Wielkie Polowanie
- Автор: Джордан Роберт
- Серия: Kolo czasu #2
- Язык: польский
- Переводчик: Katarzyna Karlowska
- Жанр: Фэнтези
Электронная книга - «Wielkie Polowanie». Краткое содержание книги:
Ingtar spiął konia ostrogami, jakby mu powiedziano, że Sprzymierzeńcy Ciemności wciąż jeszcze tam są, a Rand musiał dotrzymać mu kroku, aby nie zostać stratowanym przez Shienaran, którzy pogalopowali za nim na wzgórze.
Niewiele było tu jednak do oglądania. Wystygłe popioły ogniska, dobrze ukrytego pomiędzy drzewami, i coś, co wyglądało jak porzucone w nich resztki posiłku. Stosy śmieci w pobliżu ogniska już obsiadły roje much.
Ingtar kazał pozostałym wycofać się, po czym zsiadł z konia i wraz z Uno przeszedł przez obozowisko, dokładnie badając grunt. Hurin objeżdżał je po obwodzie, węsząc. Rand siedział na swym ogierze obok innych mężczyzn, nie miał najmniejszej ochoty oglądać miejsca, gdzie obozowały trolloki i Sprzymierzeńcy Ciemności. I Pomor. „I coś jeszcze gorszego”.
Mat pieszo wdrapał -się na szczyt wzgórza i podszedł do miejsca obozowiska.
„A więc tak wygląda obóz Sprzymierzeńców Ciemności? Śmierdzi trochę, ale na pozór nie różni się niczym od normalnego”.
Wskoczył na kupę popiołów, wykopał z niej kawałek spalonej kości i pochylił się, by ją podnieść.
„Co jedzą Sprzymierzeńcy Ciemności? Nie wygląda na kość owcy ani krowy”.
— Popełniono tutaj morderstwo — oznajmił ponuro Hurin i przyłożył chusteczkę do nosa. — Coś gorszego niż morderstwo.
— To były trolloki — powiedział Ingtar, patrząc wprost na Mata. — Przypuszczam, że zgłodniały, a Sprzymierzeńcy Ciemności byli właśnie pod ręką.
Mat rzucił poczerniałą kość, wyglądał, jakby się miał zaraz rozchorować.
— Nie jadą już na południe, mój panie. — Słowa Hurina przyciągnęły ogólną uwagę. Wskazywał do tyłu, na północny wschód. — Może mimo wszystko zdecydowali się przedrzeć w kierunku Ugoru, okrążyć nas. Może jadąc na południe chcieli tylko nas zgubić.
W jego głosie dźwięczała nuta niepewności. Wydawał się zakłopotany.
— Obojętnie co zrobią — odwarknął Ingtar. — Teraz złapię ich. Na koń!
Niecałą godzinę później Hurin ściągnął wodze i zawołał:
— Znowu zmienili kierunek. Znów południe. I kogoś jeszcze tutaj zabili.
Na przełęczy pomiędzy dwoma wzgórzami nie było widać żadnych popiołów, ale po kilku minutach poszukiwań odnaleziono ciało. Był to mężczyzna — skręcony i wepchnięty pod krzaki. Tylna część czaszki została wgnieciona do środka, oczy wciąż miał wytrzeszczone, jak w momencie zadania ciosu. Nikt go nie rozpoznał, choć miał na sobie shienarańskie ubranie.
— Nie będziemy marnować czasu na grzebanie Sprzymierzeńca Ciemności — burknął Ingtar. — Jedziemy na południe — zawołał i nim skończył mówić, już zastosował się do własnego polecenia.
Dzień jednakże upłynął tak samo jak poprzedni. Uno zbadał ślady i końskie odchody i oznajmił, że udało im się zyskać nieco na czasie i zmniejszyć odległość do ściganych. Tymczasem zapadł zmierzch, a w promieniu wzroku nie było widać ani trolloków, ani Sprzymierzeńców Ciemności. Następnego ranka natrafili na następne opuszczone obozowisko, gdzie, jak twierdził Hurin, popełniono następne morderstwo. I znowu nastąpiła zmiana kierunku, tym razem na północny zachód. Podążali tym szlakiem jakiś czas, po upływie mniej więcej dwóch godzin natknęli się na kolejne ciało. Mężczyźnie rozłupano głowę toporem. I jeszcze raz zmiana kierunku. Również na południe. Znowu, w myśl słów Uno, udało im się nadrobić nieco dystansu. Aż do zmroku nie widzieli nic prócz odległych farm. Dzień następny był identyczny, zmiany kierunku, morderstwa i tak dalej. I następny również.
