapitana Gorzvala z “Brangalyn". Gorzvalowi przytrafiło się ostatnio parę niefortunnych rejsów i stąd wiadomo, że ma pusto w kieszeni. Nie dalej jak wczoraj wieczorem słyszałam w tawernie, że usiłuje zaciągnąć jakąś pożyczkę na remont kadłuba. Możliwe, że połasiłby się na dodatkowy zarobek.

— A gdzie jest przystań Prestimiona? — spytał Zalzan Kavol.

— Na samym końcu, za przystaniami Dekkereta i Kinnikena, tuż obok szalup ratunkowych.

Godzinę później, rzuciwszy jedno spojrzenie na “Brangalyn", Valentine pomyślał, że stanowisko w pobliżu szalup jest chyba najbardziej odpowiednim miejscem dla statku kapitana Gorzvala, gdyż wyglądał on tak, jakby miał za chwilę rozpaść się na kawałki. Był mniejszy i starszy od dotychczas oglądanych, a w którymś momencie długiego żywota jego kadłub musiał zostać nieźle nadwerężony; na domiar złego poddany został następnie niefachowemu remontowi, o czym świadczyły źle dopasowane wręgi i dziwnie przechylona sterburta. Wymalowane tuż nad linią wody oczy i zęby dawno straciły magiczną i odstraszającą moc. Galeon był przekrzywiony, szpice ogona odłamane w odległości dziesięciu stóp od nasady, być może przez uderzenie rozdrażnionego smoka, a maszty z niewiadomych przyczyn były skrócone. Załoga, która dość niemrawo uszczelniała i smołowała pokład, nawijała liny i cerowała żagle, przyjęła ich bez większego zainteresowania.

Kapitan Gorzval pasował wyglądem do swego statku. Wzrostu Lisamon Hultin albo nieco niższy, mógł uchodzić za karła wśród Skandarów. Zezowaty na jedno oko, ze sterczącym kikutem lewego zewnętrznego ramienia, ze zmatowiałym szorstkim futrem, przygarbiony, sprawiał wrażenie zmęczonego życiem i przegranego. Ożywił się jednak natychmiast, kiedy Zalzan Kavol zagadnął go o podróż na Archipelag Rodamaunt.

— Ilu? — spytał krótko.

— Dwunastu. Czterech Skandarów, Hjort, Vroon, pięcioro ludzi i jeden obcy.

— Mówisz, że jesteście pielgrzymami. Wszyscy?

— Co do jednego.

Gorzval zrobił ręką niedbały znak oddający cześć Pani i powiedział:

— Wiecie o tym, że przewożenie pasażerów na statkach polujących na smoki jest nielegalne. Jestem jednak dłużnikiem Pani i chcę jej podziękować za ostatnio otrzymane łaski. Zrobię dla was wyjątek. Płacicie gotówką i z góry.

— Oczywiście — odpowiedział Zalzan Kavol.

Valentine odetchnął z ulgą. Statek był nędzny i w opłakanym stanie, a Gorzval to zapewne podrzędnej klasy nawigator, o ile w ogóle można tu było mówić o jakiejkolwiek klasie, do tego doświadczany często przez nieszczęścia, ale jedynie on chciał z nimi rozmawiać.

Gorzval wymienił swoją cenę i z widocznym przejęciem oczekiwał targu. Zażądał mniej niż połowę sumy bezskutecznie oferowanej innym kapitanom, lecz mimo to Zalzan Karol, powodowany starym przyzwyczajeniem i dumą, spróbował urwać trzy rojale. Poszło łatwo. Gorzval wyraźnie przerażony ewentualną utratą klientów, spuścił półtora. Widząc tę słabość Zalzan Kavol nie zamierzał ustąpić, ale Valentine zlitował się nad nieszczęsnym kapitanem i uciął sprawę.

— Umowa stoi. Kiedy odpływamy?

— Za trzy dni.

1 ... 65 66 67 68 69 70 71 72 73 ... 141
Перейти на страницу:
0
Сюжет
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Атмосфера
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Главный герой
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
0
Общее впечатление
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
Итоговая оценка: 0.0 из 10 (голосов: 0 / История оценок)