Ostatni szpieg Hitlera
- Автор: Сильва Дэниел
- Язык: польский
- Жанр: Триллеры
Электронная книга - «Ostatni szpieg Hitlera». Краткое содержание книги:
Niewątpliwie jej wygląd miał pewien związek z uwagą, jaką na siebie zwracali. Zobaczyła to przed kilku minutami w oczach Jordana, gdy weszli do baru. Dziś wieczorem wyglądała olśniewająco. Ubrała się w sukienkę z czarnej krepy, z głębokim wycięciem na plecach i dekoltem odsłaniającym linię biustu. Rozpuszczone włosy spięła z tyłu elegancką cenną klamerką, na szyi zawiesiła dwa sznury pereł. Starannie się umalowała. Jakość wojennych kosmetyków pozostawiała wiele do życzenia, ale ona nie potrzebowała dużo: odrobina szminki do podkreślenia pełnych warg, nieco różu do zaakcentowania wyrazistych kości policzkowych, troszeczkę tuszu na oczy. Nie czerpała szczególnej satysfakcji ze swego wyglądu. O swojej urodzie zawsze myślała beznamiętnie, tak jak się myśli o ulubionej porcelanowej zastawie i starym, cennym kobiercu. Ale istotnie od bardzo dawna nie weszła do lokalu z poczuciem, że wszyscy się za nią oglądają. Bo zauważali ją i mężczyźni, i kobiety. Mężczyźni z trudem nad sobą panowali, by nie rozdziawić ust, kobiety powściągały gniewny grymas.
– Zauważyłaś, że wszyscy w tej sali się na nas gapią? – odezwał się Jordan.
– Owszem, zauważyłam. Przeszkadza ci to?
– Skądże. – Przyciągnął ją jeszcze bliżej, by móc jej spojrzeć w oczy. – Od bardzo dawna tak się nie czułem, Catherine. I pomyśleć, że musiałem przyjechać aż do Londynu, by cię znaleźć.
– Cieszę się, że przyjechałeś.
– Mogę się do czegoś przyznać?
– Jak najbardziej.
– Wczoraj po twoim odejściu prawie nie zmrużyłem oka. Uśmiechnęła się i przytuliła do niego, tak że jej usta znalazły się tuż przy jego uchu.
– Ja też się do czegoś przyznam. Wcale wczoraj nie spałam.
– O czym myślałaś?
– Ty najpierw powiedz.
– Myślałem, jak bardzo żałuję, że sobie poszłaś.
– Mnie nękały podobne myśli.
– Myślałem, że chciałbym cię pocałować.
– Wydawało mi się, że cię pocałowałam.
– Nie odchodź dziś w nocy.
– Musiałbyś mnie chyba siłą wyrzucić, sarna nie wyjdę.
– Tego nie musisz się obawiać.
– Wiesz, chciałabym, żebyś mnie pocałował. Tu, teraz, Peterze.
– A co z tymi ludźmi, którzy się na nas patrzą. Co sobie pomyślą?
– Nie jestem pewna. Ale to Londyn, czterdziesty czwarty rok. Wszystko się może zdarzyć.
– Z gratulacjami od dżentelmena przy barze – powiedział kelner, otwierając butelkę szampana, ledwo siedli przy stoliku.
– Czy ten dżentelmen się jakoś przedstawił? – spytał Jordan. – Nie był łaskaw, proszę pana.
– A jak wyglądał?
– Jak opalony rugbista, proszę pana.
– Oficer amerykańskiej marynarki wojennej?
– Zgadza się.
– Shepherd Ramsey.
– Ów dżentelmen pragnie się do państwa przyłączyć na kieliszeczek.
– Proszę mu powiedzieć, że dziękujemy za szampana, a resztę niech sobie wybije z głowy.
– Oczywiście, proszę pana.
– Co to za Shepherd Ramsey? – spytała Catherine po odejściu kelnera.
– Shepherd Ramsey to mój najstarszy, najukochańszy przyjaciel na świecie. Kocham go jak brata.
– To dlaczego nie chcesz, żeby się do nas przyłączył?
– Bo po raz pierwszy w dorosłym życiu chciałbym zrobić coś bez niego. Zresztą, nie chcę się tobą dzielić.
– To dobrze, bo ja nie chcę się dzielić tobą. – Catherine uniosła kieliszek. – Za nieobecność Shepherda.
Jordan się roześmiał.
– Za nieobecność Shepherda. Stuknęli się kieliszkami.
– I za zaciemnienie, bez którego bym na ciebie nie wpadła – dodała Catherine.
– Za zaciemnienie. – Jordan się zawahał. – Wiem, że to prawdopodobnie zabrzmi jak frazes, ale nie mogę od ciebie oderwać wzroku.
Catherine uśmiechnęła się i pochyliła nad stolikiem.
– Nie chcę, żebyś ode mnie odrywał wzrok, Peterze. Jak sądzisz, dlaczego włożyłam tę sukienkę?
