Lot nad kukułczym gniazdem
- Автор: Кизи Кен
- Язык: польский
- Жанр: Современная русская и зарубежная проза
Электронная книга - «Lot nad kukułczym gniazdem». Краткое содержание книги:
Książka Keseya wstrząsnęła opinią amerykańską, a przybyły w tym czasie do USA, zrewoltowany przeciw władzy komunistycznej czeski reżyser Milosz Forman nakręcił na jej podstawie film ze słynną kreacją Jacka Nicholsona. Film ten przydał sławy powieści (podobnie jak jej adaptacja teatralna), uwypuklając metaforyczną, antytotalitarną wymowę. W krajach ówczesnego bloku sowieckiego przyjęto go szczególnie żywo, jako czytelną aluzję do sowieckich psychuszek, w których osadzano i prześladowano opozycjonistów.
Harding dźgnął mnie kciukiem – wstałem, nie wychodząc z samochodu. Gość przysłonił ręką oczy, spojrzał do góry na mnie i nic nie powiedział.
– Paskudna banda – oświadczył McMurphy – ale to zaplanowana, zatwierdzona wyprawa, mamy poparcie rządu i prawo do zniżki, podobnie jak FBI.
Gość przeniósł wzrok na McMurphy’ego; rudzielec zahaczył kciuki o kieszenie spodni i zaczął się kołysać na piętach, przypatrując mu się znad blizny na nosie. Mechanik obejrzał się za siebie, żeby sprawdzić, czy jego koleś wciąż tkwi przy skrzyni z pustymi butelkami, a potem znów wyszczerzył zęby do McMurphy’ego.
– Mówisz, rudy, że twardzi z was goście, co? Mamy stulić uszy i robić, co nam każesz, tak? A powiedz mi, rudy, za co ciebie przymknęli? Chciałeś zamordować prezydenta?
– Tego mi nie udowodnili, Hank. Siedzę, bo mnie wrobiły gliny. Kiedyś zabiłem człowieka na ringu i już w tym zasmakowałem.
– Jeden z tych morderców w bokserskich rękawicach, co, rudy?
– Tego nie powiedziałem. Nigdy jakoś nie mogłem przywyknąć do poduszek na łapach. Nie, to nie było żadne z tych spotkań w Cow Palace, które można obejrzeć w telewizji, jestem, że tak powiem, bokserem ulicznym.
Facet zahaczył kciuki o kieszenie, naśladując McMurphy’ego.
– Powiedz raczej: ulicznym zalewajłą.
– Słuchaj, koleś, zalewać też potrafię, ale przyjrzyj się dobrze. – Podsunął ręce pod nos facetowi i zaczął nimi powoli obracać. – Widziałeś kiedy, żeby ktoś sobie tak pokiereszował graby tylko od zalewania? Widziałeś?
Przez dłuższą chwilę trzymał mu ręce pod nosem i czekał, co facet powie. Mechanik spojrzał na ręce, potem na mnie i znowu na ręce. Kiedy było już całkiem jasne, że stracił ochotę do dalszej rozmowy, McMurphy zostawił go i podszedł do jego kumpla czekającego przy pustych butelkach, wyjął mu z garści dziesięciodolarowy banknot lekarza i ruszył w kierunku sklepu spożywczego znajdującego się obok stacji.
– Podliczcie, ile się należy za benzynę, i wyślijcie rachunek do szpitala! – zawołał przez ramię. – Za tę forsę idę kupić coś do picia dla ludzi. To lepsze od wycieraczek i osiemdziesięcioośmioprocentowych filtrów.
Poczuliśmy się odważni jak tresowane koguty i do jego powrotu wykrzykiwaliśmy rozkazy mechanikom. Kazaliśmy im sprawdzić ciśnienie w zapasowym kole, powycierać szyby i zeskrobać ptasie łajno z maski, zupełnie jakby do nas należał cały ten majdan. Kiedy większy facet wytarł szybę za mało starannie jak na gust Billy’ego, chłopak przywołał go z powrotem.
– Nie wytarłeś t-t-tego miejsca, gdzie p-pacnął owad.
– Żaden owad – warknął facet, zdrapując plamę paznokciem. – Ptak.
Martini krzyknął z drugiego samochodu, że to nie mógł być ptak.
– Gdyby pacnął ptak, byłyby pióra i kości!
Jakiś człowiek przejeżdżający na rowerze zatrzymał się i zapytał, skąd te zielone ubrania; czy to jakiś klub? Harding od razu się zerwał, żeby mu odpowiedzieć.
– Nie, przyjacielu. Jesteśmy szaleńcami z tego szpitala przy szosie, psychoceramikami, stukniętymi garnkami ludzkości. Rozszyfrować panu tekst Rorschacha? Nie? Spieszy się pan! Ha, już go nie ma. Szkoda. Nigdy przedtem – zwrócił się do McMurphy’ego – nie zdawałem sobie sprawy, że z chorobą umysłową wiąże się władza. Władza! Pomyśl; im bardziej człowiek jest pomylony, tym więcej może mieć władzy! Na przykład Hitler. Aż się w głowie kręci, nie? Warto się nad tym zastanowić.
