Ostatni szpieg Hitlera
- Автор: Сильва Дэниел
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ostatni szpieg Hitlera». Краткое содержание книги:
– Wyglądasz, jakbyś potrzebowała filiżanki kawy – odezwał się Neumann. – Tu w pobliżu jest przyjemna kafejka.
Podał jej ramię. Przyjęła je i ruszyli brzegiem Tamizy. Panował przenikliwy chłód. Dała Horstowi negatyw, beztrosko wrzucił go do kieszeni, jakby to były drobniaki. Vogel dobrze go wyszkolił.
– Rozumiem, że wiesz, gdzie to dostarczyć? – spytała Catherine.
– Na Cavendish Square. Pracownik ambasady portugalskiej, niejaki Hernandez, odbierze to dziś o trzeciej i dołączy do poczty dyplomatycznej. Dziś wieczorem przesyłka pojedzie do Lizbony, a w Berlinie wyląduje rano.
– Doskonale.
– A propos, co tam jest?
– Jego kalendarzyk, zdjęcia gabinetu. Niewiele, ale to dopiero początek.
– Imponujące – powiedział Neumann. – Jak je zdobyłaś?
– Dałam się zaprosić na kolację, a potem wziąć do łóżka. Wstałam w środku nocy i wślizgnęłam do jego gabinetu. A przy okazji, kombinacja okazała się właściwa. Obejrzałam też wnętrze sejfu.
Neumann pokręcił głową.
– Ryzykowne jak cholera. Jeśli zejdzie na dół, będziesz w kłopotach.
– Wiem. Dlatego potrzebuję tego. – Z torebki wyjęła odciski kluczy. – Znajdź kogoś, kto mi zrobi klucze i dostarcz dzisiaj do mojego mieszkania. Jutro, jak pójdzie do pracy, zakradnę się do jego domu i sfotografuję wszystko, co tam trzyma.
Neumann schował masę do kieszeni.
– Dobrze. Coś jeszcze?
– Tak. Od tej pory koniec takich pogawędek. Wpadamy na siebie, daję ci film, ty idziesz swoją drogą, dostarczasz go Portugalczykowi. Jeśli będziesz miał dla mnie jakąś wiadomość, napisz i wsuń mi do ręki. Jasne?
– Jasne.
Zatrzymali się.
– Cóż, czeka pana ciężki dzień, panie Porter. – Pocałowała go w policzek i szepnęła: – Nadstawiałam karku dla tych rzeczy. Nie spieprz teraz sprawy.
Po czym odwróciła się i odeszła w swoją stronę.
Pierwszym problemem, jaki stanął przed Horstem Neumannem tego ranka, było znalezienie kogoś, kto zrobi kopie kluczy Petera Jordana. Żaden porządny ślusarz z West Endu nie wykonałby duplikatu na podstawie formy odciśniętej w masie. Co więcej, pewnie ściągnąłby policję i aresztował Neumanna. Trzeba udać się w okolicę, gdzie łatwiej o rzemieślnika gotowego wykonać tę usługę za odpowiednią sumkę. Neumann szedł dalej nad Tamizą, przekroczył ją na moście Battersea i skierował się do południowych dzielnic Londynu.
Dość szybko znalazł to, czego szukał. Szyby w oknie warsztatu były wybite, otwór zasłaniała dykta. Neumann wszedł do środka. Nie było klientów, za kontuarem siedział tylko starszy mężczyzna w grubej granatowej koszuli i przybrudzonym fartuchu.
– Dorabiacie klucze, człowieku? – spytał Neumann. Rzemieślnik ruchem głowy wskazał maszynę. Neumann wyjął z kieszeni masę.
– Umielibyście dorobić na podstawie czegoś takiego?
– Jasne, tylko że to będzie kosztować.
– Co byście powiedzieli na dziesięć szylingów? Mężczyzna się uśmiechnął. Brakowało mu połowy zębów.
– Że to brzmi jak anielska muzyka. – Wziął masę. – Zrobi się na jutro w południe.
– Ja muszę je mieć zaraz.
Tamten jeszcze bardziej wyszczerzył resztki uzębienia.
– W takim razie to będzie kosztować dychę więcej. Neumann położył pieniądze na ladzie.
– Jeśli to wam nie przeszkadza, poczekam tu, aż zrobicie.
– Proszę bardzo.