Z każdym dniem byli odrobinę bliżej ściganej zwierzyny, lecz Ingtar wściekał się. Zaproponował dalszą jazdę po prostej, kiedy rankiem ślad zmienił kierunek — z pewnością na powrót wjadą na ślad wiodący na południe, a jadąc po cięciwie łuku, zyskają więcej czasu. Zanim jednak ktokolwiek otworzył usta, stwierdził, że pomysł może okazać się fatalny, jeśli ścigani nie skręcą na południe. Zmuszał wszystkich do jeszcze szybszej jazdy, do wcześniejszego wstawania i poruszania się, dopóki nie zapadną całkowite ciemności. Przypominał im o obowiązku, jaki nałożyła na nich Zasiadająca na Tronie Amyrlin, o konieczności odzyskania Rogu Valere i pokonania wszystkich przeszkód. Mówił o sławie, którą zdobędą, o opowieści i historii, które utrwalą ich imiona w opowiadaniach bardów i pieśniach trubadurów. Oto ludzie, którzy odnaleźli Róg! Mówił, jakby nie mógł przestać i wpatrywał się w ślad, po którym jechali, jakby na jego końcu czekała na niego sama Światłość. Nawet Uno zaczął krzywo na niego patrzeć.
I tak dojechali do rzeki Erinin.
Zdaniem Randa miejscowość nie zasługiwała właściwie nawet na to, by nazwać ją wioską. Siedział na koniu, pomiędzy drzewami, i wpatrywał się w pół tuzina małych domków krytych drewnianym gontem, z okapem sięgającym niemal do ziemi, rozłożonych na szczycie wzgórza wznoszącego się nad wodami rzeki, połyskującymi w porannym słońcu. Miejsce wyglądało na niemal zupełnie opuszczone. Minęło dopiero kilka godzin od czasu, jak zwinęli obóz, lecz był już najwyższy czas na odnalezienie pozostałości obozowiska Sprzymierzeńców Ciemności, jeśli wzór miał być zachowany. Jednakowoż nic takiego dotąd nie widzieli.
Sama rzeka niezbyt przypominała potężną Erinin z opowieści, znajdowali się jednak blisko jej źródeł w Grzbiecie Świata. Od przeciwległego brzegu porośniętego drzewami, dzieliło ich jakieś sześćdziesiąt kroków bystrego nurtu. Tam, po drugiej stronie, stał podobny do barki prom, poruszany przy pomocy grubej liny. Był to pierwszy ślad, który prowadził prosto do siedziby ludzkiej. Prosto ku domom na wzgórzu. Pylista droga, do której przytuliły się domki, była zupełnie pusta.
— Zasadzka, mój panie? — zapytał cicho Uno.
Ingtar wydał niezbędne rozkazy, a Shienaranie wyciągnęli lance i rozproszyli się, aby okrążyć domy. Na znak ręką galopem wjechali pomiędzy zabudowania ze wszystkich kierunków naraz, niczym grom — oczy bacznie rozglądające się dookoła, lance wzniesione, kurz tryskający spod kopyt. Nic, całkowity spokój. Ściągnęli wodze i kurz zaczął opadać.
Rand zdjął strzałę z cięciwy, wsunął na powrót do kołczana, a łuk przewiesił przez plecy. Mat i Perrin postąpili tak samo. Loial i Hurin po prosu czekali w miejscu, gdzie zostawił ich Ingtar, wpatrując się niespokojnie w wioskę.
Ingtar pomachał dłonią i wszyscy podjechali, aby dołączyć do Shienaran.
— Nie podoba mi się zapach tego miejsca — wymruczał Perrin, kiedy wjechali pomiędzy domy. Gdy Hurin popatrzył na niego, spokojnie odpowiedział spojrzeniem, aż tamten spuścił wzrok. — Źle pachnie.
— Przeklęci Sprzymierzeńcy i trolloki przeszli prosto przez wioskę, mój panie — powiedział Uno, wskazując na resztki śladów po kopytach. — Wiodą prosto do promu, który przeklęci zostawili po drugiej stronie. Krew i krwawe popioły. Mamy cholerne szczęście, że nie odcięli go i puścili z prądem.
— Gdzie się podziali ludzie? — zapytał Loial.
Drzwi domostw były otwarte, firanki fruwały w oknach, lecz nikt nie wyszedł sprawdzić, co oznacza tętent kopyt.
— Przeszukajcie domy! — rozkazał Ingtar.
Mężczyźni zsiedli z koni, ruszyli wypełnić rozkaz, ale wkrótce wrócili, kręcąc głowami.
— Po prostu zniknęli, mój panie — rzekł Uno. — Przeklęci, po prostu zniknęli, niech sczeznę. Jakby sobie zwyczajnie wstali i zdecydowali się iść w cholerę, w samym środku przeklętego dnia.
Przerwał raptownie, natarczywie wskazując na dom za plecami Ingtara.
— Tam jest kobieta w oknie! Jak ja, przeklęty, mogłem jej nie zauważyć.
Zanim ktokolwiek zdążył się poruszyć już biegł w stronę domu.
— Nie przestrasz jej! — krzyknął Ingtar. — Uno, potrzebujemy informacji. Niech cię Światłość oślepi, nie przestrasz jej!