Billy otworzył puszkę piwa, wręczył ją dziewczynie i oczarowany jej promiennym uśmiechem i słowami: “Dziękuję, Billy”, zaczął otwierać puszki dla nas wszystkich.
A tymczasem gołębie z rękami założonymi na plecach dreptały niespokojnie tam i z powrotem po chodniku.
Siedziałem zadowolony i popijałem piwo, słysząc, jak spływa mi do brzucha z głośnym sykiem – zzt zzt. Nie pamiętałem, że mogą być dobre dźwięki i smaki, takie właśnie jak dźwięk i smak spływającego piwa. Pociągnąłem kolejny porządny łyk i zacząłem się rozglądać, żeby sprawdzić, co jeszcze zapomniałem przez te dwadzieścia lat.
– Rany! – zawołał McMurphy, siadając za kierownicą i spychając dziewczynę na Billy’ego. – Zobaczcie tylko, jak Wielki Wódz żłopie wodę ognistą!
Po czym wyjechał na szosę w takim pędzie, że lekarz musiał z piskiem opon ruszyć w pościg, żeby nie zostać w tyle.
McMurphy pokazał nam, co może zdziałać odrobina odwagi i brawury, my zaś myśleliśmy, że już nas tego nauczył. Przez całą drogę nad morze mieliśmy kupę frajdy, udając odważnych; kiedy na czerwonych światłach ludzie gapili się na nas i na nasze ubrania, naśladowaliśmy McMurphy’ego; prostowaliśmy plecy, żeby wyglądać na silnych i twardych, szczerzyliśmy zęby i też wybałuszaliśmy na nich oczy, aż im gasły silniki, na szybach powstawały pręgi i zostawali z tyłu, gdy zmieniały się światła, zdenerwowani, że taka groźna banda zielonych drabów siedziała przed chwilą o niecały metr od nich, a oni znikąd nie mogli oczekiwać pomocy.
Tak to McMurphy wiódł naszą dwunastkę w kierunku oceanu.
Myślę, że lepiej od nas zdawał sobie sprawę, jak bardzo nasze butne miny są tylko na pokaz, bo dotychczas nie zdołał z żadnego z nas wydobyć porządnej salwy śmiechu. Może nie mógł zrozumieć, dlaczego wciąż jesteśmy tacy sztywni, ale wiedział, że nikt nie jest naprawdę mocny, dopóki nie widzi, jak wszystko może być zabawne. I tak bardzo starał się nas tego nauczyć, że zacząłem podejrzewać, iż nie dostrzega tego, co tłumi nam śmiech w trzewiach. Może inni też tego nie widzieli, może tylko czuli ze wszystkich stron napór różnych promieni i fal, które starały się popchnąć lub złamać każdego; może czuli, że Kombinat pracuje – ale ja widziałem.
Widziałem to tak samo, jak się dostrzega zmiany w osobie, której się dawno nie oglądało, chociaż ktoś, kto z nią obcuje na co dzień, nie zauważa ich, bo zachodzą stopniowo. Na całym wybrzeżu widziałem dowody tego, co Kombinat zdziałał od czasu, kiedy ostatni raz tędy przejeżdżałem. Ujrzałem na przykład pociąg, który zatrzymał się na stacji i wyrzucił z siebie – niczym wylęg bliźniaczych owadów – rząd dorosłych mężczyzn w identycznych garniturach i seryjnych kapeluszach, pac-pac-pac; wypluł te półżywe istoty z ostatniego wagonu, po czym zagwizdał i pojechał dalej po zdewastowanej ziemi złożyć następny wylęg.
Ujrzałem też pięć tysięcy identycznych domów wytłoczonych przez jedną maszynę i rozrzuconych po wzgórzach pod miastem, domów prosto z fabryki, złączonych jeszcze razem jak świeże serdelki, a przy nich tablicę z napisem: OSIEDLAJCIE SIĘ U NAS – WETERANI ZWOLNIENI OD PRZEDPŁATY, u stóp wzgórza zaś plac zabaw okolony drucianą siatką i następną tablicę: MĘSKA SZKOŁA IM. ŚWIĘTEGO ŁUKASZA, i pięć tysięcy dzieciaków ubranych w zielone sztruksowe spodnie, białe koszulki i zielone pulowery, bawiących się w strzelanie z bicza na żwirowanym boisku. Rzemień zwijał się i podrygiwał, tańczył niby wąż, po czym z głośnym strzałem uderzał jednego chłopczyka, przewracał go i jak piłką ciskał nim o siatkę. Zawsze, przy każdym strzale, był to ten sam chłopczyk; ten sam, wciąż ten sam.