Po południu deszcz ustał. Neumann chodził do upadłego. Jeśli nie chodził, to wskakiwał i wyskakiwał z autobusów, znikał i pojawiał się w metrze. Z dziecinnych lat zachował bardzo mgliste wspomnienia o Londynie i teraz z dużą przyjemnością krążył po mieście. Cóż za odprężenie po nudzie Hampton Sands, gdzie mógł tylko biegać po plaży czytać albo pomagać Seanowi przy owcach. Gdy wyszedł z warsztatu, wrzucił dorobione klucze do kieszeni, na moście Battersea wyjął masę Catherine, zgniótł ją., żeby usunąć ślady, i wrzucił do rzeki. Wpadła do wody z głośnym chlupnięciem i zniknęła w wirach.
Neumann błąkał się po Chelsea, Kensingtonie, w końcu dotarł na Earl's Court. Włożył klucze do koperty, a kopertę wsunął do skrzynki na listy Catherine. Następnie zjadł w zatłoczonej kawiarni lunch przy stoliku obok okna. Jakaś kobieta, siedząca dwa stoliki dalej, puszczała do niego oko, ale on wcześniej zaopatrzył się w gazetę i tylko od czasu do czasu podnosił wzrok, uśmiechając się do niej. To było kuszące. Kobieta wyglądała całkiem nieźle i to mógł być całkiem niezły sposób na zabicie popołudnia; w dodatku mógłby wreszcie przestać krążyć po mieście. Ale równocześnie było ryzykowne. Zapłacił rachunek, mrugnął do kobiety i wyszedł.
Piętnaście minut później zatrzymał się w budce telefonicznej, podniósł słuchawkę i wykręcił londyński numer. Odebrał mężczyzna mówiący z silnym obcym akcentem. Neumann uprzejmie poprosił pana Smythe'a. Jegomość z drugiej strony odrobinę zbyt gorliwie odrzekł, że nie mieszka tu nikt o nazwisku Smythe i cisnął słuchawką. Neumann się uśmiechnął i odłożył słuchawkę. Rozmowa stanowiła szyfr. Mężczyzna był Portugalczykiem, kurierem, nazywał się Carlos Hernandez. Miał, ilekroć Neumann zadzwoni i poprosi kogoś o nazwisku zaczynającym się na „S", udać się na Cavendish Square i odebrać przesyłkę.
Musiał jakoś zabić czas przez godzinę. Spacerował po Kensingtonie, przeciął Hyde Park i wylądował przy Marble Arch. Chmury pogęstniały, zaczęło padać – najpierw parę zimnych, grubych kropli, potem rzęsisty deszcz. Schował się w księgarni przy małej uliczce odchodzącej od Portman Square. Poszperał w książkach, odrzucając propozycję pomocy ciemnowłosej dziewczyny, która stała na drabinie, układając książki na najwyższych półkach. Wybrał tomik T. S. Eliota i ostatnią powieść Grahama Greene'a „Ministerstwo strachu". Kiedy płacił, dziewczyna oświadczyła, że przepada za Eliotem i zaprosiła go na kawę w przerwie o czwartej. Odmówił, ale powiedział, że często bywa w tych okolicach i jeszcze zajrzy. Dziewczyna się uśmiechnęła, włożyła książki do papierowej torby i oświadczyła, że byłoby jej miło. Neumann wyszedł, został po nim tylko dźwięk dzwoneczka zaczepionego nad drzwiami.
Dotarł na Cavendish Square. Deszcz przeszedł w lodowatą mżawkę. Było za zimno, by czekać na ławce, więc kręcił się po placu, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z drzwi budynku w południowo- zachodnim rogu placu.
Po dwudziestu minutach wyczekiwania zjawił się grubas.
Był ubrany w szary garnitur, szary płaszcz i kapelusz, a zachowywał się jak człowiek, który lada chwila ma napaść na bank. Wsunął klucz do zamka, jakby wchodził na terytorium wroga, i zniknął w środku. Ledwo drzwi się zamknęły, Neumann przeciął plac, wyjął z kieszeni film i wrzucił go przez szparę na listy. Zza drzwi dobiegło sieknięcie, kiedy grubas się schylił po przesyłkę. Neumann odszedł i krążył po placu, nadal nie odrywając wzroku od budynku. Po pięciu minutach portugalski dyplomata wynurzył się zza drzwi, szybko złapał taksówkę i odjechał.
Neumann spojrzał na zegarek. Bita godzina do pociągu. Zastanowił się, czyby nie wrócić do księgarni i nie spotkać się z dziewczyną. Miło by było wypić kawę i porozmawiać z kimś inteligentnym. Ale nawet niewinna pogawędka stanowiła istne pole minowe. Posługiwanie się językiem a znajomość kultury to dwie różne sprawy. Mógłby popełnić jakiś głupi błąd, wzbudzić podejrzliwość. Nie warto ryzykować.