– Mam lekką tremę.
– Ja też, Peterze.
– Wyglądasz tak pięknie, leżąc w blasku księżyca.
– Ty też wyglądasz pięknie.
– Nie. Moja żona…
– Przepraszam. Ale po prostu nigdy nie widziałam mężczyzny równie pięknego jak ty. Postaraj się na chwilę zapomnieć o swojej żonie.
– To bardzo trudne, ale dzięki tobie staje się odrobinę łatwiejsze.
– Wyglądasz jak posąg, klęcząc tak przy mnie.
– Bardzo stary, rozpadający się posąg.
– Cudowny posąg.
– Nie mogę przestać cię dotykać… ich dotykać. Są takie piękne. Marzyłem, żeby ich dotknąć, od kiedy pierwszy raz cię zobaczyłem.
– Możesz je pieścić mocniej. To nie boli.
– Tak?
– O, Boże! Tak, Peterze, właśnie tak. Ale ja też chcę cię pieścić.
– Co za wspaniałe uczucie, gdy tak robisz.
– Naprawdę?
– Aaach, tak, naprawdę.
– Jest taki twardy. Cudownie się go dotyka. I chcę z nim zrobić jeszcze coś.
– Co?
– Nie mogę powiedzieć na głos. Tylko się przybliż.
– Catherine…
– Po prostu zrób to, kochanie. Obiecuję, że nie pożałujesz.
– O, Boże, toż to niewiarygodne.
– Więc nie przerywać?
– Wyglądasz przy tym tak pięknie.
– Chcę, żeby ci było dobrze.
– Chcę, żeby tobie było dobrze.
– Pokażę ci jak.
– Chyba sam wiem.
– Aaach, Peterze, twój język czyni cuda. Och, proszę, pieść równocześnie moje piersi.
– Chcę wejść w ciebie.
– Pospiesz się, Peterze.
– Oooch, jak tam cudownie, jak miękko. Och, Boże, Catherine, zaraz…
– Poczekaj! Jeszcze nie teraz, kochanie. Bądź taki dobry i połóż się na plecach. Resztę zostaw mnie.
Zrobił, co kazała. Objęła ręką jego członek i wprowadziła go w głąb siebie. Mogłaby po prostu leżeć i dać mu skończyć, ale chciała, żeby to się odbyło właśnie tak. Od początku wiedziała, że Vogel jej to zrobi. Bo po cóż innego chciałby mieć agentkę, jak nie po to, by uwodziła oficerów alianckich i wykradała im sekrety? Zawsze sobie wyobrażała, że jej ofiara będzie tłustym, owłosionym obleśnym starcem, nie kimś takim jak Peter. Skoro została kurwą Kurta Vogla, to przynajmniej niech coś z tego ma.
Boże, Catherine, nie powinnaś tego robić. Nie powinnaś tracić panowania nad sytuacją.
Ale nic na to nie mogła poradzić. To jej sprawiało przyjemność. I traciła panowanie nad sytuacją. Kręciła głową, ręce same się podniosły do piersi, palcami gładziła brodawki, a po chwili poczuła w sobie ciepłe nasienie Petera i zalała ją fala cudownej rozkoszy.
Było późno, nie wcześniej niż czwarta nad ranem, choć Catherine nie mogła tego wiedzieć na pewno, gdyż gęsty mrok uniemożliwiał sprawdzenie godziny na zegarku przy łóżku. Nieważne. Najważniejsze, że Peter Jordan leżał głęboko uśpiony u jej boku. Oddychał spokojnie, regularnie. Zjedli sutą kolację, sporo wypili i dwa razy się kochali. Zapewne przespałby teraz i nalot Luftwaffe, no, chyba że ma wyjątkowo lekki sen. Catherine wysunęła się spod kołdry, włożyła jedwabny szlafrok, który dał jej Jordan, i cicho przeszła przez sypialnię. Drzwi były uchylone. Otworzyła je szerzej, wyślizgnęła się z pokoju i zamknęła za sobą.
Cisza dźwięczała jej w uszach. Słyszała dudnienie swego serca. Zmusiła się do spokoju. Zbyt ciężko pracowała, zbyt wiele zaryzykowała, by dotrzeć do tego właśnie punktu. Jeden głupi błąd zrujnowałby cały jej wysiłek. Szybko ruszyła w dół po wąskich schodach. Zaskrzypiał jeden stopień. Znieruchomiała, nasłuchując, czy Jordan się nie obudził. Na dworze jakiś samochód przejechał po kałuży. Gdzieś ujadał pies. Z oddali dobiegło trąbienie ciężarówki. Uświadomiła sobie, że to po prostu zwykłe odgłosy nocy, na które śpiący w ogóle nie reagują. Szybko zbiegła po schodach, do holu. Na stoliku, obok swojej torebki, znalazła klucze Jordana. Wzięła jedno i drugie, po czym zabrała się do pracy.